Koszyk wielkanocny
Ile w tym koszyczku symboliki pogańskiej, a ile chrześcijańskiej?
Polskie tradycje świąteczne, te wielkanocne, jak i bożonarodzeniowe, a także zaduszne, świętojańskie i inne, generują tego rodzaju pytania. Już badacze w romantyzmie twierdzili, że więcej w tym naszym świętowaniu elementów pogańskich niż chrześcijańskich. Zastrzegali jednak, że dotyczy to przede wszystkim zwyczajów warstw ludowych, chłopskich, gminnych, nie zaś mieszczańskich czy szlacheckich. Wracając do pytania: koszyczek wielkanocny stanowi dobry przykład swego rodzaju nawarstwienia tradycji pochodzących z różnych źródeł, które w ciągu setek lat biły równolegle. W koszyczku spotykają się wpływy chrześcijańskie, przedchrześcijańskie, ale także międzykulturowe w wymiarze całkiem współczesnym. Zacznijmy od podstawowego podziału na symbole religijne (biblijne) i świeckie, które roboczo nazwijmy niechrześcijańskimi. Do tych biblijnych przede wszystkim zaliczyć trzeba baranka i chleb. To czytelne symbole wywodzące się wprost z Nowego Testamentu. Z kolei jajko i zielone gałązki to elementy innej opowieści – stanowią uniwersalne symbole życia. Dla nich adekwatniejszym kontekstem są wiosna i budząca się do życia przyroda niż przekazy ewangeliczne. Opowieści różne, ale traktujące w gruncie rzeczy o tym samym – o nadziei odrodzenia. Zmartwychwstanie Jezusa jest dowodem zwycięstwa życia nad śmiercią, pozimowe zmartwychwstanie przyrody również. To pierwsze ma wymiar duchowy, zaś to drugie – realny. Wiosenne ożywienie natury to szansa na plony i przetrwanie w wymiarze biologicznym. Dzisiaj wydaje nam się to dziwne, bo kto w bogatej Europie martwi się, że umrze z głodu? Nasi przodkowie – przedstawiciele przeważającej liczebnie warstwy chłopskiej – szczególnie na przednówku mogli mieć takie obawy. Żywność nie pochodziła ze sklepów. Konsumowano to, co wyprodukowano dzięki własnej ciężkiej pracy w sojuszu z siłami natury. W tym właśnie tkwi fenomen obecności chrześcijańskich i niechrześcijańskich (w znaczeniu uniwersalnym) symboli w jednym, niewielkim koszyczku zanoszonym w pewną wiosenną sobotę do kościoła.
Symboliczne znaczenie święconki
Powiedzieliśmy o baranku, pieczywie, jajku i zielonych akcentach. Co znaczą pozostałe elementy święconki – jakie jest ich symboliczne znaczenie?
Istotna jest sól. Chroni przed zepsuciem i konserwuje. Przekładając to na język metafor, chodzi o ochronę przed pokusami i grzechem oraz utrwalanie wiary. Chleb i sól to niezbędne minimum ludzkich potrzeb. Dzisiaj to zestaw symboliczny – wszak nadal w pewnych okolicznościach witamy się chlebem i solą, ale dawniej – realna podstawa funkcjonowania człowieka. Pamiętam, jak mieszkając w akademiku Uniwersytetu Łódzkiego, wypytywałem kolegów z różnych stron kraju o ich koszyczki wielkanocne. Ci ze wschodu mówili o białym serze. Na tamtych terenach wkłada się go do koszyków przecież nie dlatego, że twaróg jest czymś wyjątkowym, ale właśnie dlatego, że jest czymś powszednim w diecie. Zatem z jednej strony święcone produkty mają nawiązywać do konkretnych okoliczności biblijnych, na przykład wędliny i mięso to wspomnienie baranka ofiarnego, z drugiej uobecnia się w tym rytuale modlitewna formuła „chleba naszego powszedniego daj nam dzisiaj”.
