Dawne polskie zwyczaje wielkanocne. Co to są boże rany, turki, lotki i przywoływki?Archive Media
StoryEditorwielkanoc

Wstawajcie, barany!”. Ten wielkanocny zwyczaj może zaskoczyć

06.04.2026., 10:00h

Dawne polskie zwyczaje wielkanocne kryją wiele zapomnianych rytuałów i lokalnych tradycji. Czym są boże rany, turki, lotki i przywoływki oraz skąd się wzięły?

– Czy zna pani wielkopolski zwyczaj Bożych ran? Przez dwa lata pracowała z nami koleżanka pedagożka z Lubelskiego. I okazało się, że nie znała tego zwyczaju. To poranne smaganie przez gospodynię po nogach witką brzozową albo wierzbową tych, którzy jeszcze śpią. Gospodyni wstawała pierwsza i przygotowaną wcześniej rózgą okładała męża i dzieci, wypowiadając słowa: „Wstawajcie, barany, na Boże rany!”. To działo się w Wielki Piątek rano. Robiono to, by upamiętnić biczowanie Chrystusa podczas Drogi Krzyżowej – mówi Adriana Garbatowska, etnolożka z Wielkopolskiego Parku Etnograficznego, i dodaje, że ten zwyczaj jest obecny również na Kaszubach, które, podobnie jak Wielkopolska, mają też bożonarodzeniowego gwiazdora.

Wielkanocne zwyczaje w Wielkopolsce

Okładanie rózgami odbywa się też w innych regionach Polski. Na wschodzie palmą budzono domowników w Niedzielę Palmową, a towarzyszyły temu słowa: „Palma bije, nie zabije. A za tydzień – wielki dzień, za sześć noc – Wielkanoc”.

Wracamy jednak do wielkopolskich zwyczajów. Charakterystyczne dla tego regionu jest na przykład barwienie jaj tylko na jeden kolor. Lokalne zwyczaje dyktowały też, czym je ozdobić. Zdobienia były jednak też dość ascetyczne w porównaniu z Podlasiem czy okolicami Opoczna. Ale już turki, których tradycję pielęgnuje się w Choczu w powiecie pleszewskim, są znane na Podkarpaciu.

– Od piątku do niedzieli rano przy Grobie Pańskim stoją straże. To dwóch mężczyzn, którzy pełnią godzinne warty przebrani w hełmy i czerwone kubraki. Strażnicy z Chocza powiedzieli nam, że tradycja pisana mówi, że to na pamiątkę powracających z wojny z Turkami żołnierzy, którzy zaznali gościny w drodze do domu i w podzięce stanęli przy grobie. Dziś w Choczu strażnikiem może być już nastolatek. Musi jednak przejść najpierw próbę. W swoją pierwszą Wielkanoc stoi z halabardą w jednej ręce i szablą w drugiej tylko pół godziny – mówi Adriana Garbatowska.

"Klekoczące" taczki spod Leszna

Przenieśmy się do Bukówca Górnego koło Leszna. To wieś, która ma wiele tradycji. Chodzi się tam z nowym lotkiem, czyli czubkiem sosny ozdobionym wstążkami. Chodzi się z nim jeszcze w czasie Wielkiego Postu. W Wielki Piątek natomiast odbywa się tam lotanie z klekotami.

– Chłopcy w Wielki Piątek i Wielką Sobotę biegają po wsi z czymś w rodzaju taczki. Spotykają się sporą grupą pod kościołem i dzielą się. Jedna podgrupa biegnie na jeden koniec wsi, druga na drugi. Wcześniej jednak trzy razy obiegają kościół, a po drodze także kapliczki. Biegają tak trzy razy dziennie. Te „taczki” wydają klekoczący hałas. Kto nie ma taczki, robi hałas ręczną kołatką. Te dźwięki mają zastąpić dzwony, które milkną w Wielki Czwartek na trzy dni – opowiada Adriana Garbatowska.

Odradzają się stare tradycje na wsi

Na Kujawach, ale i na Pałukach w Wielką Sobotę wieczorem odbywają się przywoływki. Chłopcy wchodzą na najwyżej położone we wsi miejsce – stodołę, komin, wysokie drzewo. Stamtąd wygłaszają do ulubionej dziewczyny rymowany wierszyk. Jeśli chłopak ma więcej wybranek, przygotowuje kilka wierszyków. W przywoływce wymienia zalety dziewczyny. Adriana Garbatowska zwraca uwagę, że wiele zwyczajów wielka­nocnych to rytuały przywołujące zamążpójście. Oprócz przywoływek jest wręczanie przez dziewczyny chłopakom malowanych jaj. A śmigus-dyngus to zwyczaj polewania wodą nie byle przechodnia. Zimny prysznic dawniej na wsiach groził młodym dziewczętom, które podobały się chłopcom.

– W Kramsku pod Koninem praktykuje się w Wielki Czwartek wybijanie żuru. Gliniane garnki z popiołem czy błotem rozbijało się o drzwi, okna czy progi chałup. Dziś często zakopuje się garnek. To symboliczne pożegnanie znienawidzonego żuru, który jadło się przez cały Wielki Post. Zaskakujące, że my dziś żur stawiamy na wielkanocnym stole jako jeden z przysmaków. Podejrzewamy z innymi etno­grafami, że dawniej żur, jako potrawa postna, nie gościł na wielkanocnym stole. Mało prawdopodobne, żeby znienawidzoną zupę podać na śniadanie, które miało być wreszcie świętowaniem obfitości – mówi etnolożka.

Do święcenia noszono dawniej nie koszyk, a kosz, a w nim wszystko to, co miało być zjedzone w niedzielę. Adriana Garbatowska przypomina, że jest różnica pomiędzy święconką a święconym. Święconka to to, co niesiemy w koszu przed pokropieniem. Święcone to zawartość kosza po kontakcie z wodą święconą.

W sobotę wieczorem w ogrodach i sadach wielkopolskich dzieci wiły gniazdka z siana. W gniazdku znajdowały w niedzielę słodycze, które przynosił zając. W poniedziałek wielkanocny natomiast nie tylko polewano wodą dziewczęta, ale też chodzono z niedźwiedziem. W Walkowicach zwyczaj nosi nazwę muradyny. W grupie przebierańców oprócz niedźwiedzia i kominiarza, który omurza, czyli smaruje spotkanych sadzą, jest siwek, czyli człowiek przebrany za konia i smagający batem.

– Ostatnio obserwujemy odradzanie się we wsiach wielu starych tradycji. Bo w wielu miejscach ta ciąg­łość się urwała. Istnieje teoria trzech pokoleń. Jedno pokolenie coś kultywuje, pamięta. Ich dzieci, czyli drugie, zapomina, odcina się w pogoni za nowym, nowoczesnym. I nadchodzi pokolenie wnuków, które próbują przywracać zwyczaje. Może polega to na tym, że kontakty między dziadkami a wnukami bywają łatwiejsze i bardziej serdeczne niż relacje rodzic – dziecko? – kończy Adriana Garbatowska.

oprac. Karolina Kasperek

Warsaw
wi_00
mon
wi_00
tue
wi_00
wed
wi_00
thu
wi_00
fri
wi_00
06. kwiecień 2026 10:02