”Żadna maszyna za żadne pieniądze tego nie zbierze”. Rolnik z Wielkopolski o skutkach suszyScreen Fb
StoryEditorgłos rolnika

„Żadna maszyna tego nie zbierze”. Rolnik do ministra: „I co? Suszy nie ma?”

04.09.2026., 17:30h

Susza mocno uderzyła w gospodarstwo pana Tomasza z Wielkopolski. Z 6 ha zebrał zaledwie około 3 ton zboża, a na łąkach trawy jest tak mało, że miejscami nie ma czego zbierać. Drugi pokos wypadł jak czwarty, a rolnik obawia się, że będzie musiał dokupić paszę dla zwierząt. Pokazując wyschnięte łąki, zwraca się do ministra rolnictwa: „I co? Suszy nie ma?”

– No, Panie ministrze, i co? Suszy nie ma? Nie ma? Nawet nie widać, gdzie koszone, gdzie nie. Żadna maszyna za żadne pieniądze nie będzie w stanie tego zebrać – mówi rolnik w nagraniu opublikowanym w mediach społecznościowych.

Pan Tomasz gospodaruje w południowej części Wielkopolski, przy granicy z województwem łódzkim. Ma około 50 hektarów łąk, które wykorzystuje w gospodarstwie ze zwierzętami. W tym roku susza sprawiła, że drugi pokos trawy okazał się wyjątkowo słaby.

image
"Żadna maszyna za żadne pieniądze tego nie zbierze". Rolnik z Wielkopolski o skutkach suszy
FOTO: Screen Fb

Drugi pokos jak czwarty

– Łąki mamy bardzo suche. Pokos nam nie wyszedł, bo trawy nie ma. Wszystko bardzo suche. Jesteśmy zawiedzeni. Nie wiem czym będziemy paść, trzeba będzie paszy dokupić – relacjonuje.

Jak podkreśla, sytuacja jest szczególnie trudna, ponieważ normalnie drugi pokos jest u niego lepszy od pierwszego.

Zazwyczaj u mnie drugi pokos jest lepszy od pierwszego, a zebrałem tyle co na czwarty – ocenia Pan Tomasz.

Rolnik zwraca uwagę na wygląd i jakość trawy.

– Jest twarda. Nie jest taka jak ta świeża. Jest łykowata. Nawet podczas koszenia nie było zapachu trawy, więc można sobie wyobrazić, jaka jest tutaj klęska – opisuje.

Na części łąk trawy jest tak mało, że pojawia się pytanie, czy w ogóle warto ją kosić. Rolnik zdecydował się jednak uprzątnąć te miejsca, licząc na to, że roślinność odbije jeszcze na trzeci pokos.

Na czwarty pokos w tym roku pewnie już nie mamy co liczyć – przyznaje.

Nowa maszyna nie poradziła sobie z suchą trawą

Susza stworzyła także problem techniczny. Rolnik podkreśla, że bardzo twarda trawa jest trudna do skoszenia, nawet przy wykorzystaniu nowoczesnego sprzętu.

Ja mam nową maszynę i też nie za bardzo dała radę skosić – opowiada.

Jeszcze większym problemem jest późniejsze zebranie tak małej ilości materiału.

Jeżeli jest taki mały plon, przy zgrabiarce to wszystko przez to przeleci i zostanie na łące – tłumaczy.

Do tego dochodzi wiatr. Wysuszona trawa może być po prostu rozwiewana, zamiast trafić do gospodarstwa.

Jeżeli to wyschnie, to później z wiatrem można tylko gonić to po podwórku – mówi.

W efekcie zbieranie takiego pokosu staje się bardzo trudne.

Koszt paliwa też ma znaczenie

Przy bardzo małym plonie dochodzi kolejny problem – koszt wykonania zabiegów. Rolnik zwraca uwagę na ceny paliwa. Przy tak niewielkiej ilości trawy koszt pracy maszyn może być nieproporcjonalnie wysoki w stosunku do tego, co uda się zebrać.

Na takim plonie, licząc cenę paliwa... no to już lepiej to może zostawić – mówi.

„Trzeba będzie dokupić paszę”

Brak trawy oznacza, że gospodarstwo będzie musiało dokupić paszę dla zwierząt. Rolnik wskazuje, że przy obecnych cenach jest to dla niego bardzo duże obciążenie.

