Ma 220 ha i od 20 lat pracuje na etacie
Krzysztof Piech, rolnik z pogranicza Dolnego Śląska i Opolszczyzny, długo wahał się, czy opowiadać o swojej pracy poza gospodarstwem. Nie z powodu tremy, ale obawy przed oceną.
– Z jednej strony ktoś może mnie nazwać nieudacznikiem, że nie potrafię utrzymać się tylko z gospodarstwa i dorabiam. Inni powiedzą, że inwestuję w gospodarstwo pieniądze spoza niego i tworzę nierówną konkurencję. A jeszcze inni uznają, że to niemożliwe, żebym jednocześnie prowadził tak duże gospodarstwo i pracował na etacie – mówi.
Mimo tych obaw od blisko dwóch dekad łączy etat z prowadzeniem własnego gospodarstwa. Jak podkreśla, od początku przyświecał mu jeden cel.
– Moim marzeniem było posiadanie dużego gospodarstwa. Poszedłem do pracy po to, żeby zarobić na marzenia – wyjaśnia.
W polu pracują tylko ojciec i syn
Dziś gospodarstwo Krzysztofa Piecha liczy 220 hektarów. Część gruntów należy do niego i żony, część do syna. To rodzinne gospodarstwo o profilu roślinnym, w którym dominującą uprawą jest pszenica zajmująca połowę wszystkich hektarów. Na kolejnych miejscach znajdują się soja (ponad 60 ha) oraz rzepak (około 40 ha). W poprzednich latach rolnik uprawiał także kukurydzę, jednak zrezygnował z niej, uznając ją za zbyt kosztowną i mało opłacalną w obecnych warunkach rynkowych.
– Gospodarstwo jest rodzinne. Żona jest mocno zaangażowana we wszystkie tematy administracyjne, finansowe, dokumentację. Natomiast ze mną i z synem to jest tak, że nie zatrudniam nikogo. Sto procent pracy w polu, z ciągnikami, to nasza dwójka – opowiada.
Od świń do korporacji
Dwadzieścia lat temu wszystko wyglądało inaczej. W gospodarstwie Piecha funkcjonowała produkcja trzody chlewnej. W najlepszym okresie rolnik utrzymywał 70 sztuk macior w cyklu zamkniętym i kilkaset tuczników.
Przełom przyszedł w 2006 roku. Mokre żniwa, problemy z jakością ziarna, wysokie ceny pasz i załamanie opłacalności produkcji trzody.
– Przez lata budowałem bazę odbiorców tuczników. A później zaczęli rezygnować jeden po drugim – wspomina.
Po likwidacji hodowli zostało mu około 30 hektarów ziemi. Wtedy postanowił poszukać dodatkowego źródła dochodu.
Poszedł na etat, żeby kupować ziemię
– Poszedłem do pracy po to, żeby zarobić na marzenia. A moim marzeniem było posiadanie dużego gospodarstwa – podkreśla rolnik.
Etat nie był więc przypadkiem ani zabezpieczeniem „na wszelki wypadek”, lecz świadomą strategią rozwoju gospodarstwa.
– Chciałem dogonić tych, którzy urodzili się dziesięć lat wcześniej i mogli skorzystać z przemian ustrojowych. Oni kupowali ziemię. Ja tego handicapu ze względu na kosztochłonną hodowlę nie miałem – wyjaśnia. – Stwierdziłem więc, że jeśli idę w kierunku gospodarki roślinnej, to muszę iść na pewną skalę. Zacząłem szukać ziemi, dokupować, ale było z tym trudniej, bo ziemia była droższa – dodaje.
Z 30 ha do 220 ha bez zatrudniania pracowników
Przez kolejne lata pieniądze zarabiane poza gospodarstwem trafiały z powrotem do rolnictwa.
– Całe pieniądze zarobione poza gospodarstwem przez te lata inwestowałem w gospodarstwo. Nie wydawałem ich na konsumpcję. Wszystko wracało do gospodarstwa – opowiada.
Z czasem gospodarstwo urosło z 30 do ponad 220 hektarów.
– Najpierw mówiłem sobie, że skończę na stu hektarach. Potem, że na stu pięćdziesięciu. Kiedy miałem sto pięćdziesiąt, było już dwieście – dodaje.
– Jak już miałem to drugie źródło dochodu, to rodziło to też pewnego rodzaju uzależnienie. Chociaż to było ciężkie do pogodzenia, to świadomość tego, że ma się tę „drugą nogę”, to daje poczucie komfortu, bezpieczeństwa. W głowie rodzi się też pytanie o minimalną granicę gospodarstwa, która pozwoli na egzystencję, na utrzymanie się z pracy gospodarstwa – opowiada.
Życie rolnika na "dwóch etatach"
Łączenie etatu i gospodarstwa oznacza jedno: brak wolnego czasu.
