Rolnicy z Wielkopolski, Lubelszczyzny, Lubuskiego i Świętokrzyskiego liczą straty po tegorocznych gradobiciach i czekają na pomoc państwa. Okazuje się jednak, że część gospodarstw może nie otrzymać ani złotówki, mimo niemal całkowitego zniszczenia upraw.
Powód? Przy szacowaniu szkód nadal uwzględniana jest także produkcja zwierzęca, która może obniżyć poziom strat poniżej progu uprawniającego do wsparcia.
Rolnicy czekają na pomoc. Ale to dopiero początek długiej procedury
Tegoroczne gradobicia spustoszyły tysiące hektarów upraw. W samym powiecie leszczyńskim szkody przekroczyły 70 proc. na około 4560 ha, a podobne obrazy można oglądać również w województwach lubuskim, lubelskim i świętokrzyskim. Rolnicy mówią o zniszczonych zbożach, kukurydzy, rzepaku, burakach i warzywach. Wielu z nich straciło także bazę paszową dla bydła i trzody.
Teraz trwa szacowanie szkód przez komisje gminne. Dopiero po sporządzeniu protokołów rząd będzie mógł wystąpić do Komisji Europejskiej o zgodę na uruchomienie pomocy publicznej, a następnie ARiMR ogłosi nabór wniosków.
W praktyce oznacza to, że pieniądze nie pojawią się w ciągu kilku tygodni. W 2024 i 2025 roku nabory ruszały dopiero pod koniec października, a wielu rolników otrzymało środki dopiero w grudniu lub nawet na początku kolejnego roku.
Minister zapowiada szybszą pomoc
Minister rolnictwa Stefan Krajewski deklaruje, że tym razem procedury mają przebiegać sprawniej.
– Będę robił wszystko, by pieniądze w ramach zaliczek płatności bezpośrednich popłynęły do tych gospodarstw jak najszybciej – zapowiedział podczas wizyty w Wielkopolsce.
Minister zapewnił również, że resort chce uprościć procedury szacowania szkód i przyspieszyć wypłatę pomocy dla poszkodowanych gospodarstw. Konkretnego terminu jednak nie podał.
Gospodarstwa z bydłem mogą znaleźć się w najtrudniejszej sytuacji
Największe obawy mają rolnicy utrzymujący bydło lub inne zwierzęta gospodarskie. Choć szkody w uprawach i produkcji zwierzęcej wpisywane są dziś do oddzielnych części protokołu, komisje nadal wyliczają poziom strat dla całego gospodarstwa, a więc łącznie dla produkcji roślinnej i zwierzęcej. W efekcie dochody z hodowli mogą obniżyć procent strat, nawet jeśli grad praktycznie zniszczył wszystkie pola.
To ma ogromne znaczenie, ponieważ wysokość pomocy zależy od przekroczenia ustawowych progów strat.
„Mieliśmy prawie wszystko zniszczone, a wyszło niecałe 20 proc.”
Przed takim scenariuszem ostrzega Patryk Mandera, rolnik z powiatu raciborskiego (woj. śląskie), który sam przeżył podobną sytuację po katastrofalnym gradobiciu w 2024 roku.
Jak wspomina, nawałnica zniszczyła niemal cały areał gospodarstwa. Mimo to po wyliczeniach okazało się, że poziom szkód nie dawał prawa do pomocy.
– U nas było praktycznie 98 proc. areału wyniszczone do zera. Z ledwością nazbieraliśmy 20 proc. szkód. A dlaczego? Bo policzyli dochód z bydła – mówi rolnik.
Mandera podkreśla, że zwierzęta nie ucierpiały od gradu, ale jednocześnie nie miały już czym być karmione, bo pasza została zniszczona.
„Czytajcie protokoły, zanim je podpiszecie”
Rolnik apeluje również do poszkodowanych gospodarstw, aby bardzo dokładnie sprawdzały dokumenty przygotowywane przez komisje.
– Każdego chcę ostrzec – sprawdzajcie protokoły, zanim je podpiszecie. U nas były policzone tak, że nie mieliśmy dostać nic. Dopiero po sprawdzeniu udało się wykazać błędy – relacjonuje.
Jak dodaje, w jego przypadku początkowo uwzględniono dochody z hodowli bydła, ale nie odliczono kosztów związanych z jego utrzymaniem, co znacząco zaniżyło poziom wyliczonych strat. Ostatecznie, po wprowadzeniu poprawek, straty w gospodarstwie nieznacznie przekroczyły 30 proc. Dzięki temu rolnik otrzymał pomoc, jednak w wysokości 1000 zł do hektara zamiast 3000 zł, ponieważ komisja oszacowała straty na nieco ponad 30 proc. Rolnik podkreśla jednak, że w rzeczywistości utracił niemal cały plon, a rzeczywiste straty sięgały prawie 100 proc.
W tym roku problem może wrócić
Podobne obawy mają dziś rolnicy z Wielkopolski, którzy po czerwcowym gradobiciu stracili nie tylko zboża i kukurydzę, ale również bazę paszową dla zwierząt. Wielu z nich przyznaje, że właśnie brak paszy jest dziś największym problemem.
– Zostaliśmy bez paszy. Mamy pełną obsadę zwierząt, a magazyny świecą pustkami. Aktualnie z niepokojem patrzymy w przyszłość. Liczymy na to, że przyjdą odszkodowania – mówi Leszek Nowak, hodowca świń z Wyciążkowa w powiecie leszczyńskim.
Jeszcze trudniejsza jest sytuacja gospodarstw utrzymujących bydło. Lidia i Damian Dobiccy z Karolewka stracili niemal całą kukurydzę przeznaczoną na paszę oraz znaczną część pozostałych upraw.
– Mamy zapasy kiszonki z zeszłego roku, ale wystarczą najwyżej do grudnia. Potem nie wiemy, z czego będziemy karmić bydło – przyznają rolnicy.
Przy suszy się udało. Czy teraz będzie podobnie?
Zapytaliśmy ministerstwo rolnictwa, czy planuje zmienić zasady szacowania strat po gradobiciu i nawałnicach tak, aby produkcja zwierzęca nie obniżała wysokości strat w uprawach. Czekamy na odpowiedź. Przypominamy, że w przypadku suszy udało się oddzielić produkcję roślinną od zwierzęcej przy wyliczaniu pomocy, a Komisja Europejska nie sprzeciwiła się takiemu rozwiązaniu.
Kamila Szałaj
