Drogie nawozy, paliwo, środki ochrony roślin, przymrozki, susza i brak następców – z tym dziś mierzą się rolnicy. Rozmowy z gospodarzami z Dolnego Śląska pokazały, że za każdą uprawą stoją nie tylko liczby, ale też lata pracy, rodzinne historie i decyzje, które trzeba podejmować każdego sezonu.
„Kiedyś człowiek zrobił dwa zabiegi i było”
Stefan z Sarn Wielkich na Dolnym Śląsku gospodaruje na około 140 ha. Uprawia pszenicę, rzepak, jęczmień, pszenżyto i groch. Jak przyznaje, przez lata najbardziej zmieniły się koszty produkcji i ochrona roślin.
– Kiedyś człowiek zrobił dwa zabiegi i było. Dzisiaj trzeba kilka razy jeździć, a wszystko kosztuje – mówi rolnik.
Jego zdaniem coraz trudniejsza stała się także walka ze szkodnikami. Jak wspomina, jeszcze kilkanaście lat temu efekty ochrony były znacznie bardziej przewidywalne.
– Kiedyś opryskałeś i było widać efekt. A dzisiaj czasami jedziesz, a za chwilę problem znowu wraca – podkreśla.
Szczególnie wymagającą uprawą stał się rzepak. Rolnik zwraca uwagę, że liczba zabiegów ochronnych jest dziś znacznie większa niż kiedyś.
– Jesienią potrafię wjechać w rzepak nawet pięć razy. Kiedyś opryskało się go na chwasty i właściwie na tym koniec. Nie było tylu zabiegów fungicydowych ani takiej presji szkodników – dodaje.
Rzepak po przymrozkach długo walczył
Ten sezon dla wielu gospodarstw jest wyjątkowo trudny. Najpierw uprawy ucierpiały od wiosennych przymrozków, a później od niedoboru opadów. Pan Stefan przyznaje, że szczególnie mocno odbiło się to na rzepaku.
– On po prostu przemarzł. Długo dochodził do siebie, cały czas było widać, że jest osłabiony – opowiada rolnik.
Choć plantacja ostatecznie przetrwała, jej potencjał plonowania został wyraźnie ograniczony.
– Rzepak był dobrze zakorzeniony, miał grube łodygi i ładnie się zapowiadał. Po przymrozkach już nie wygląda jednak tak, jak powinien – dodaje.
Rolnik zauważa, że coraz trudniej osiągać plony, które kiedyś były czymś normalnym.
– Trzydzieści czy czterdzieści lat temu zbierało się po cztery, cztery i pół tony rzepaku z hektara. Dzisiaj problemem jest osiągnięcie trzech i pół tony – ocenia.
Dzierżawy od 2000 zł za hektar. „To też trzeba zapłacić”
Wysokie koszty produkcji to nie tylko nawozy, paliwo i środki ochrony roślin. Coraz większym obciążeniem dla wielu gospodarstw są również dzierżawy ziemi.
– Teraz już są takie dzierżawy, że najmniej dwa tysiące złotych za hektar trzeba dać – mówi Pan Stefan.
Rolnik gospodaruje na około 140 hektarach, z czego część stanowią grunty dzierżawione. Jak podkreśla, przy obecnych cenach zbóż i rosnących kosztach każda kolejna opłata ma znaczenie.
– Nawozy drogie, paliwo drogie, dzierżawy drogie. A cena zboża nie chce za tym nadążyć – przyznaje.
W wielu gospodarstwach to właśnie suma wszystkich kosztów sprawia, że coraz trudniej znaleźć opłacalność produkcji, nawet przy przyzwoitych plonach.
Pszenica po 740 zł. „Nie, w życiu”
Nie tylko pogoda spędza dziś rolnikom sen z powiek. Coraz większym problemem są także koszty produkcji. Gospodarze zwracają uwagę przede wszystkim na ceny nawozów, paliwa i środków ochrony roślin, które w ostatnich latach mocno wzrosły.
– Nawozy są strasznie drogie. Paliwo też. A cena zboża jaka jest, każdy widzi – mówi rolnik z Dolnego Śląska.
Jak dodaje, niedawno pszenicę sprzedawano w okolicy po około 740–770 zł za tonę. Zdaniem gospodarzy takie stawki nie rekompensują ponoszonych nakładów.
