Podczas internetowej debaty zorganizowanej 17 lipca ponad 150 producentów świń i przedstawicieli organizacji branżowych oczekiwało przede wszystkim odpowiedzi na jedno pytanie – kiedy pojawi się realna pomoc.
To już nie kryzys. Hodowcy mówią o zapaści całej branży
Spotkanie od początku przebiegało w napiętej atmosferze. Wielu uczestników z rozczarowaniem przyjęło nieobecność ministra rolnictwa Stefana Krajewskiego, tym bardziej że wcześniej nieoficjalnie zapowiadano jego udział w debacie. Dla części producentów był to sygnał, że dramatyczna sytuacja sektora wciąż nie doczekała się należnej rangi.
Ministerstwo reprezentowała dyrektor Departamentu Rynków Rolnych Joanna Trybus, która zapewniała, że resort chce wysłuchać głosu producentów i wspólnie z branżą wypracować rozwiązania.
Dla hodowców najważniejsze były jednak nie kolejne deklaracje dialogu, lecz konkretne decyzje, które pozwolą utrzymać produkcję w najbliższych miesiącach.
Przypomniano, że jeszcze kilkanaście lat temu Polska należała do grona największych producentów wieprzowiny w Unii Europejskiej. Dziś coraz większą część krajowego rynku uzupełnia import, a liczba gospodarstw utrzymujących trzodę chlewną z roku na rok maleje. W opinii uczestników debaty nie jest to już przejściowe załamanie koniunktury, lecz kryzys, który może trwale zmienić strukturę całej branży.
Osiem miesięcy dokładania do każdej świni
Pierwsze wystąpienia nie pozostawiały złudzeń. Hodowcy zgodnie podkreślali, że od wielu miesięcy ceny skupu nie pokrywają kosztów produkcji. Każda kolejna sprzedaż tuczników oznacza dla wielu gospodarstw pogłębianie strat, a nie poprawę płynności finansowej.
Hubert Gocłowski, rolnik z woj. mazowieckiego przypomniał, że kryzys trwa już osiem miesięcy. Według przedstawionych podczas spotkania wyliczeń średnia strata na jednym sprzedawanym tuczniku wynosi obecnie około 271 zł. W praktyce oznacza to, że wielu producentów finansuje dalszą hodowlę z kredytów lub oszczędności zgromadzonych w poprzednich latach.
Najkrócej sytuację podsumował prowadzący debatę Janusz Terka, hodowca świń z powiatu piotrkowskiego: – Sytuacja jest stabilna, ale stabilna w totalnym marazmie.
To zdanie stało się symbolem całego spotkania. Hodowcy przekonywali, że nie walczą już o rozwój gospodarstw czy nowe inwestycje. Ich celem jest przede wszystkim przetrwanie do momentu, w którym produkcja ponownie stanie się opłacalna.
100 zł do tucznika i 250 zł do lochy. Tego domagają się hodowcy
W tej sytuacji rolnicy przedstawili propozycję programu pomocowego. Zakłada ona dopłatę 100 zł do każdego sprzedanego tucznika oraz 250 zł do każdej lochy, przy jednoczesnym wyłączeniu z programu produkcji prowadzonej w systemie nakładczym.
Autorzy projektu podkreślali, że nie jest to program mający poprawić rentowność produkcji. – To nie jest ryba. To jest kroplówka, która ma utrzymać pacjenta przy życiu – argumentowali przedstawiciele producentów.
W ocenie uczestników spotkania szybkie uruchomienie takiego wsparcia mogłoby ograniczyć tempo likwidacji stad. Każdy miesiąc zwłoki oznacza bowiem kolejne decyzje o zakończeniu produkcji, których później nie da się łatwo odwrócić.
Rodzinne chlewnie znikają z Polski
Dyskusja szybko wyszła poza temat bieżących cen skupu. Coraz częściej mówiono o zmianach zachodzących w całej strukturze krajowej produkcji trzody chlewnej.
Rolnicy zwracali uwagę, że rodzinne gospodarstwa stopniowo rezygnują z hodowli, a ich miejsce zajmują duże systemy integracyjne. W ich ocenie oznacza to nie tylko zmniejszenie liczby producentów, ale także utratę modelu rolnictwa, który przez dziesięciolecia stanowił fundament krajowej produkcji wieprzowiny.
Zdaniem uczestników debaty największym zagrożeniem nie jest już nawet obecna skala strat finansowych. Znacznie trudniejsze do odwrócenia mogą okazać się zmiany strukturalne, które sprawią, że po poprawie sytuacji rynkowej nie będzie już komu odbudowywać krajowego pogłowia.
– Nie odbudujemy pogłowia loch, jeśli każdego miesiąca dokładamy do produkcji – przekonywali uczestnicy spotkania.
To właśnie dlatego wielu hodowców uważa, że działania długofalowe powinny zostać poprzedzone natychmiastową pomocą finansową. Bez niej programy odbudowy mogą okazać się spóźnione.
