– No, Panie ministrze, i co? Suszy nie ma? Nie ma? Nawet nie widać, gdzie koszone, gdzie nie. Żadna maszyna za żadne pieniądze nie będzie w stanie tego zebrać – mówi rolnik w nagraniu opublikowanym w mediach społecznościowych.
Pan Tomasz gospodaruje w południowej części Wielkopolski, przy granicy z województwem łódzkim. Ma około 50 hektarów łąk, które wykorzystuje w gospodarstwie ze zwierzętami. W tym roku susza sprawiła, że drugi pokos trawy okazał się wyjątkowo słaby.
Drugi pokos jak czwarty
– Łąki mamy bardzo suche. Pokos nam nie wyszedł, bo trawy nie ma. Wszystko bardzo suche. Jesteśmy zawiedzeni. Nie wiem czym będziemy paść, trzeba będzie paszy dokupić – relacjonuje.
Jak podkreśla, sytuacja jest szczególnie trudna, ponieważ normalnie drugi pokos jest u niego lepszy od pierwszego.
– Zazwyczaj u mnie drugi pokos jest lepszy od pierwszego, a zebrałem tyle co na czwarty – ocenia Pan Tomasz.
Rolnik zwraca uwagę na wygląd i jakość trawy.
– Jest twarda. Nie jest taka jak ta świeża. Jest łykowata. Nawet podczas koszenia nie było zapachu trawy, więc można sobie wyobrazić, jaka jest tutaj klęska – opisuje.
Na części łąk trawy jest tak mało, że pojawia się pytanie, czy w ogóle warto ją kosić. Rolnik zdecydował się jednak uprzątnąć te miejsca, licząc na to, że roślinność odbije jeszcze na trzeci pokos.
– Na czwarty pokos w tym roku pewnie już nie mamy co liczyć – przyznaje.
Nowa maszyna nie poradziła sobie z suchą trawą
Susza stworzyła także problem techniczny. Rolnik podkreśla, że bardzo twarda trawa jest trudna do skoszenia, nawet przy wykorzystaniu nowoczesnego sprzętu.
– Ja mam nową maszynę i też nie za bardzo dała radę skosić – opowiada.
Jeszcze większym problemem jest późniejsze zebranie tak małej ilości materiału.
– Jeżeli jest taki mały plon, przy zgrabiarce to wszystko przez to przeleci i zostanie na łące – tłumaczy.
Do tego dochodzi wiatr. Wysuszona trawa może być po prostu rozwiewana, zamiast trafić do gospodarstwa.
– Jeżeli to wyschnie, to później z wiatrem można tylko gonić to po podwórku – mówi.
W efekcie zbieranie takiego pokosu staje się bardzo trudne.
Koszt paliwa też ma znaczenie
Przy bardzo małym plonie dochodzi kolejny problem – koszt wykonania zabiegów. Rolnik zwraca uwagę na ceny paliwa. Przy tak niewielkiej ilości trawy koszt pracy maszyn może być nieproporcjonalnie wysoki w stosunku do tego, co uda się zebrać.
– Na takim plonie, licząc cenę paliwa... no to już lepiej to może zostawić – mówi.
„Trzeba będzie dokupić paszę”
Brak trawy oznacza, że gospodarstwo będzie musiało dokupić paszę dla zwierząt. Rolnik wskazuje, że przy obecnych cenach jest to dla niego bardzo duże obciążenie.
– Trzeba będzie chyba dokupić paszę. Do tego jeszcze, gdyby były zobowiązania, to już leżymy i płaczemy – mówi.
Nie chce jednak ratować gospodarstwa kolejnymi kredytami.
– A na kredyty nas nie stać, nie chcemy już brać kredytów – zaznacza.
Bela kiszonki za 120 zł wystarczy na dwa dni
Rolnik wylicza, że zakup brakującej paszy będzie oznaczał konkretne wydatki. Jak mówi, bela kiszonki kosztuje około 120 zł, a jedna wystarcza mu na maksymalnie dwa dni.