Na pytanie, czy przy obecnych cenach da się jeszcze dobrze zarobić na produkcji zbóż, odpowiedź jest krótka.
– Nie, w życiu – odpowiada rolnik.
Według gospodarzy, aby produkcja była opłacalna i pozwalała na rozwój gospodarstwa, ceny zbóż powinny być wyraźnie wyższe.
– Przy takich cenach nawozów, paliwa i środków ochrony roślin pszenica powinna kosztować co najmniej 1000 złotych za tonę, a najlepiej 1200 zł, żeby coś z tego zostało – oceniają rolnicy.
Inwestycje? Najpierw trzeba utrzymać produkcję, a dopłaty znikają w tydzień
Pan Józef z okolic Kędzierzyna przyznaje, że obecnie wielu rolników odkłada zakup nowych maszyn.
– Przy dzisiejszych cenach płodów inwestycje są praktycznie na poziomie zerowym. Najpierw człowiek zabezpiecza produkcję, a później myśli o czymś więcej – podsumowuje.
Jak mówi, pieniądze z dopłat szybko znikają.
– Dopłaty chwilowo zagrzały konto. Na ile? Może na siedem dni. Większe zakupy nawozów i środków i już ich nie ma – dodaje.
Hodowla znika, ale nie wszędzie
Rolnicy podczas Dni Pola na Dolnym Śląsku mówili również o hodowli. Część gospodarstw rezygnuje ze zwierząt, bo brakuje ludzi i sił.
Pan Stefan przez lata miał krowy mleczne.
– Miałem 25 krów. Na mleko. Ale żona już ma problemy z nogami, człowiek też siły nie ma i zlikwidowaliśmy – opowiada.
Jak podkreśla, zwierzęta oznaczają obowiązek każdego dnia.
– Przy zwierzętach nie ma wolnego. Świątek, piątek i niedziela – dodaje.
Są jednak gospodarstwa, gdzie młodzi chcą rozwijać hodowlę.
– Syn i wnuk myślą o oborze za milion złotych i robocie do dojenia, żeby pracę ułatwić – relacjonuje kolejny rolnik, już emeryt.
Najtrudniejsze pytanie: kto zostanie na gospodarstwie?
Dla wielu rolników największą niewiadomą nie są dziś już tylko ceny skupu czy pogoda. Coraz częściej chodzi o przyszłość gospodarstwa i pytanie, czy będzie miał je kto przejąć.
Pan Stefan nie ukrywa, że sam często się nad tym zastanawia.
– Nie wiem, czy dzieci przejmą gospodarstwo – przyznaje.
Jeden z jego synów od lat pracuje za granicą. Drugi próbował łączyć prowadzenie gospodarstwa z pracą zawodową poza rolnictwem. To sytuacja, którą coraz częściej można spotkać na polskiej wsi. Wielu gospodarzy lub ich następców decyduje się na dodatkowy etat, traktując go jako sposób na zapewnienie stabilnych dochodów i większego bezpieczeństwa finansowego.
Nadzieją pozostaje wnuk.
– Dużo mi pomaga. Przy żniwach ja koszę, on odwozi, syn zwala – opisuje Pan Stefan.
Inni gospodarze mówią podobnie. Tam, gdzie młodzi od dziecka mieli kontakt z rolnictwem, szansa na przejęcie gospodarstwa jest większa.
– Od małego go to interesowało. Ciągniki, gospodarstwo, wszystko. I po dziś dzień to robi – opowiada rolnik z Dolnego Śląska.
Kiedy pytam kolejnego rolnika o przyszłość gospodarstwa i o to, kto po nim przejmie ziemię, odpowiedź nie przychodzi łatwo.
– Człowiek chciał dobrze. Kazał się dzieciom uczyć, żeby miały lżej, żeby nie musiały tak ciężko robić jak my. A teraz człowiek patrzy… dzieci poszły w świat, do miasta, za granicę i nie wiadomo, kto po nas zostanie – mówi z żalem.
Dla wielu gospodarzy to dziś jeden z najtrudniejszych tematów. Ziemia, maszyny i doświadczenie zostają, ale coraz częściej brakuje kogoś młodego, kto będzie chciał dalej prowadzić gospodarstwo.
Agnieszka Sawicka
