Grażyna – łowicka artystka, której trudno wstrzelić się w kalendarz
Grażynie wstrzelić się ze spotkaniem w kalendarz nie jest łatwo. Nosi ją po świecie, choć ma za sobą chorobę nowotworową, z której skutkami żyje do dziś. Kiedy rozmawiałyśmy, przygotowywała się właśnie do kilkudniowego wyjazdu do Chorwacji. Tak, tam też chcą poznawać łowicką wycinankę. Do rozmowy swoimi dziełami usłała długi stół.
– Wycinanka ginie, w ogóle jest coraz mniej artystów ludowych. Niedawno pożegnaliśmy koleżankę w Łowiczu. Czy moje prace są charakterystyczne? Tak, każda wycinankarka ma swój styl. Ktoś, kto zna się na wycinance, to zauważy. Kolory stosujemy te same, żywe, wesołe. Właściwie wszystkie. Byłam tylko całe lata święcie przekonana, że w łowickim folklorze nie istnieje niebieska róża. Ostatnio byłam w Muzeum Łowickim, oglądałam stroje w gablotach, patrzę, a tam wyhaftowana koralikami niebieska róża! W mulinie nigdy takiej nie widziałam! Strój miał może ze sto lat, haft koralikowy był zresztą pierwszy w naszym stroju – mówi Grażyna i dodaje, że dziś nie tylko nie ma niebieskich róż, ale i takiego jak dawniej papieru, który sprowadzano dla wycinankarek z różnych miejsc.
Dziś nie ma już tej fabryki papieru i każda artystka szuka go na własną rękę.
Sekrety nożyczek i ręki – co decyduje o stylu wycinanki?
Idziemy do wycinanek. Grażyna pokazuje, na czym polega oryginalność jej cięcia. Bierze do ręki specjalne nożyczki i złożony potrójnie kawałek papieru.
– O, widzi pani? To piórko tnę inaczej. Można te ząbki, czyli chorągiewkę w piórku, nacinać równo. A ja robię takie wklęsło-wypukłe te nacięcia. Etnografowie potrafią dostrzec różnice w stylach na dużo bardziej subtelnym poziomie. Na przykład takie, że każda wycinankarka trzyma nożyczki pod innym kątem. Taki drobiazg decyduje o nieco innym wyglądzie tego piórka. Albo też tnie innymi nożyczkami. Moja mama cięła tymi, których ja używam – mówi Grażyna.
Wycinankę wyssała z mlekiem matki, a właściwie jest już trzecim pokoleniem w rodzinie. Zaczęło się od twórczyni ludowej Elżbiety Żaczek, siostry babci od strony taty. W rodzinie nazywano ją ciotką Zbietą. Urodziła się jeszcze w XIX wieku.
– Kiedy rodzice się pobrali, moja mama odwiedzała często teściową. A przy okazji i jej siostrę, Zbietę. Mieszkali jeszcze w tych malowanych na niebiesko chałupach. Ciotka Zbieta była prawdziwą artystką. My dziś nie dorastamy jej do pięt. Ja idę na przykład czasem na łatwiznę i bywa, że oczka zrobię mazakiem. Gdyby ciotka to zobaczyła, powiedziałaby, że to wycinanka i nie wolno! Nie wolno było sobie niczego uprościć przy postaciach. Nawet brwi i tęczówkę trzeba było wycinać! Tam wszystko musiało być z papieru.
Właściwie wycinanka łowicka zaczęła się od Zbiety i jej koleżanek. Najpierw wycinały dla siebie, do domu. Stroiły tym izby, belki. Pierwszą wycinanką była kodra, czyli prostokątna scena rodzajowa. A na niej i wesela, i sceny świąteczne, choćby wielkanocne, jak ta tutaj. Mama kiedyś uprosiła ciotkę, żeby ją nauczyła wycinać. Ciotka pokazała jej bardzo dużo – jak wycinać, jak składać papier. Ale nie wszystko. Kiedyś powiedziała mamie: „Nie, reszty to już musisz się sama nauczyć, bo jakbym ci wszystko pokazała, to bym chleba nie miała”. Ale to miało swoje dobre strony, dlatego że w ten sposób wyrabia się swoją rękę, swój styl – wyjaśnia Grażyna.
Czym jest kodra i jak powstaje wycinanka łowicka?
Pokazuje, jak powstaje typowa wycinanka. Będącą tłem kartkę papieru – zawsze czarną – składa się tak, żeby było osiem symetrycznych motywów, czyli na trzy. Czarny ażur to podstawa, choć Grażyna chce poeksperymentować też z granatowym.
Na złożonym papierze robi rysunek. Pierwszy jest kogut, bo to, poza czarnym tłem, niezbędny element w łowickiej wycinance. Koguty są dwa, cztery, czasem jest ich osiem. Kogut zwykle ma spektakularny ogon, złożony z kilku kolorowych warstw naklejanych jedna na drugą. To często spektrum jednego koloru, na przykład odcienie niebieskiego lub czerwieni. Ten kogut to podstawowy motyw także na łowickiej pisance.
– Ja ząbkuję, czyli wycinam te pióra nierówno, w taki płotek, w którym sztachetki są raz wklęsłe, raz wypukłe. Papier czasem spinamy, bo lubi się przesuwać. I czasem ręka się omsknie albo paznokieć jest nierówny i nacięcie wyjdzie za głębokie. Wtedy trzeba powtórzyć. Do wycinania używamy wyłącznie nożyczek, którymi dawniej strzyżono owce – mówi zabostowska artystka.
