Zakład, prowadzony przez rodzinę od prawie 40 lat, obsługuje kilka województw: mazowieckie, podlaskie, lubelskie i współpracuje z tysiącami klientów. Jest jednym z największych i najnowocześniejszych tego typu zakładów w kraju, którego działalność obejmuje zarówno odbiór surowca, jak i jego przetwarzanie. To właśnie ta druga część działalności została w ostatnim czasie ograniczona, co wywołało poważne konsekwencje dla rolników, hodowców i innych odbiorców usług.
Od zapachów do walki o przetrwanie
Jak wyjaśnia prezes Cabaj, początkowo spór dotyczył głównie zapachów i uciążliwości dla okolicznych mieszkańców. W odpowiedzi firma zaczęła inwestować w nowe technologie ograniczające emisję, w tym w dodatkowe systemy oczyszczania powietrza.
-Dziś dokładamy kolejne urządzenia, żeby powietrze po procesie było czyste — mówi. W planach była też dalsza rozbudowa systemu odoryzacji oraz współpraca z Politechniką Bydgoską nad dodatkowymi rozwiązaniami technologicznymi.
- Niestety, z czasem problem urósł jednak do znacznie większej skali i dzisiaj to już nie chodzi o zapachy. Chodzi o samą egzystencję zakładu" - mówi prezes Zbiornicy Skórzec, podkreślając, iż przez lata funkcjonował on bez większych konfliktów z lokalną społecznością. Wszystko zmieniło się w ostatnich miesiącach, kiedy na firmę spadła fala lokalnego hejtu i kontroli, które ujawniły szereg problemów, ale tylko formalnych. Wśród nich znalazły się m.in. brak pozwolenia zintegrowanego oraz kwestie związane ze zmianą sposobu użytkowania obiektu.
Rolnicy czekają, a auta stoją w kolejkach
W efekcie protestów i kontroli firma musiała wyhamować produkcję i skupić się głównie na logistyce oraz transporcie. To z kolei doprowadziło do zatorów: samochody czekają w kolejkach pod innymi zakładami, a odbiory padłych zwierząt od hodowców opóźniają się nawet o kilka dni. W branży, gdzie liczy się czas i bezpieczeństwo sanitarne, takie przestoje są szczególnie groźne. Im dłużej zwierzęta lub produkty uboczne pozostają bez odbioru, tym większe ryzyko dla gospodarstw i całego łańcucha dostaw.
Prezes zwraca uwagę, że ich zakład specjalizował się przede wszystkim w odbiorze surowca niższej jakości, którego większe instalacje nie chciały przyjmować. Właśnie dlatego Zbiornica Skórzec pełniła ważną funkcję uzupełniającą dla rynku. Gdy zakład nie może działać pełną parą, część produktów nie ma gdzie trafić, a to oznacza większe obciążenie dla rolników i większe ryzyko nielegalnego pozbywania się padłych zwierząt – mówi Marcin Cabaj, który przyznaje, iż decyzja o rozpoczęciu inwestycji przed pełnym zakończeniem procedur była ryzykowna.
Podjąłem ryzykowną decyzję i dzisiaj płacę jej skutki - mówi otwarcie i tłumaczy, że było to działanie pod presją rynku, finansowania i realnej potrzeby rolników, którzy potrzebowali sprawnego systemu odbioru.
Firma rozwijała również kierunek związany z biogazowniami, bo to rozwiązanie bardziej lokalne, energooszczędne i zgodne z zasadami gospodarki obiegu zamkniętego. Jednak także ten projekt został spowolniony przez protesty i niepewność formalną.
Zdaniem zarządu problem ma również wymiar społeczny. Wokół zakładu pojawili się nowi mieszkańcy, którzy nie byli związani z lokalną produkcją rolną i zaczęli patrzeć na zakład wyłącznie przez pryzmat uciążliwości. Tymczasem — jak podkreśla Marcin Cabaj — bez takich instalacji nie da się utrzymać sprawnego funkcjonowania rolnictwa, produkcji mięsnej i bezpieczeństwa epizootycznego.
Czy to przypadek?
Najbardziej boli go to, że przez lata zakład był częścią lokalnego krajobrazu bez większych napięć.
- Do kwietnia wszystko było w porządku i nie było żadnych problemów. A potem nagle telefon za telefonem — opowiada. Jego zdaniem to pokazuje, jak szybko można wykreować społeczne napięcie wokół działalności, której większość mieszkańców wcześniej po prostu nie zauważała.
Prezes nie ukrywa też rozczarowania tempem działania instytucji publicznych.
- Potrzebujemy państwa, które bierze odpowiedzialność, a nie tylko rozkłada ręce - mówi. Jego zdaniem branża utylizacyjna jest strategiczna: bez niej nie da się utrzymać bezpieczeństwa żywnościowego, sprawnego rolnictwa ani rozwijającej się produkcji zwierzęcej.
Dziś Zbiornica Skórzec działa w cieniu niepewności. Firma próbuje utrzymać logistykę, inwestuje w ograniczenie uciążliwości i czeka na rozstrzygnięcia administracyjne.
- Mam nadzieję, że ludzie zrozumieją, że ten zakład jest potrzebny - podsumowuje prezes Cabaj. - Bez takich miejsc rolnictwo po prostu nie będzie mogło normalnie funkcjonować.
Beata Dąbrowska
