W Lubuskiem susza dotknęła większość gmin, ale system monitorowania nie pokazuje skali strat, którą rolnicy widzą na polach. Andrzej Kałek, prezes Lubuskiej Izby Rolniczej, mówi, dlaczego rolnicy coraz bardziej zniechęcają się do wypełniania aplikacji i dlaczego jego zdaniem monitoring suszy powinien działać przez cały rok.
Susza w większości gmin, a protokół jak na razie tylko w jednym gospodarstwie
Tegoroczna sytuacja w Lubuskiem pokazuje problem, o którym rolnicy mówią od lat. Z jednej strony system wskazuje występowanie zagrożenia suszą w zdecydowanej większości gmin, z drugiej – liczba gospodarstw, w których straty pozwalają na sporządzenie protokołu, pozostaje zaskakująco mała.
W przypadku zbóż jarych zagrożenie suszą obejmowało 79 z 82 gmin województwa. Tymczasem, jak informowano podczas Lubuskiego Forum Rolniczego, system wskazał straty kwalifikujące do sporządzenia protokołu tylko w jednym gospodarstwie, na tę chwilę.
Czy to oznacza, że rolnicy nie składają wniosków, czy system rzeczywiście nie pokazuje rzeczywistej skali problemu?
Prezes Lubuskiej Izby Rolniczej Andrzej Kałek zwraca uwagę, że działa tu kilka czynników.
– Straty w rzeczywistości są dużo większe, niż to pokazują aplikacje i wyliczenia – mówi Kałek.
Rolnicy są zniechęceni do aplikacji
Zdaniem prezesa LIR problemem jest nie tylko sam sposób wyliczania strat. Rolnicy są również coraz bardziej zniechęceni do korzystania z systemu.
W gospodarstwach trwa obecnie intensywna praca. Przy żniwach, przygotowaniu pól pod kolejne zasiewy i codziennych obowiązkach trudno znaleźć czas na dodatkowe procedury.
Do tego dochodzi wcześniejsze doświadczenie rolników. Jeżeli gospodarz widzi na polu wyraźne straty, a po wprowadzeniu danych do aplikacji otrzymuje wynik, który jego zdaniem nie odpowiada rzeczywistości, trudno oczekiwać, że będzie chciał kolejny raz przechodzić przez tę samą procedurę.
– Rolnicy są zniechęceni. Żeby się nie denerwować, że wychodzi zupełnie coś innego, niektórzy po prostu do tego jeszcze nie podeszli – tłumaczy prezes LIR.
Największy problem? Monitoring zaczyna od zera
Andrzej Kałek wskazuje przede wszystkim na sposób rozpoczynania monitoringu.
Jego zdaniem nie można zakładać, że wraz z rozpoczęciem kolejnego okresu monitorowania deficyt wody na polach wynosi zero.
Jeżeli gleba już wcześniej jest przesuszona, rośliny rozpoczynają wegetację w zupełnie innych warunkach niż w sytuacji, gdy po zimie zasoby wody są odpowiednie.
– Nie możemy podchodzić do tego tak, że jak zaczyna się monitoring, to wychodzimy od zera, kiedy już jesteśmy na minusie – podkreśla Kałek.
I właśnie dlatego LIR chce, aby monitoring obejmował cały rok.
„Jak zaczynamy od zera, ta susza nigdy nie będzie wychodzić”
To jeden z najważniejszych argumentów prezesa lubuskiej izby.
Jeżeli deficyt wody narasta przed rozpoczęciem właściwego okresu monitorowania, a system później nie uwzględnia całej wcześniejszej historii, obraz sytuacji może być niepełny.
– Jeżeli w marcu startujemy od zera, ta susza nigdy nie będzie wychodzić – podkreśla prezes LIR.
W ocenie rolników konieczne jest więc odejście od traktowania monitoringu wyłącznie jako pomiaru prowadzonego w określonych ramach czasowych. Niedobór wody powinien być analizowany jako proces, który może narastać przez wiele miesięcy.
Co pokażą badania wykonane bezpośrednio na polach?
W Lubuskiem prowadzone są również obserwacje terenowe, które mogą dostarczyć interesującego materiału do porównania z wynikami systemu.
Na wybranych gospodarstwach wykonano trzy wizyty: pod koniec kwietnia, w połowie czerwca oraz po żniwach. Pobrano próbki jęczmienia ozimego i innych zbóż.
Za badania odpowiadają naukowcy z Instytutu Uprawy Nawożenia i Gleboznawstwa, we współpracy z Lubuskim Związkiem Rolników.
Teraz pozostaje czekać na wyniki.
– Czekamy na to, co fizycznie określą, na ile to się potwierdzi – mówi Kałek.
To właśnie porównanie danych z rzeczywistych pól z wynikami aplikacji może być bardzo ważne w dyskusji o przyszłości systemu.
