Piotr Grędas prowadzi gospodarstwo rodzinne w jednym z najbardziej znanych regionów produkcji ziemniaka – zagłębiu sieradzkim. Uprawia około 40 hektarów ziemniaków jadalnych, prowadzi hodowlę zarodową trzody chlewnej w cyklu zamkniętym, ma około 50 loch oraz bydło opasowe.
Jeszcze niedawno inwestował i wierzył, że sytuacja na rynku się poprawi. Dziś mówi, że rolnicy stoją pod ścianą.
– W tym roku udało mi się postawić dwie nowe komory na świnie. Człowiek miał nadzieję, że może sytuacja się poprawi. A tutaj jest coraz gorzej – opowiada gospodarz.
Ziemniak po 30 groszy
Problemem w tym sezonie okazały się znów ziemniaki. Grędas posadził około 40 hektarów. Jak mówi, koszty produkcji są ogromne, a cena skupu spadła do poziomu, którego producenci nie są w stanie zaakceptować.
– Dzisiaj rolnik dostaje 30 groszy za kilogram ziemniaka. Tydzień temu było jeszcze 40–45 groszy. Codziennie cena potrafi spaść o kolejne kilka groszy – mówi.
Jego zdaniem, aby produkcja miała sens ekonomiczny, cena powinna być zdecydowanie wyższa.
– Nas by satysfakcjonowało około 70 groszy. Przy 30–35 tonach z hektara i cenie 70 groszy można mówić o zwrocie kosztów. To jest prosta matematyka – tłumaczy.
Tymczasem nakłady są znacznie większe.
– Koszt produkcji hektara ziemniaka to około 15–20 tysięcy złotych. A dziś przy najlepszych warunkach z hektara wychodzi 9–10 tysięcy. To się po prostu nie spina – podkreśla.
800 ton ziemniaków w magazynach
Poprzedni sezon również zakończył się dla wielu producentów dramatycznie. Grędas próbował ratować sytuację, przechowując ziemniaki do zimy.
– Przechowałem około 800 ton ziemniaka. Człowiek liczył, że w grudniu, styczniu czy lutym sytuacja się poprawi. Ale rynek się już udusił – wspomina.
Część plonu musiał oddać do utylizacji.
– Około 150 ton udało mi się przekazać firmie zajmującej się utylizacją dla biogazowni. Inni takiej możliwości nie dostali, dlatego wokół widać pryzmy ziemniaków w lasach i przy drogach. Państwo zostawiło rolników z problemem – mówi.
Jak dodaje, ziemniak to nie jest produkt, który można przechować bez końca.
– To nie jest zboże, które można zostawić na następny rok. Ziemniak się psuje. W pewnym momencie człowiek musi coś z nim zrobić – zaznacza. – Gdzie my mamy uderzyć? Gdzie my mamy to sprzedać? Ze wschodem wiadomo, wszystko stanęło. Na zachód nie jesteśmy w stanie nic wyeksportować, bo nas zawalają z tamtej strony – dodaje.
Nawozy, paliwo i koszty produkcji rosną, a ceny spadają
Piotr Grędas podkreśla, że największym problemem gospodarstw są dziś rosnące koszty przy jednoczesnym spadku cen płodów rolnych. Jak mówi, wbrew zapewnieniom o taniejących środkach produkcji, rolnicy nadal płacą wysokie stawki za nawozy.
– Mówili, że nawozy tanieją. Nawozy nie tanieją, bo na punktach, gdzie jeszcze są, utrzymują takie ceny, jakie były – mówi gospodarz.
Rolnik wylicza ceny podstawowych środków produkcji.
– Fosfor? Był problemem z dostępnością, trzeba było pożyczać od innych gospodarzy, bo zamówiony wcześniej nie dojechał na czas. Później cena nawozu była około 3500–3700 zł za tonę – opowiada. – Saletra kosztuje około 1800–2000 zł za tonę – dodaje.
Podobnie materiał sadzeniakowy do ziemniaków stanowi ogromny koszt.
– Sadzeniak kosztował po 4–5 złotych za kilogram, czyli około 5 tysięcy złotych za tonę. Przy trzech tonach na hektar sam sadzeniak to już około 15 tysięcy złotych – tłumaczy.
Do tego dochodzą jeszcze paliwo, energia i praca ludzi.