Trzeba będzie chyba dokupić paszę. Do tego jeszcze, gdyby były zobowiązania, to już leżymy i płaczemy – mówi.

Nie chce jednak ratować gospodarstwa kolejnymi kredytami.

A na kredyty nas nie stać, nie chcemy już brać kredytów – zaznacza.

Bela kiszonki za 120 zł wystarczy na dwa dni

Rolnik wylicza, że zakup brakującej paszy będzie oznaczał konkretne wydatki. Jak mówi, bela kiszonki kosztuje około 120 zł, a jedna wystarcza mu na maksymalnie dwa dni.

– Taki bal mi wystarczy na dwa dni. Maksymalnie – mówi.

Do tego dochodzą zboża i pasze dla zwierząt.

Nie mówiąc już o zbożach, gdzie tona paszy wystarczy mi na niecałe dwa tygodnie – dodaje.

Susza oznacza więc dla gospodarstwa nie tylko mniejszy zbiór, ale także konieczność kupowania tego, co w normalnym roku powinno pochodzić z własnej produkcji.

image
"Żadna maszyna za żadne pieniądze tego nie zbierze". Rolnik z Wielkopolski o skutkach suszy
FOTO: Screen Fb

Kukurydza ma około 1,5 metra, ale jest rzadka

Problemy widać również na polach z kukurydzą. Rolnik ocenia, że kukurydza ma obecnie około 1,5 metra wysokości, ale sama wysokość roślin niewiele mówi o jej kondycji.

– Od dołu 70, 80 do 90 centymetrów – opisuje.

Największy problem stanowią kolby.

– Kolba jest bardzo wąziutka. Nie liczyłem, ale podejrzewam, że tam jest 5–7 centymetrów średnicy – mówi.

Kukurydza ucierpiała szczególnie podczas największych tegorocznych upałów.

– Liście się pozamykały – relacjonuje rolnik.

Część gospodarstw, które nie prowadzą już hodowli, również postawiła w tym roku na kukurydzę. Problemem może być jednak jej zagospodarowanie. W gospodarstwie Pana Tomasza kukurydza ma trafić na kiszonkę.

– Nie wiem, kto to kupi. Mnie na przykład nie będzie stać – mówi, zwracając uwagę na sytuację producentów, którzy nie mają własnej hodowli.

Rośliny kukurydzy są nie tylko niskie, ale też bardzo rzadkie.

Z sześciu hektarów zebrał około 3 tony zboża

Susza nie oszczędziła również zbóż. Pan Tomasz podaje, że kombajn ma pojemność około 3,5 tony, natomiast z 6 hektarów zebrał około 3 tony zboża. W tym roku będzie problem też z owsem.

– Owsa nie mam. Będę musiał dokupić – mówi.

Rolnik: "Panie ministrze, i co? Suszy nie ma? 

W opublikowanej przez OOPR rolce, rolnik kieruje pytanie do ministra Krajewskiego.

– No, Panie ministrze, i co? Suszy nie ma? – pyta.

W ocenie Pana Tomasza, problem suszy jest bardzo wyraźny na poziomie jego gospodarstwa, a oficjalne mechanizmy jej wykazywania nie pokazują rzeczywistej sytuacji.

Ja mam gospodarstwo, które nigdy jeszcze nie skorzystało z suszowych pomocy, bo zawsze nie było tu oficjalnej suszy – mówi.

To kolejna sytuacja, kiedy susza jest odczuwalna w gospodarstwie rolnika, ale nie przekłada się na możliwość uzyskania pomocy.

„Jesteśmy jako rolnicy napuszczani na miasto”

Pan Tomasz mówi o szerszej sytuacji ekonomicznej gospodarstw. Jego zdaniem rolnicy są często przedstawiani jako grupa, która otrzymuje dużo wsparcia.

– Naprawdę jesteśmy jako rolnicy napuszczani przez miasto, że mamy dotację, wszystko nam się należy i w ogóle. A tak naprawdę tego nie ma – ocenia.

Wskazuje przy tym na niskie ceny płodów rolnych i rosnące koszty prowadzenia produkcji.

– My byśmy się jako rolnicy nie upominali, ale jakie są ceny zbóż, to wiemy – mówi.