Jeżeli badania terenowe pokażą wyraźne straty, a monitoring ich nie wychwyci, argument za zmianą metodologii będzie jeszcze mocniejszy.
Nie chodzi o wyrzucenie aplikacji
Prezes LIR nie twierdzi, że cyfrowe narzędzia powinny zostać całkowicie odrzucone. Problemem jest sposób ich wykorzystania.
System może być szybki i obejmować duży obszar, ale jego wynik zależy od danych, które do niego trafiają, oraz przyjętych zasad obliczeń.
Rolnik oczekuje natomiast odpowiedzi na bardzo proste pytanie: czy jego uprawa rzeczywiście poniosła stratę i jak duża ona była?
Jeżeli odpowiedź systemu znacząco różni się od tego, co gospodarz widzi na polu, zaufanie do całego mechanizmu zaczyna spadać.
20–30 proc. mniej plonu i już jest problem z kosztami
W rozmowie prezes LIR zwraca również uwagę na ekonomiczny wymiar strat.
Spadek plonu nie musi oznaczać całkowitego zniszczenia uprawy, żeby gospodarstwo znalazło się w trudnej sytuacji.
Jeżeli produkcja spada o kilkadziesiąt procent, przy niezmienionych lub wysokich kosztach nawozów, paliwa, środków ochrony roślin, pracy i maszyn, nawet częściowa strata może oznaczać bardzo poważny problem finansowy.
Kałek wskazuje, że poziom strat rzędu 20 czy 30 proc. średniego plonu może dla gospodarstwa oznaczać sytuację, w której produkcja nie daje już odpowiedniego wyniku ekonomicznego.
To pokazuje, dlaczego samo pytanie, czy uprawa została zniszczona w określonym procencie, nie zawsze wystarcza do oceny sytuacji gospodarstwa.
Susza i upał działają razem
Kolejny problem to ekstremalne temperatury.
Rolnicy z Lubuskiego wskazywali podczas Forum na plantacje, które po okresach temperatur sięgających około 40°C bardzo szybko traciły kondycję. Dotyczyło to m.in. kukurydzy, gdzie obserwowano słabo wykształcone kolby.
Z punktu widzenia gospodarstwa nie jest łatwo oddzielić skutki niedoboru wody od skutków wysokiej temperatury.
Roślina, która już wcześniej cierpi z powodu niedoboru wilgoci, może znacznie gorzej znosić kolejną falę upałów.
Dlatego LIR chce, aby system lepiej uwzględniał łączny stres wodno-termiczny, a nie analizował poszczególnych zjawisk w oderwaniu od siebie.
Pomoc powinna zależeć od tego, ile gospodarstwo straciło
Lubuscy rolnicy chcą również zmiany podejścia do pomocy.
Ich zdaniem państwo nie powinno tworzyć osobnego mechanizmu dla każdego rodzaju klęski. Susza, upał, przymrozek czy inne ekstremalne zjawisko mogą wystąpić w tym samym sezonie i wspólnie uderzyć w dochody gospodarstwa.
Dlatego pojawiła się propozycja, aby podstawą uruchomienia pomocy był rzeczywisty spadek dochodu lub rentowności gospodarstwa.
Takie rozwiązanie lepiej odpowiadałoby ekonomicznej rzeczywistości rolnika. Nie zawsze bowiem najważniejsze jest to, jak zakwalifikowano przyczynę straty, lecz ile pieniędzy gospodarstwo faktycznie straciło.
Pismo do ministra
Co dalej?
Prezes Kałek potwierdza, że pismo zawierające postulaty Forum Rolniczego jest już przygotowywane. Ma zebrać najważniejsze uwagi dotyczące monitoringu suszy, retencji i sposobu udzielania pomocy gospodarstwom.
Dla lubuskich rolników kluczowa jest jednak przede wszystkim zmiana samego systemu oceny strat.
Bo trudno oczekiwać akceptacji dla mechanizmu, w którym na mapie susza obejmuje zdecydowaną większość województwa, rolnicy pokazują słabe plantacje, a na obecnym etapie straty kwalifikujące do protokołu system wskazał tylko w jednym gospodarstwie. Trzeba jednak zaznaczyć, że szacowanie nadal trwa.
Najważniejsze postulaty LIR
- monitoring suszy przez cały rok, bez rozpoczynania sezonu od „zera”;
- uwzględnianie narastającego wcześniej deficytu wody;
- poprawa danych i sposobu działania aplikacji;
- uwzględnianie wpływu ekstremalnych temperatur;
- ocena łącznego stresu wodno-termicznego;
- lepsze porównywanie wyników systemu z rzeczywistymi obserwacjami z pól;
- pomoc uzależniona od rzeczywistego spadku dochodu lub rentowności gospodarstwa;
- rozwój retencji i skuteczniejsze zatrzymywanie wody.
Źródło: Lubuska Izba Rolnicza, rozmowa z Andrzejem Kałkiem, prezesem LIR.
Oprac. Agnieszka Sawicka