Standardowo wkłada się do święconki także pieprz i chrzan – jedno i drugie, podobnie jak sól, mają właściwości konserwujące i wzmacniające doznania smakowe. Często pojawiają się masło, wypieki lub inne łakocie. Dziś lista święconych produktów jest bardzo długa, a ogranicza ją w zasadzie jedynie rozmiar koszyczka. Według wielu duchownych ta rozmaitość produktów jest pochodną desakralizacji tradycji wielkanocnych. Baranek dodawany jest coraz częściej bezrefleksyjnie, a przecież stanowi centralny symbol tajemnicy odkupienia poprzez mękę, śmierć i zmartwychwstanie.
Wspomniał pan także o wpływach międzykulturowych. Jak to się objawia?
Dobrym przykładem jest zajączek. Symbol zająca zaczął w XIX wieku towarzyszyć obchodom Wielkanocy u Polaków zamieszkujących Górny Śląsk, Wielkopolskę, Pomorze. To w zachodnich regionach znany jest wielkanocny zwyczaj obdarowywania dzieci łakociami i innymi drobiazgami, zwany „zajączkiem”. Można to potraktować jako wyraźny dowód wpływów kultury niemieckiej. Etnolodzy wskazują na starogermańskie pochodzenie symbolu zająca. W towarzystwie tych zwierząt przedstawiano boginię wiosny, płodności i przyrody Ostarę. Kościół katolicki stronił od symbolu zająca z uwagi na jego pogański rodowód oraz demoniczną naturę. Aktywność tego gatunku wzrasta po zmroku, należy więc do istot lunarnych – związanych z Księżycem, nocą i mrokiem, potencjalnie niebezpiecznych dla człowieka. Dzisiaj zajączek, zazwyczaj czekoladowy, pojawia się w okresie wielkanocnym prawie wszędzie. Skutecznie rozpowszechniają ten motyw reklamy i oferta handlowa. To międzykulturowe przenikanie ma też szerszy, nawet globalny wymiar. Otóż dawniej w koszyczku było to, co dawało własne gospodarstwo lub wytwarzała najbliższa okolica. Obecnie ów czekoladowy zajączek może być produkowany bardzo daleko, a sam koszyczek, raczej plastikowy niż wiklinowy, może pochodzić z Chin.
Jak to ze święconką bywało – jeśli coś o tym wiemy – za takiego Jagiełły czy Mieszka?
To dosyć skomplikowana historia, ponieważ wymaga uwzględnienia nie tylko wymiaru czasowego, ale i przestrzennego oraz społecznego. Zwyczaj święcenia pokarmów w takiej formie, jaką znamy dzisiaj, nie pojawił się na naszych ziemiach równocześnie z chrześcijaństwem. Przyjmowany był stopniowo, w ścisłym związku z warunkami lokalnymi, które Kościół katolicki zawsze w jakiś sposób uwzględniał. Początkowo baranek był jedynym bohaterem tego wydarzenia. Błogosławiono symbol i pokarm jednocześnie, bo baranek mógł występować pod postacią mięsa tego zwierzęcia, ale częściej był wykonany z ciasta, masła lub w inny sposób, do baranka nawiązując jedynie kształtem. Taka postać święconki funkcjonowała początkowo w kręgach elity feudalnej. Praktyka błogosławienia pokarmów zstępowała ku niższym warstwom społecznym. Ciekawostką może okazać się to, że jajka – dziś jeden z podstawowych atrybutów-symboli Wielkanocy – zaczęto uwzględniać przy błogosławieniu pokarmów prawdopodobnie dopiero w późnym średniowieczu. Kościół przez kilka stuleci zakazywał nie tylko święcenia, ale i spożywania jajek w okresie wielkanocnym. U Słowian jajko związane było z kultem solarnym (kształt żółtka). Było również uważane za potężny amulet przeciw czarom i złym mocom. Występowało w obrzędach wiosennych i ku czci zmarłych. Można powiedzieć, że było niebezpieczne dla nowej religii. Jednak jajko to symbol na tyle uniwersalny i oczywisty – związany z narodzinami i życiem w ogóle – że chrześcijaństwo nie mogło go zignorować i z niego zrezygnować. Można powiedzieć, że jajko samo utorowało sobie drogę do koszyczka.