– Taki bal mi wystarczy na dwa dni. Maksymalnie – mówi.
Do tego dochodzą zboża i pasze dla zwierząt.
– Nie mówiąc już o zbożach, gdzie tona paszy wystarczy mi na niecałe dwa tygodnie – dodaje.
Susza oznacza więc dla gospodarstwa nie tylko mniejszy zbiór, ale także konieczność kupowania tego, co w normalnym roku powinno pochodzić z własnej produkcji.
Kukurydza ma około 1,5 metra, ale jest rzadka
Problemy widać również na polach z kukurydzą. Rolnik ocenia, że kukurydza ma obecnie około 1,5 metra wysokości, ale sama wysokość roślin niewiele mówi o jej kondycji.
– Od dołu 70, 80 do 90 centymetrów – opisuje.
Największy problem stanowią kolby.
– Kolba jest bardzo wąziutka. Nie liczyłem, ale podejrzewam, że tam jest 5–7 centymetrów średnicy – mówi.
Kukurydza ucierpiała szczególnie podczas największych tegorocznych upałów.
– Liście się pozamykały – relacjonuje rolnik.
Część gospodarstw, które nie prowadzą już hodowli, również postawiła w tym roku na kukurydzę. Problemem może być jednak jej zagospodarowanie. W gospodarstwie Pana Tomasza kukurydza ma trafić na kiszonkę.
– Nie wiem, kto to kupi. Mnie na przykład nie będzie stać – mówi, zwracając uwagę na sytuację producentów, którzy nie mają własnej hodowli.
Rośliny kukurydzy są nie tylko niskie, ale też bardzo rzadkie.
Z sześciu hektarów zebrał około 3 tony zboża
Susza nie oszczędziła również zbóż. Pan Tomasz podaje, że kombajn ma pojemność około 3,5 tony, natomiast z 6 hektarów zebrał około 3 tony zboża. W tym roku będzie problem też z owsem.
– Owsa nie mam. Będę musiał dokupić – mówi.
Rolnik: "Panie ministrze, i co? Suszy nie ma?
W opublikowanej przez OOPR rolce, rolnik kieruje pytanie do ministra Krajewskiego.
– No, Panie ministrze, i co? Suszy nie ma? – pyta.
W ocenie Pana Tomasza, problem suszy jest bardzo wyraźny na poziomie jego gospodarstwa, a oficjalne mechanizmy jej wykazywania nie pokazują rzeczywistej sytuacji.
– Ja mam gospodarstwo, które nigdy jeszcze nie skorzystało z suszowych pomocy, bo zawsze nie było tu oficjalnej suszy – mówi.
To kolejna sytuacja, kiedy susza jest odczuwalna w gospodarstwie rolnika, ale nie przekłada się na możliwość uzyskania pomocy.
„Jesteśmy jako rolnicy napuszczani na miasto”
Pan Tomasz mówi o szerszej sytuacji ekonomicznej gospodarstw. Jego zdaniem rolnicy są często przedstawiani jako grupa, która otrzymuje dużo wsparcia.
– Naprawdę jesteśmy jako rolnicy napuszczani przez miasto, że mamy dotację, wszystko nam się należy i w ogóle. A tak naprawdę tego nie ma – ocenia.
Wskazuje przy tym na niskie ceny płodów rolnych i rosnące koszty prowadzenia produkcji.
– My byśmy się jako rolnicy nie upominali, ale jakie są ceny zbóż, to wiemy – mówi.
„Nie mamy z czego dokładać”
Rolnik prowadzi też produkcję zwierzęcą. Jak podaje, ma około 100 sztuk trzody chlewnej oraz około 30 sztuk bydła opasowego.
Przy obecnych cenach zwierząt i kosztach produkcji coraz trudniej mu znaleźć środki na dokładanie do gospodarstwa.