Resort analizuje, hodowcy mówią: nie mamy już czasu
Przedstawiciele ministerstwa rolnictwa nie kwestionowali trudnej sytuacji producentów. Joanna Trybus zapewniała, że resort analizuje przedstawione podczas debaty propozycje i prowadzi prace nad możliwymi instrumentami wsparcia.
Podkreślała jednocześnie, że przygotowanie programu pomocowego wymaga oceny jego skutków finansowych oraz uzgodnień z Komisją Europejską. Ministerstwo zapowiedziało również kontynuację rozmów z organizacjami branżowymi.
Takie deklaracje nie uspokoiły jednak uczestników spotkania. Wielu z nich zwracało uwagę, że analizy i konsultacje trwają od miesięcy, podczas gdy kolejne gospodarstwa kończą produkcję. W ich ocenie największym przeciwnikiem sektora stał się dziś czas.
Po kilku godzinach dyskusji jedno było pewne – hodowcy nie oczekują już kolejnych zapowiedzi. Oczekują decyzji, które pozwolą im przetrwać najbliższe miesiące. Czy takie decyzje zapadną, miała pokazać dalsza część debaty – poświęcona importowi, funkcjonowaniu rynku oraz przyszłości całego sektora trzody chlewnej.
„Nie każcie nam być śledczymi”. Rolnicy uderzają w państwo
Jeśli pierwsza część debaty koncentrowała się na dramatycznej sytuacji ekonomicznej gospodarstw, druga pokazała, że kryzys ma znacznie szerszy wymiar.
Dyskusja szybko przeniosła się z poziomu cen skupu na kwestie funkcjonowania całego rynku – importu wieprzowiny, skuteczności państwowych instytucji, pozycji sieci handlowych oraz przyszłości krajowej produkcji. W wielu wypowiedziach powracało przekonanie, że bez uporządkowania tych obszarów nawet doraźna pomoc finansowa nie zapewni trwałej poprawy sytuacji.
Jednym z najbardziej emocjonujących momentów spotkania była dyskusja dotycząca importu wieprzowiny. Hodowcy podkreślali, że nie domagają się zamykania granic ani ograniczania swobodnego handlu w Unii Europejskiej. Ich zdaniem problemem jest brak przejrzystości rynku i skutecznych narzędzi pozwalających monitorować, jakie ilości mięsa trafiają do Polski oraz w jaki sposób konkurują z krajową produkcją.
Wielu uczestników zwracało uwagę, że producenci nie mają dostępu do wiarygodnych informacji o skali importu poszczególnych elementów wieprzowych, takich jak karkówka, schab czy żeberka. Bez takich danych – argumentowali – trudno ocenić rzeczywistą sytuację rynkową i prowadzić uczciwą konkurencję.
Przedstawiciele resortu rolnictwa wyjaśniali, że system SEND został rozszerzony na część produktów rolno-spożywczych, jednak jego podstawowym zadaniem pozostaje monitorowanie transportu, a nie pełna analiza rynku mięsa. Resort podkreślał również, że skuteczne kontrole wymagają współpracy producentów oraz zgłaszania przypadków budzących wątpliwości.
Ta odpowiedź spotkała się z natychmiastową reakcją. – Nie każcie nam być śledczymi. Są od tego odpowiednie instytucje państwowe. My mamy produkować świnie, a nie prowadzić dochodzenia – odpowiedział Janusz Terka.
Jego słowa dobrze oddawały nastroje producentów. Rolnicy przekonywali, że obowiązek egzekwowania prawa powinien spoczywać na państwowych służbach kontrolnych, a nie na gospodarzach, którzy każdego dnia walczą o utrzymanie opłacalności produkcji.
Dwie sieci mają niemal całą władzę nad rynkiem
Nie mniejsze emocje wywołała dyskusja o roli największych sieci handlowych. Przedstawiciele resortu przyznali, że rynek detaliczny jest silnie skoncentrowany, a dwie największe sieci odpowiadają za blisko 80% sprzedaży, co daje im ogromną przewagę negocjacyjną wobec przetwórców i producentów.
Ministerstwo poinformowało również o rozpoczęciu rozmów z przedstawicielami handlu przy okazji kampanii promującej polskie ziemniaki i zapowiedziało, że podobne działania mogą objąć także inne produkty rolne.
Dla hodowców były to jednak działania niewystarczające.
Ich zdaniem kampanie promocyjne nie zmienią sytuacji producentów, jeśli handel nadal będzie mógł jednostronnie narzucać warunki współpracy. W ich ocenie potrzebne są rozwiązania prawne wzmacniające pozycję krajowych dostawców i ograniczające przewagę największych odbiorców.
Miliony na promocję zamiast ratowania hodowców?
Jednym z najmocniejszych wystąpień całej debaty był głos Aliny Ojdany z powiatu hajnowskiego dotyczący funkcjonowania Funduszu Promocji Mięsa Wieprzowego.
