Stały Komitet Unii Europejskiej zakazał importu brazylijskiego mięsa od 3 września 2026
Kiedy dwa lata temu jeden z europosłów zapytał unijną Dyrekcję Generalną ds. Zdrowia, w jaki sposób może ona zapewnić, że na rynki UE nie trafią żadne niebezpieczne pozostałości w wołowinie z Brazylii, dyrekcja odpowiedziała, że nie ma dowodów na to, że mięso zwierząt, w którym są jakieś środki farmakologiczne zostało wprowadzone na rynek Unii. We wtorek, 12 maja, unijny Stały Komitet ds. Roślin, Zwierząt, Żywności i Pasz zagłosował za zakazem importu brazylijskiego mięsa od 3 września z powodu stosowania środków przeciwdrobnoustrojowych, aby przyspieszyć wzrost zwierząt.
Dwa lata wcześniej unijny komisarz ds. zdrowia nie dostrzegał przyczyn, dla których import zablokowano
To pokazuje, jak nasza Unia funkcjonuje. Dwa lata temu komisarz odpowiedzialny za zdrowie Europejczyków, „rżnął głupa” twierdząc, że nic nie wie o stosowaniu w krajach Mercosur zabronionych w Europie środków. Dziś specjalna komisja stwierdza, że trzeba zakazać importu ichniego mięsa, bo w Brazylii nie przestrzegają norm dotyczących antybiotyków. Olivér Várhelyi, wspomniany komisarz, zapewnił niedawno w wywiadzie, że „import żywności musi spełniać nasze warunki” i trzeźwo zauważył, że „produkcja żywności jest ostatnią dziedziną, w której my w Europie mamy jeszcze suwerenność”. I jeszcze jedno. Ciągle nie mogę pojąć dlaczego w UE komisarz odpowiedzialny za zdrowie ludzi odpowiada za dobrostan zwierząt. To tak jakby nasze Ministerstwo Zdrowia połączyć z Głównym Inspektoratem Weterynaryjnym.
Mniejsza o to, że ten zakaz wiele w sytuacji europejskiego rynku nie zmieni, bo Brazylia ma czas do 3 września i towar zdąży wyeksportować. Zakaz nie objął pozostałych krajów Mercosur: Argentyny, Urugwaju i Paragwaju, które mogą mięso do UE wozić. Pojawia się pytanie, co z brazylijskim mięsem, które przypłynie do Europy między 12 maja a 3 września? Czy ono nie będzie zawierało pozostałości zabronionych leków?
Ten przykład doskonale ilustruje mechanizmy funkcjonujące w Unii Europejskiej. W tej ostoi demokracji, „jeśli ktoś chce uderzyć psa, to pałkę zawsze znajdzie”. A nawiasem mówiąc, zastanawiające jest to, skąd nagle takie ochłodzenie gorącego uczucia, którym Bruksela zapałała do Ameryki Południowej, a zwłaszcza Brazylii, największego z rynków na tym kontynencie (217 mln mieszkańców). Przecież Ursula von der Leyen kolanem dopychała to porozumienie przed jego podpisaniem, a później ze wszelkich sił zabiegała o to, aby tymczasowo weszło w życie 1 maja.
Unijne porozumienie o wolnym handlu z Meksykiem nie ma wpływu na europejskie mleczarstwo
Pozostańmy jeszcze po drugiej stronie Atlantyku, bo pozwoli to nam ocenić skuteczność umów o wolnym handlu i ich efekty. Na początku ubiegłego roku Unia podpisała umowę o wolnym handlu z Meksykiem (130 mln mieszkańców). Zakłada ona m.in. bezcłowy eksport 25 tys. ton sera i 50 tys. ton odtłuszczonego mleka w proszku. Europa wykorzystała około połowy kontyngentu na ser (12 tys. t), Meksyk był 19. importerem tego produktu z Europy i wyprzedziła go dręczona wojną domową Libia, zrujnowany Liban i niezbyt bogata Dominikana.
Jeśli chodzi o sprzedaż naszego proszku mlecznego, najtańszego na planecie, to Meksyk nie zmieścił się nawet w pierwszej trzydziestce importerów. Sprowadził za to produktów mlecznych za 2,5 mld dolarów ze Stanów Zjednoczonych. Może Meksykanom niespecjalnie smakuje ser i mleko z Europy, a może porozumienia o wolnym handlu tak szumnie reklamowane przez Brukselę, jako lek na całe zło tego świata to „pic na wodę, fotomontaż”, czyli polityczny marketing w najczystszej postaci. Mydlą nam oczy, opowiadają niestworzone rzeczy, obiecują złote góry, a jak przyjdzie co do czego, to zostaje płacz, zgrzytanie zębów i antybiotyki. Skutki tych umów można analizować dalej. Np. wolny handel z Nową Zelandią – rynkiem liczącym 5 mln mieszkańców. Równie dobrze Bruksela mogłaby podpisać układ o wolnym handlu z województwem śląskim, zamieszkanym przez niewiele mniej ludzi.
Czy roboty humanoidalne będą pomagać rolnikom w pracy
Wróćmy do Polski. W sieci sklepów z artykułami gospodarstwa domowego pojawiły się roboty humanoidalne. Skaczą, biegają, tańczą i kosztują od 100 tys. zł w górę. Tańsze mają udźwig ramion 2 kg, droższe podnoszą 3 kg, więc rolnikowi nie przydadzą się do pomocy w gospodarstwie. Wierzę jednak, że chińscy inżynierowie poprawią się i dostarczą roboty potrafiące wykonywać pracę w gospodarstwie. Przez siedem dni w tygodniu, bez urlopów, zwolnień lekarskich i narzekania, będą doiły krowy, pomagały w oborze, chlewni i na polu. Brzmi to fantastycznie, ale kto wie, co będzie za 5–10 lat.
Czy zaginie etos pracy, która oprócz ziemi jest najważniejszą dla rolnika wartością. Praca na roli to fundament życia, oznacza szacunek do ziemi, zamiłowanie do natury i wytrwałość. Nie wierzę, aby rolnicy utracili te wartości. Praca w gospodarstwie i na roli nadal będzie ciężka, niewdzięczna i odpowiedzialna.
Paweł Kuroczycki
redaktor naczelny Tygodnika Poradnika Rolniczego
fot. AHM