„Nie mamy z czego dokładać”

Rolnik prowadzi też produkcję zwierzęcą. Jak podaje, ma około 100 sztuk trzody chlewnej oraz około 30 sztuk bydła opasowego.

Przy obecnych cenach zwierząt i kosztach produkcji coraz trudniej mu znaleźć środki na dokładanie do gospodarstwa.

– Ceny tuczników… z czego dokładać? Bo my już nie wiemy z czego tutaj dokładać. Nie mamy, naprawdę nie mamy z czego dokładać – alarmuje.

Wskazuje także na rosnące ceny pasz. Jego zdaniem wpływają na nie m.in. koszty pracy, podatki, transport i energia.

– Wysokość koncentratów, nakład pracy. Ja się nie dziwię, że pasze drożeją, bo jest podniesiona płaca minimalna, inne podatki, ceny transportu, energia – to wszystko się nakłada na to, żeby podnieść cenę paszy – wylicza.

Tuczniki poniżej 5 zł

W rozmowie wskazuje, że ceny tuczników spadły poniżej 5 zł. W jego ocenie przy takich stawkach, jednocześnie wysokich kosztach pasz, pracy, energii i innych nakładach, produkcja staje się wyjątkowo trudna do utrzymania.

Rolnik odnosi się do zapowiadanych dopłat do macior. Ma obawy, że takie wsparcie może w przyszłości doprowadzić do zwiększenia produkcji i problemów ze sprzedażą tuczników.

Ja to widzę tak, że jak każdy podostawia teraz sobie macior - bo może, bo jest okazja, bo jest dopłata - to za cztery miesiące one się oproszą, a za pół roku już będą tuczniki do sprzedaży. Czyli zapchamy rynek. Będziemy wtedy cieszyć się, że ktoś nam w ogóle te tuczniki weźmie – alarmuje.

Rolnicy pomagają sobie nawzajem

W trudnej sytuacji część gospodarzy próbuje radzić sobie własnymi sposobami. Pan Tomasz mówi o wzajemnej pomocy na wsi.

Nie mamy, naprawdę nie mamy z czego dokładać. Pomagamy sobie nawazjem. Ktoś weźmie z nas coś w zamian, ktoś coś zaoferuje i jakoś sobie w ten sposób jeden drugiemu pomaga – opowiada.

Przykładem jest pomoc przy pracach polowych.

– Jeden na przykład pójdzie na dniówkę do kogoś, pomoże mu przy żniwach, ten drugi może mu zapłacić w formie jakiegoś cateringu, czy pomoże mu zaorać, i w ten sposób sobie pomagamy – tłumaczy.

„Nie zasługuję na to, żeby mnie poniżać”

Pan Tomasz porusza też temat stosunku społeczeństwa do producentów żywności. Jego zdaniem rolnicy są niesprawiedliwie oceniani, a podczas protestów spotykają się również z wyśmiewaniem.

Poniżanie… nie zasłużyłem na to, żeby mnie poniżać – mówi.

Podkreśla, że sam nie patrzy w ten sposób na osoby pracujące w innych zawodach.

– Ja też nie pójdę poniżać na przykład osoby, która prowadzi autobus, która pracuje fizycznie w jakimś zakładzie produkcyjnym czy w kopalni. Ja tych osób nie poniżam, bo ja też idę do nich po pomoc, po ich produkty – zaznacza.

Czego oczekuje od rządu?

Na koniec rozmowy rolnik został zapytany, czego oczekuje od rządu: pomocy suszowej, zmian w sposobie szacowania strat, rekompensat czy innego rodzaju wsparcia. Jego odpowiedź była jednoznaczna.

Nie chcemy wędki, nie chcemy ryb. Wy się weźcie tam pogódźcie na górze – mówi.

Rolnik ma pretensje przede wszystkim o to, że decyzje dotyczące rolnictwa podejmowane są bez wystarczającego uwzględnienia sytuacji gospodarstw.

W opublikowanej rolce zwraca się bezpośrednio do ministra rolnictwa.

Panie ministrze, skoro nie potrafisz się wykazać na stanowisku ministra rolnictwa Polski, tak zapraszam do wideł i grabi.

Agnieszka Sawicka

Warsaw
wi_00
mon
wi_00
tue
wi_00
wed
wi_00
thu
wi_00
fri
wi_00
04. wrzesień 2026 18:30