– Jeżeli się pracuje naprawdę w wymiarze dwóch etatów, to gdzieś te godziny trzeba znaleźć, bo weekendów w rolnictwie się nie ma. Nie ma wakacji, bo siada się na kombajnie. Zimą nie można sobie zafundować wyjazdu do ciepłych krajów – mówi.
Dzień Krzysztofa Piecha od wielu lat oznacza co najmniej 16 godzin pracy. Jak podkreśla, łatwiej jest mu łączyć oba zajęcia, ponieważ etat również związany jest z branżą rolniczą.
– To jest ważne. To się ze sobą przeplata. Doświadczenie z gospodarstwa pomagało mi w pracy najemnej. Doświadczenie zbierane w pracy zawodowej pomagało mi w gospodarstwie – wylicza.
Pracuje po 16 godzin dziennie i odpoczywa na traktorze
Na pytanie o odpoczynek odpowiada bez wahania:
– Nie odpoczywam.
Po chwili dodaje, że nauczył się odpoczywać w biegu.
– Po ośmiu godzinach pracy zawodowej siedzę na traktorze i paradoksalnie trochę odpoczywam – mówi.
Mimo ogromnego obciążenia rolnik nie żałuje swojej decyzji.
„Życie na etacie jest dużo łatwiejsze”
Zapytany o porównanie etatu i własnego gospodarstwa nie ma wątpliwości.
– Życie na etacie jest dużo łatwiejsze – odpowiada. – Bo etat kończy się po wyjściu z pracy. Gospodarstwo nie kończy się nigdy – dodaje.
Dodatkowo prowadzenie własnej firmy, a gospodarstwo jest przecież taką firmą, oznacza ryzyko. Pogoda, polityka, ceny, rynki. Wszystko może się zmienić z dnia na dzień.
Nowy pomysł na gospodarstwo
Rolnik nie chce biernie czekać na rozwój sytuacji rynkowej. Choć ubiegły rok był trudny dla producentów warzyw, zdecydował się wejść w produkcję warzyw i sprzedaż bezpośrednią. Nie ukrywa jednak, że to jedna z najbardziej pracochłonnych gałęzi produkcji rolniczej.
– Przy produkcji stricte polowej, przy podstawowych uprawach, nakład pracy nie jest aż tak duży. Ale kiedy człowiek weźmie się za ogrodnictwo, to nawet hodowla mięknie. To, ile trzeba się narobić przy warzywach, jest nieporównywalne do niczego – ocenia.
Jak podkreśla, decyzja o wejściu w warzywa wynika nie tylko z chęci dywersyfikacji dochodów, ale także z obaw o przyszłość tradycyjnej produkcji roślinnej.
– Jeżeli będziemy chcieli konkurować wyłącznie pszenicą, rzepakiem czy kukurydzą, to będzie nam coraz trudniej. Dziś Unia Europejska nie nadaje rolnictwu takich priorytetów jak kiedyś i coraz częściej otwiera rynek na produkty z innych kierunków. Nie chcę czekać, aż stanie mi się krzywda. Chcę szukać alternatywy. Dlatego pomyślałem o sprzedaży bezpośredniej i dlatego pomyślałem o warzywach – tłumaczy.
Sprzedaż bezpośrednia i trend konsumencki
Rolnik wskazuje, że coraz większe znaczenie ma skracanie łańcucha dostaw i bezpośredni kontakt z klientem.
– Konsument chętnie kupi jajko od kury, którą widzi, która skubała trawkę. Kupi marchewkę z grządki. I to jest trend ogólnoświatowy, nie tylko europejski, nie tylko polski. Ja chcę iść tym tropem – podkreśla.
Jednocześnie zaznacza, że budowanie takiego modelu wymaga czasu i przygotowania rynku jeszcze zanim pojawią się pierwsze warzywa.
– Zanim urośnie pierwsze warzywo, dobrze było jakoś ten rynek już budować – mówi.
Jak dodaje, proces ten rozpoczął się od wykorzystania własnych zasobów gospodarstwa.
– Mamy na hali i w magazynie 700 ton pszenicy. Zaczęliśmy mielić to na mąkę. To ziarno, co zostało z zeszłego roku. To się jesienią zaczęło. W listopadzie zmieliliśmy pierwszą partię, kilkaset kilogramów pszenicy.
Z czasem sprzedaż zaczęła się rozwijać.
– No i teraz regularnie co miesiąc po kilka ton tej pszenicy przerabiamy na mąkę. I tak to się zaczęło. No i do tej mąki wchodzą teraz warzywa – dodaje.
Rolnik podkreśla, że to dopiero początek szerszego kierunku.
– Myślę też o przetworach z gospodarstwa... Ale doba ma tylko 24 godziny – podsumowuje.
Agnieszka Sawicka
