Marcin Sobczuk: Boimy się że po żniwach cena pszenicy spadnie do 400 złotychKrzysztof Janisławski/archiwum PWR
StoryEditorTo największe pospolite ruszenie na wsi

Marcin Sobczuk: Boimy się, że po żniwach cena pszenicy spadnie do 400 złotych

26.02.2024., 19:02h
– Już teraz pszenica paszowa jest nawet poniżej 600 zł. Nie chcemy, żeby po żniwach było po 500 czy nawet po 400 zł za tonę. Jeśli do tego dojdzie, to jesienią możemy spodziewać się fali bankructw na polskiej wsi – uważa Marcin Sobczuk, prezes Zamojskiego Towarzystwa Rolniczego, z którym rozmawiał Krzysztof Janisławski podczas protestu rolników na granicy w Zosinie.

Jesteśmy na proteście rolników na granicy. Strajki trwają kolejny tydzień, ale tutaj na przejściu granicznym to tak naprawdę kolejny rok protestu. Co dalej?

– Bardzo trudne pytanie. Dalej to my byśmy najchętniej zeszli z tych protestów. Tylko, żebyśmy to zrobili, musimy otrzymać od rządzących jakieś poważne konkret. Ale takie naprawdę realne, a nie konferencje prasowe do telewizji. Nam dzisiaj do niczego nie jest potrzebne przekrzykiwanie się, kto tak naprawdę najbardziej zawinił czy kto chce albo nie chce pomóc. My chcemy wiedzieć jasno i przejrzyście: jak, gdzie i ile mamy produkować.

Już w tej chwili w naszym rejonie na Lubelszczyźnie i Podkarpaciu, cena pszenicy paszowej jest już poniżej 600 zł za tonę. Nie chcemy, aby się okazało, że po żniwach to będzie 500 albo 400 zł za tonę. Jeden roku dało nam się jakoś przetrwać z rozpędu z dobrego roku 2022. Nie ukrywam, że także dopłaty jakie od rządu otrzymaliśmy też w jakiś sposób wyrównały. Ale kolejnego roku z takim deficytem wielu rolników nie wytrzyma

Niektórzy twierdza, że chodzi o to, żeby wyprowadzić z Unii Europejskiej produkcji żywności a u nas zrobić coś w rodzaju skansenu

– Też spotkałem się właśnie z takim dość trafnym sformułowaniem że Unia Europejska chyba na głowę upadła bo chce wyeksportować produkcję żywności poza swoje kraje. Ale czy to spowoduje mniejszą emisję dwutlenku węgla, jeśli ta żywność będzie produkowana w Azji w Ameryce w Australii? Czy to na tym ma polegać, żeby to produkować w innych rejonach świata bez kontroli bez możliwości ingerencji w ten proces? My przecież w Unii jesteśmy i tak najbardziej restrykcyjni: nie pozwalamy uprawy GMO, wycofaliśmy bardzo dużą ilość środków ochrony roślin i zmniejszamy co roku ich ilości, zmniejszamy stosowanie nawozów.

Przecież my jako rolnicy nie jesteśmy samobójcami. Nikt nie będzie sypał niesamowitych ilości nawozu na pole, tylko po to żeby popisać się przed sąsiadem czy rekordem w plonie. Najważniejsze jest wyprodukowanie ekonomicznie żywności i uzyskanie jakieś optymalnych dochodów niż chwalenie się rekordami. Śmiem twierdzić, że w ogródku mojej mamy mniej ekologicznie są uprawiane warzywa niż w moim gospodarstwie, bo w tym ogródku to szkodnika czy chorobę to oprysku zużyję na oko, bo nie będę strzykawką odmierzał. Ale na polu mnie na takie coś nie stać. Dlaczego miałbym bez potrzeby pchać się w dodatkowe koszty?

Ewentualne wyprowadzanie produkcji żywności z Unii, to jest także kwestia bezpieczeństwa żywnościowego naszych krajów

– Zgadza się i to muszą zrozumieć konsumenci, że żywność będziemy ściągać tylko ze świata, to niestety zapłacimy za nią znacznie więcej niż za naszą. Podam to przykład pomidorów. Jeżeli pomidory są u nas w okresie letnim, to je kupujemy po 3 – 4 zł, ale jeżeli teraz zimą je kupujemy to ich koszt jest kilkukrotnie wyższy. A wożenie ich w lecie tak samo będzie generowało koszty i wtedy społeczeństwo dopiero zrozumie że niestety chyba lepiej było mieć produkcję u siebie, za miedzą u rolnika czy sąsiada. Mnie aż przeraziło jak ostatnio zobaczyłem, że w sklepie kilogram wędliny już kosztuje tyle co 100 kg zboża. Takich przeliczników to chyba nawet za komuny nie było.

Na początku rozmowy powiedział Pan, że obawia się sytuacji, gdy pszenica będzie po 400 czy 500 zł. Jeśli tak będzie, to jesienią możemy spodziewać się fali bankructw na polskiej wsi?

– Na pewno. Nastąpi nieskoordynowana restrukturyzacja gospodarstw. Jeżeli drugi rok z rzędu ktoś dołoży do gospodarstwa to będzie po prostu rezygnował. Ale czy starczy miejsc pracy dla odpływu ludzi ze wsi?

Musimy zrozumieć jeszcze jedną rzecz. Na protestach rolników nie są już tylko sami rolnicy, dzisiaj są też przedstawiciele firm z nami współpracujących choćby sprzedającego nam maszyny, części zamienne, nasiona środki ochrony roślin.  Im sprzedaż tak drastycznie spadła, że niektórzy mówią, że jeśli nic się nie zmieni, to do końca tego roku nie przetrwają. Nie ma się co dziwić, bo pierwsze co w gospodarstwach zrobimy, to zaprzestaniemy jakichkolwiek inwestycji.

Oby ten czarny scenariusz się nie spełnił.

– Bardzo byśmy tego chcieli. Ja już od 30 lat prowadzę własne gospodarstwo i nigdy na tak wielkich protestach nie byłem. Nawet za ś.p. Andrzeja Leppera, kiedy ceny świń były bardzo kiepskie i nie było ich można sprzedać, to wtedy nie było takiego pospolitego ruszenia jak w tej chwili jest w Polsce. To nie jest tak, że my chcemy tylko strajkować – dzisiaj zależy nam, żeby mieć swoje gospodarstwa, prowadzić w nich remonty i spokojnie przygotowywać się do sezonu. Ale niestety sytuacja nas zmusiła do tego, że musimy strajkować. Chociażby dlatego, że Zielony Ład został skonstruowany dla rolników, ale bez rolników. Poprzednia władza niestety z nami nie konsultowała tych decyzji. Ba, nawet się oficjalnie chwaliła, że to jest ich pomysł. A dzisiaj mamy tego efekty nie tylko w Polsce, ale też za granicą. Największe protesty we Francji, w Niemczech. Nawet Hiszpania, która potrzebuje zboża z Ukrainy też protestuje.

Życzę powodzenia i trzymamy kciuki za rolników.

image
Interwencja TPR

Rolnicy nabici w silosy. Bez dodatkowego kwitka z gminy nie dostaną dopłat z ARiMR

Rozmawiał Krzysztof Janisławski

Warsaw
wi_00
mon
wi_00
tue
wi_00
wed
wi_00
thu
wi_00
fri
wi_00
19. kwiecień 2024 12:46