– Pracownikowi trzeba zapłacić około 30 złotych za godzinę, paliwo kosztuje, nawozy kosztują. Wszystko poszło do góry, a cena naszego produktu idzie w dół – zaznacza.
– Towaru jest mniej, koszty są większe, a cena cały czas spada. Pytamy: jak to możliwe? – pyta.
Tuczniki po cenach sprzed dekad. „Nie mamy wpływu na to, ile dostaniemy”
Problemy z cenami dotyczą nie tylko ziemniaków. Piotr Grędas prowadzi hodowlę trzody chlewnej w cyklu zamkniętym i mówi, że sytuacja na rynku wieprzowiny również jest dramatyczna.
– Mam 50 loch w cyklu zamkniętym, prowadzę hodowlę zarodową. To jest kolejny gwóźdź do trumny, bo cena teraz spada – mówi.
Jak wskazuje, ceny skupu tuczników coraz mniej mają wspólnego z kosztami produkcji.
– Mój kuzyn ładował ostatnio tuczniki po 5,20 zł za kilogram WBC w klasie E. Przy dobrych wiatrach może wyjdzie około 4 zł za kilogram żywca. To jest cena poniżej kosztów – tłumaczy.
Rolnik zwraca uwagę, że hodowca często nie ma możliwości przeczekania złej ceny.
– Gdyby ktoś przyjechał po tucznika i powiedział, że da dwa złote, to co ja mam zrobić? Nie sprzedam? Będę go dalej karmił, koszty będą rosły, a na końcu oddam za darmo – mówi.
Jego zdaniem koszty paszy pochłaniają większość przychodu.
– Sprzedaję tucznika za około 400 złotych, a sama pasza kosztuje mnie 350 złotych. A gdzie weterynarz, energia, obsługa, remonty i utrzymanie budynków? – pyta.
– Wróciliśmy do cen sprzed 30 lat, tylko że wtedy pracownik miał inną stawkę, paliwo kosztowało inaczej, nawozy kosztowały inaczej. Wszystko się wywróciło do góry nogami – podsumowuje Piotr Grędas.
„Przelewaliśmy pieniądze z chlewni do przechowalni”
Rolnik wspomina, że przez lata ratował jedną produkcję drugą.
– Jak było źle ze świniami, zostawały ziemniaki. Jak było źle z ziemniakami, pomagała chlewnia. Przelewaliśmy pieniądze z chlewni do przechowalni i z przechowalni do chlewni. Ale teraz brakuje już z jednej i z drugiej strony – mówi.
– U rolnika pieniądze cały czas wracają do gospodarstwa. Kupuje się maszyny, remontuje budynki, inwestuje w zwierzęta. Nie jest tak, że rolnik bierze zysk i odkłada go do szuflady – tłumaczy.
Rolnik może dużo wytrzymać, ale nie da się cały czas produkować poniżej kosztów
Jak mówi Piotr Grędas, dziś problem nie dotyczy już jednego produktu. Zarówno ziemniaki, jak i trzoda chlewna przynoszą coraz większą presję finansową, dlatego rolnicy pojechali 14 lipca na protest do Warszawy.
– Wzięliśmy ze sobą worki ziemniaków. Chcieliśmy po prostu pokazać, jak wygląda rzeczywistość. To nie były żadne hasła, tylko produkt, który dziś kosztuje nas tysiące złotych w produkcji, a na rynku jest wyceniany na grosze – mówi.
Producenci apelują o większą kontrolę importu i lepszą ochronę krajowego rynku.
– Nie chcemy cudów. Chcemy tylko, żeby rolnik mógł sprzedać swój produkt po cenie, która pozwoli mu dalej produkować – podsumowuje Piotr Grędas.
Dziś jego gospodarstwo nadal pracuje. Nadal są świnie, ziemniaki i inwestycje. Ale jak mówi gospodarz, coraz trudniej znaleźć odpowiedź na pytanie, czy za rok będzie jeszcze komu produkować.
– Rolnik może dużo wytrzymać. Ale nie da się cały czas produkować poniżej kosztów – ocenia.
– Wstaje się godzina piąta, piąta trzydzieści, robi się do godziny dwudziestej czwartej do pierwszej w nocy… To ja na godziny bym zarobił więcej niż ja mam teraz dochodu z tego gospodarstwa – podsumowuje.
Agnieszka Sawicka