Łowickie pisanki – jedyne takie na świecie
W płaskiej wycinance najbardziej lubi ażur i wycinankę „ażurową w osiem kogutów”. Na tym nakleja kwiaty, ale łowicka wycinanka nie nazywa ich, nie ma żadnych standardów róży, lilii czy stokrotki.
Grażyna mówi, że dobieranie kolorów to kolejna tajemnica. I kwestia gustu. Ona unika złotego i w ogóle błyszczącego papieru. Uwielbia czerwienie, pomarańcze i róże oraz łączenie tych kolorów ze sobą. I jeszcze zestawienie spektrum czerwieni z zielenią. Ma być pstrokato, ale kolory mają się nawzajem ubierać, a nie walczyć ze sobą. Papier to, poza kunsztem, kolejna tajemnica dobrej wycinanki. Nie może być z klejem ani za gruby. I nie może być odblaskowy. Grażyna kupuje go w sklepie w Łowiczu.
Robi płaskie wycinanki z kogutem, czyli klasyczne. To, co najbardziej pierwotne, czyli kodry – ze sceną święcenia potraw w Wielką Sobotę czy weselem łowickim. Zwykle tradycyjnie, czyli na białym tle, choć ostatnio zaeksperymentowała też z czarnym. I wykleja kogutami i ornamentami pisanki.
– Łowickie pisanki robimy tak samo. Przy jajkach korzystamy z innego kleju, ponieważ wykorzystujemy na nich nieco inny papier, trochę delikatniejszy. W normalnej wycinance stosujemy kleje ze sklepu. Kiedy oklejamy jajka, gotujemy klej z mąki żytniej i wody. Dlaczego? Ponieważ skorupka innego kleju nie przyjmie. Może kropelkę, ale ta nie nadaje się zupełnie do papieru.
Przy pisankach używamy gotowanego kleju z jeszcze jednego powodu. Otóż na wypukłej powierzchni, żeby wycięte wzory wyglądały dobrze, papier musi nieco zmięknąć, żeby dało się go na tym jajku lekko naciągnąć i żeby nic się nie marszczyło. To jest możliwe tylko z żytnim klejem, który bardzo powoli przysycha, a potem dobrze przywiera do skorupki. Przy innych klejach papier na jajku sztywnieje – wyjaśnia łowickie pisankarstwo Grażyna i dodaje, że wycinanka łowicka to jedyna taka w Polsce, która jest zdobiona wieloma kolorami.
Region łowicki to także jedyny region w Polsce, w którym wielkanocne jaja zdobi się, oklejając wzorami wyciętymi z kolorowego papieru. Na jajach pojawiają się nie tylko koguty, ale też palemki, stokrotki i zielone listki bukszpanu. Na szczytach jajka zwykle umieszcza się dekor w postaci gałązki, a na samych czubkach – papierowe rozetki, które zaklejają otwory w wydmuszce. Wycinanka najlepiej prezentuje się na jaju gęsim, ale wycinankarki używają też jaj kurzych, przepiórczych, a nawet strusich.
Od Sofii do Aten – polska tradycja inspiruje Europę i nie tylko
Grażyna ze swoimi wycinankami i oklejanymi pisankami jeździ po Europie i świecie.
– Już po pandemii byłam na zaproszenie w Instytucie Polskim w Sofii w Bułgarii. Tam na uniwersytecie uczyliśmy oklejać jajka sposobem łowickim. Było bardzo dużo chętnych. Od Bułgarów dowiedzieli się o wycinankarkach Polacy w Chorwacji. Zaprosili nas. W ubiegłym roku byłam z wycinanką w Zagrzebiu w Chorwacji. W polskiej szkole, która chciała pokazać dzieciom rodzimą tradycję. Pani konsul tak się spodobało, że po Nowym Roku odezwała się, i za trzy dni lecimy z koleżankami. Ja pokażę jajka, koleżanka – palemki z bibuły.
A dwanaście lat temu pojechałyśmy do Japonii. Japończycy piszczą, kiedy oglądają. Z zachwytu. Oni mają swoją wycinankę, więc rozumieją naszą, ale ta ich jest jednokolorowa. Poza tym ich wycinanka już nie żyje – można ją oglądać już tylko w muzeach. Robiłam im nawet warsztaty. Byłam też w Chinach, na Cyprze, w Jerozolimie, ale i w Hiszpanii. Hiszpanie? Oni tacy „Ola, ola!”. Chaotyczni, nie skupiali się – żartuje Grażyna.
Kiedy zamykamy tekst, Grażyna jest tuż po powrocie z kilkudniowego wyjazdu do Splitu w Chorwacji. Prowadziła tam w muzeum etnograficznym warsztaty z dziećmi polskimi i chorwackimi. Dzieci robiły pocztówkę z oklejanym na płasko jajkiem.
– Pani wicekonsul, kiedy nas zobaczyła, powiedziała, że „sprzedaje” nas dalej do Aten w Grecji. Jest tam dużo polskich dzieci. Jeśli wszystko się uda, będę pod okiem greckich bogów uczyć łowickiej wycinanki – kończy Grażyna.
Artykuł ukazał się w nr TPR 16/2025 s. 70-71.
Karolina Kasperek
