Hodowca: "Nie chodzi już o to, żeby dużo zarobić. Chodzi o to, żeby nie dopłacać do produkcji"
Jeszcze kilka lat temu producent trzody chlewnej, mimo trudnych okresów, mógł planować przyszłość. Były lepsze i gorsze ceny, ale po dobrej sprzedaży można było odłożyć pieniądze, spłacić zobowiązania i pomyśleć o inwestycjach.
Dzisiaj wielu hodowców mówi już nie o rozwoju, ale o przetrwaniu.
– Nie chodzi już o to, żeby dużo zarobić. Chodzi o to, żeby nie dopłacać do produkcji – mówi Mariusz Balcerzak, producent trzody chlewnej z gminy Gostycyn, w powiecie tucholskim woj. kujawsko-pomorskiego.
Jak podkreśla, obecna sytuacja hodowców jest wyjątkowo trudna.
– Człowiek cały czas myśli: może za tydzień cena się odbije, może będzie lepiej. Ale przychodzi kolejny tydzień i gospodarstwa są coraz bardziej pogrążone.
Jego zdaniem problem nie dotyczy tylko jednej ceny skupu. To cały system, w którym koszty rosną szybciej niż możliwości zarobku.
9 zł za kilogram było możliwe. Dzisiaj rolnik walczy o przetrwanie
Pan Mariusz pamięta czasy, gdy rynek trzody wyglądał zupełnie inaczej.
– Trzy, cztery lata temu były momenty, że tuczniki sprzedawałem nawet po 9 złotych za kilogram – przypomina.
Nie oznacza to jednak, że taka cena była stałym standardem.
– Średnio było 7, 8, czasem 5 złotych. Ale człowiek wtedy mógł coś zrobić. Mógł zarobić, mógł zainwestować, poprawić gospodarstwo – dodaje.
Dzisiaj, jak mówi, problemem nie jest brak rekordowych zysków. Problemem jest brak bezpieczeństwa.
– Te 7,5–8 złotych za kilogram byłoby ceną, przy której można byłoby normalnie funkcjonować. Nie chodzi o wielkie pieniądze. Chodzi o to, żeby człowiek nie dokładał – stwierdza.
Cena sprzedaży to nie jest zarobek producenta trzody
W dyskusji o cenach trzody nie można pomijać najważniejszej rzeczy - pełnych kosztów produkcji.
– Ludzie patrzą: rolnik dostał tyle i tyle za kilogram. Ale nikt nie patrzy, ile wcześniej trzeba było wydać – podkreśla Balcerzak.
A tych wydatków jest coraz więcej. Producent wymienia paszę, energię, weterynarię, w tym szczepienia, utrzymanie budynków, kredyty, inwestycje.
– Ja liczyłem koszty bez mojej pracy. Bo na koniec i tak wychodzi, że tej swojej pracy praktycznie nie ma za co policzyć – zauważa.
Nawet własne zboże nie gwarantuje opłacalności
Jednym z argumentów często pojawiających się w rozmowach o trzodzie jest możliwość ograniczenia kosztów poprzez produkcję własnej paszy. Pan Mariusz właśnie tak prowadzi gospodarstwo.
– Świnie karmię własnym zbożem – mówi.
I zaraz dodaje, że: – Jeżeli gospodarstwo, które ma własne zboże, ma problemy z opłacalnością, to co mają powiedzieć ci, którzy muszą wszystko kupować?
Dobrostan pomaga, ale nie rozwiązuje problemu
Pan Mariusz korzysta z dopłat dobrostanowych.
– Mam świnie na ściółce. Korzystam z tego programu – oznajmia.
Jednocześnie podkreśla, że dopłaty nie mogą zastąpić normalnego rynku.
– To pomaga, ale nie sprawia, że nagle produkcja zaczyna się opłacać - podkreśla.
W jego ocenie rolnicy potrzebują przede wszystkim stabilności.
– Człowiek musi wiedzieć, że jak inwestuje pieniądze, to ma szansę je odzyskać. Ten brak pewności na rynku sprawia też, że wielu hodowców boi się inwestować – zaznacza.
Rolnicy z niepokojem patrzą na Niemcy, bo kolejne spadki cen trzody uderzają w gospodarstwa
Hodowcy trzody chlewnej z uwagą obserwują sytuację na europejskim rynku, szczególnie w Niemczech, gdzie kolejne zmiany cen szybko przekładają się na polskie realia.
Mariusz Balcerzak nie ukrywa obaw, że dalsze obniżki mogą być ciosem dla wielu gospodarstw, które już teraz walczą o utrzymanie opłacalności.
Jego obawy szybko znalazły potwierdzenie – po spadku notowań niemieckiej giełdy VEZG o 10 eurocentów polskie ubojnie również obniżyły stawki skupu. Na 9 lipca ceny tuczników w wadze żywej wynosiły od 3,50 do 4,60 zł/kg, a za świnie w klasie E płacono 5,30–5,50 zł/kg.
Producent podkreśla, że problemem nie jest już tylko jeden trudny miesiąc, ale pytanie, ilu hodowców wytrzyma kolejne lata presji cenowej.
– To już jest naprawdę rozkładanie gospodarstw do maksimum – komentuje Balcerzak.
Rolnik: „Produkujemy żywność, a jesteśmy pod kreską”
Dla gospodarza największym paradoksem jest to, że rolnicy wykonują pracę niezwykle ważną społecznie, ale coraz częściej nie mogą utrzymać się z własnej produkcji.
– My produkujemy żywność. To jest normalna firma. Tylko że my odpowiadamy za wszystko: za zwierzęta, za jakość, za bezpieczeństwo – wylicza.
Dlatego wielu producentów kończy działalność.
– Jeżeli cały czas będziemy dokładać, to kolejni hodowcy będą rezygnować – ocenia.
Pytanie do ministra rolnictwa: jaka gałąź daje dziś przyszłość?
Zdaniem hodowcy problem trzody chlewnej jest częścią większego kryzysu. Młodzi ludzie patrzą na gospodarstwa swoich rodziców i widzą stres, ryzyko oraz brak stabilności. Dlatego najważniejsze pytanie, jakie chciałby zadać ministrowi rolnictwa, brzmi:
– Która gałąź polskiego rolnictwa jest dzisiaj taką, w którą człowiek może wejść i mieć pewność, że będzie mógł normalnie żyć? – pyta.
Bo jeśli rolnik nie będzie mógł zarobić na produkcji żywności, problemem nie będzie już tylko cena tucznika. Problemem będzie to, kto tę żywność będzie w Polsce produkował.
Agnieszka Sawicka