Rolniczka szczegółowo wskazywała wydatki funduszu na kampanie promocyjne, kongresy i zagraniczne wydarzenia branżowe. Przywoływała wielomilionowe kwoty przeznaczane na promocję, pytając, czy w czasie największego od lat kryzysu środki te rzeczywiście trafiają tam, gdzie są najbardziej potrzebne.
Dyskusja szybko przestała dotyczyć wyłącznie samego funduszu. Stała się symbolem szerszego pytania o sposób wydawania pieniędzy pochodzących od producentów. Wielu uczestników uważało, że dziś priorytetem powinno być utrzymanie gospodarstw, a dopiero później finansowanie działań promocyjnych.
Padły nawet postulaty czasowego zawieszenia części wydatków lub zmiany zasad funkcjonowania funduszu do czasu ustabilizowania sytuacji ekonomicznej producentów.
Ministerstwo przypomniało jednak, że Fundusz Promocji Mięsa Wieprzowego działa na podstawie odrębnych przepisów, a decyzje dotyczące jego działalności nie należą bezpośrednio do kompetencji resortu.
Strategia za kilka lat, a hodowcy upadają już dziś
Dużo miejsca poświęcono również przygotowywanej strategii odbudowy sektora trzody chlewnej.
Rolnicy podkreślali, że od wielu miesięcy słyszą o trwających pracach nad dokumentem, jednak nadal nie znają jego założeń. Pojawiały się pytania o skład zespołu przygotowującego strategię oraz rzeczywisty udział producentów w jej tworzeniu.
Jednocześnie niemal wszyscy uczestnicy byli zgodni, że nawet najlepszy dokument strategiczny nie przyniesie efektów, jeśli wcześniej nie zostaną uruchomione działania ratunkowe.
Jak zauważył jeden z uczestników, trudno planować rozwój sektora za 5 czy 10 lat, gdy wielu hodowców nie ma pewności, czy utrzyma gospodarstwo do końca bieżącego roku.
Bez własnych hodowli nie będzie bezpieczeństwa żywnościowego
Debata wielokrotnie wykraczała poza problemy samej branży trzody chlewnej. Rolnicy przypominali, że bezpieczeństwo żywnościowe jest jednym z fundamentów bezpieczeństwa państwa.
W ich ocenie kraj, który coraz bardziej uzależnia się od importu podstawowych produktów żywnościowych, staje się znacznie bardziej podatny na kryzysy gospodarcze i geopolityczne.
Podkreślano również, że podobne problemy dotyczą innych gałęzi rolnictwa – od produkcji mleka, przez ziemniaki i cukier, po zboża. Kryzys w sektorze trzody chlewnej miał być jedynie najbardziej widocznym przykładem szerszych zmian zachodzących w polskim rolnictwie.
„W imię czego mamy dalej produkować świnie?”
Najbardziej poruszające było wystąpienie Jakuba Walczaka. Przywołał on prosty przykład pokazujący skalę zmian. Jeszcze kilka lat temu sprzedaż jednej partii około 180 tuczników pozwalała uzyskać przychód przekraczający 230 tys. zł. Dziś podobna sprzedaż oznacza wpływy rzędu 86 tys. zł, mimo że jakość produkcji nie uległa pogorszeniu.
– W imię czego mamy nadal te świnki produkować? (...) Młody rolnik swoim dzieciom mówi: nigdy nie bądźcie rolnikami – mówił z żalem.
W podobnym tonie wypowiadało się wielu uczestników spotkania. Mówili o narastającym zadłużeniu, kolejnych kredytach, niepewności związanej ze sprzedażą zwierząt i braku następców gotowych przejąć rodzinne gospodarstwa.
Czas deklaracji się skończył. Hodowcy czekają na decyzje
Dwugodzinna dyskusja nie przyniosło odpowiedzi na najważniejsze pytanie – kiedy hodowcy mogą liczyć na realną pomoc. Ministerstwo zapewniło, że zgłoszone postulaty są analizowane, a rozmowy będą kontynuowane. Nie padły jednak deklaracje dotyczące terminu uruchomienia wsparcia ani jego skali.
Debata pokazała przede wszystkim gigantyczną skalę niepokoju panującego w środowisku producentów trzody chlewnej. Jeszcze niedawno rozmawiali o inwestycjach, modernizacji gospodarstw i zwiększaniu produkcji. Dziś coraz częściej zastanawiają się, czy będą w stanie utrzymać hodowlę do końca roku.
Uczestnicy rozeszli się bez odpowiedzi na najważniejsze pytanie. Jedno nie ulegało jednak wątpliwości – kryzys polskiej produkcji trzody chlewnej przestał być wyłącznie problemem hodowców. Coraz częściej staje się pytaniem o przyszłość krajowego bezpieczeństwa żywnościowego i miejsce rodzinnych gospodarstw w polskim rolnictwie.
Krzysztof Zacharuk