Jak i co święcono sto lat temu?
Gdy święcenie pokarmów solidnie zakorzeniło się w tradycji, często polegało na kropieniu wszystkiego, co przygotowane było do spożycia w okresie świąt. Siłą rzeczy produkty przygotowane do święcenia stanowiły demonstrację zamożności danego domu. W takich okolicznościach małe wiklinowe koszyczki, jakich używamy dzisiaj, bywały niepraktyczne. Żywność wożono lub noszono nieraz w wielkich koszach. Oczywiście, obok pojawiały się przeznaczone do święcenia niepozorne zawiniątka biedoty. Inną kwestią było miejsce święcenia pokarmów. W miejscowościach parafialnych był to, rzecz jasna, kościół. Duchowni byli jednak mobilni w Wielką Sobotę i nie zawsze trzeba było transportować święcone do kościoła. Proboszcz lub wikary jeździł po parafii i święcił pokarmy w domach lub miejscach, gdzie gromadzili się w tym celu wierni. W dworach i u bogatych gospodarzy w epoce pouwłaszczeniowej żywność wystawiano na stołach, które uginały się od wędlin, lukrowanych bab czy ogromnych ilości jaj. Dobrze obrazują to ekspozycje wielkanocne w muzeach etnograficznych na wolnym powietrzu. Ba! U szlachty święcono także piwo i mocniejsze trunki, w myśl zasady „Kto bogatemu zabroni?”. Można sobie jednak wyobrazić różnicę w święconce przygotowanej w magnackim pałacu i tej wyniesionej z biedniackiej chaty pod wiejską kapliczkę. To była bezdenna przepaść.
Ile wiemy o dekorowaniu chałup na Wielkanoc i wiosnę?
Tak, jak współcześnie myjemy tradycyjnie okna „na Wielkanoc” i robimy generalne porządki, tak i dawniej dbano na wsiach nie tylko o czystość duchową, ale i estetykę obejścia. W tym celu odświeżano także chałupy z zewnątrz. W kilku miejscach, gdzie dawna substancja materialna drewnianych domów cudem ocalała, stało się to elementem tradycji kandydującym do miana regionalnego dziedzictwa kulturowego. W Chochołowie na Podhalu centrum wsi zabudowane jest szeregiem wiekowych chałup objętych opieką konserwatorską. Właściciele myją przed Wielkanocą domostwa, uzyskując tym sposobem zaskakujący efekt świeżości surowych belek. Inny przykład to słynne Zalipie, gdzie nie tylko bieli się po zimie ściany (tak czyniono w wielu regionach), ale także ozdabia się je misternymi wzorami kwiatowymi, co przyciąga latem rzesze turystów z kraju i ze świata. Wszędzie, gdzie podobne praktyki są kontynuowane, stanowią lokalną ciekawostkę kulturową i wyraz tożsamości mieszkańców. Zdarzają się przypadki wielkanocnego ozdabiania otynkowanych ścian domów postawionych współcześnie. Wszystko zależy od wyobraźni, ale przede wszystkim stosunku gospodarza do tradycji.
Święcenie potraw, śniadanie wielkanocne, lany poniedziałek... Jakie jeszcze tradycje wielkanocne znamy?