– Ceny tuczników… z czego dokładać? Bo my już nie wiemy z czego tutaj dokładać. Nie mamy, naprawdę nie mamy z czego dokładać – alarmuje.
Wskazuje także na rosnące ceny pasz. Jego zdaniem wpływają na nie m.in. koszty pracy, podatki, transport i energia.
– Wysokość koncentratów, nakład pracy. Ja się nie dziwię, że pasze drożeją, bo jest podniesiona płaca minimalna, inne podatki, ceny transportu, energia – to wszystko się nakłada na to, żeby podnieść cenę paszy – wylicza.
Tuczniki poniżej 5 zł
W rozmowie wskazuje, że ceny tuczników spadły poniżej 5 zł. W jego ocenie przy takich stawkach, jednocześnie wysokich kosztach pasz, pracy, energii i innych nakładach, produkcja staje się wyjątkowo trudna do utrzymania.
Rolnik odnosi się do zapowiadanych dopłat do macior. Ma obawy, że takie wsparcie może w przyszłości doprowadzić do zwiększenia produkcji i problemów ze sprzedażą tuczników.
– Ja to widzę tak, że jak każdy podostawia teraz sobie macior - bo może, bo jest okazja, bo jest dopłata - to za cztery miesiące one się oproszą, a za pół roku już będą tuczniki do sprzedaży. Czyli zapchamy rynek. Będziemy wtedy cieszyć się, że ktoś nam w ogóle te tuczniki weźmie – alarmuje.
Rolnicy pomagają sobie nawzajem
W trudnej sytuacji część gospodarzy próbuje radzić sobie własnymi sposobami. Pan Tomasz mówi o wzajemnej pomocy na wsi.
– Nie mamy, naprawdę nie mamy z czego dokładać. Pomagamy sobie nawazjem. Ktoś weźmie z nas coś w zamian, ktoś coś zaoferuje i jakoś sobie w ten sposób jeden drugiemu pomaga – opowiada.
Przykładem jest pomoc przy pracach polowych.
– Jeden na przykład pójdzie na dniówkę do kogoś, pomoże mu przy żniwach, ten drugi może mu zapłacić w formie jakiegoś cateringu, czy pomoże mu zaorać, i w ten sposób sobie pomagamy – tłumaczy.
„Nie zasługuję na to, żeby mnie poniżać”
Pan Tomasz porusza też temat stosunku społeczeństwa do producentów żywności. Jego zdaniem rolnicy są niesprawiedliwie oceniani, a podczas protestów spotykają się również z wyśmiewaniem.
– Poniżanie… nie zasłużyłem na to, żeby mnie poniżać – mówi.
Podkreśla, że sam nie patrzy w ten sposób na osoby pracujące w innych zawodach.
– Ja też nie pójdę poniżać na przykład osoby, która prowadzi autobus, która pracuje fizycznie w jakimś zakładzie produkcyjnym czy w kopalni. Ja tych osób nie poniżam, bo ja też idę do nich po pomoc, po ich produkty – zaznacza.
Czego oczekuje od rządu?
Na koniec rozmowy rolnik został zapytany, czego oczekuje od rządu: pomocy suszowej, zmian w sposobie szacowania strat, rekompensat czy innego rodzaju wsparcia. Jego odpowiedź była jednoznaczna.
– Nie chcemy wędki, nie chcemy ryb. Wy się weźcie tam pogódźcie na górze – mówi.
Rolnik ma pretensje przede wszystkim o to, że decyzje dotyczące rolnictwa podejmowane są bez wystarczającego uwzględnienia sytuacji gospodarstw.
W opublikowanej rolce zwraca się bezpośrednio do ministra rolnictwa.
– Panie ministrze, skoro nie potrafisz się wykazać na stanowisku ministra rolnictwa Polski, tak zapraszam do wideł i grabi.
Agnieszka Sawicka