Jest ich, na szczęście, w Polsce wiele i mają rozmaity charakter. Są kontynuowane w ustalonych formach od pokoleń lub rewitalizowane przez aktywną młodzież, regionalistów, zaangażowanych parafian. Z etnologicznej perspektywy najciekawsze wydają się te, które wymagają dyscypliny organizacyjnej i zbiorowej mobilizacji. Są miejsca, gdzie w poniedziałkowy poranek gospodarze obchodzą i kropią święconą wodą pola. Na przykład w Bobrownikach i kilku okolicznych wsiach w Łowickiem uczestników tych pochodów nazywa się „chorągwiarzami”. Wędrują oni z chorągwią Jezusa Zmartwychwstałego, obchodzą granice miejscowości, śpiewają pieśni, święcą ziemię, nowo wybudowane domy, napotkanych mieszkańców. Miejsc, gdzie istnieje podobny zwyczaj, jest więcej. Często jako kropidło wykorzystuje się palemki wielkanocne, które później wbija się w miedzę. To działania o charakterze dziękczynno-zabezpieczającym. Uczestnicy wierzą, że ochronią gospodarstwa przed kataklizmami i zapewnią urodzaj.
Z kolei w okolicach Raciborza, Gliwic i na Opolszczyźnie odbywają się w Poniedziałek Wielkanocny procesje konne. To też dowód na przenikanie się kultur, bo podobne praktyki mają miejsce w Niemczech, Austrii i na Morawach. Idea jest podobna do tej, która przyświeca obchodzeniu pól, przy czym dodatkowo pojawia się tutaj tradycja „wychodzenia naprzeciw Chrystusowi Zmartwychwstałemu”. Uczestnicy konnych procesji objeżdżają pola, prosząc w modlitwach o urodzaj. Do gospodarzy przyłączają się zazwyczaj okoliczni miłośnicy jeździectwa. Po objeździe odbywają się parady, wyścigi i inne imprezy przyciągające nie tylko mieszkańców, ale i turystów. Procesje, konne lub piesze, mają wspólny cel – jest nim błogosławieństwo pól. Mają zamanifestować wiarę oraz radość z faktu, że ludzkie zmagania o byt zaczyna wspierać budząca się do życia przyroda. Sadzę, że mieszkańcy wsi trudniący się rolnictwem o wiele lepiej rozumieją, skąd brała się radość, która towarzyszyła o tej porze roku naszym pracowitym przodkom.
Jakie tradycje można uznać za najbardziej oryginalne?
To rzecz względna. Oryginalne są „przywołówki” znane z Szymborza – dawnej wsi, obecnie dzielnicy Inowrocławia. W Niedzielę Wielkanocną młodzieńcy spotykają się na placu, wchodzą na podwyższenie i wygłaszają rymowanki na temat miejscowych panien. W tych wierszykach jest też mowa, ile wiader wody dziewczyna będzie musiała „przyjąć” następnego dnia. Tradycja „przywołówek” ma blisko dwieście lat, a obecnie kontynuuje ją miejscowy Klub Kawalerów. Swoją drogą, ci przywoływacze musieli i muszą być bystrymi i wygadanymi chłopakami z wyobraźnią. We wsi Borki Małe, w powiecie oleskim istnieje pielęgnowana co najmniej od połowy XX wieku tradycja zawieszania bramy wielkanocnej zbudowanej z kilku tysięcy wydmuszek. Wszystko odbywa się w nocy z soboty na niedzielę. W pracach biorą udział wyłącznie miejscowi kawalerowie, których jest trzynastu. Brama pojawia się między dwoma drzewami. To misterna i delikatna konstrukcja, do której wykonania wykorzystano w rekordowym 2012 roku ponad 6000 wydmuszek! Bramy powstają według projektu, bywają trójwymiarowe, a w minionych latach przedstawiały kartkę świąteczną, baranka, kielich z hostią, koszyk wielkanocny. Niech podobne wyobraźnia i determinacja towarzyszą czytelnikom „Tygodnika Poradnika Rolniczego” w czasie Świąt Wielkanocnych i długo, długo po nich.
Rozmawiała
Karolina Kasperek
