Malwinę E. Mikicką możecie kojarzyć z artykułu, który pojawił się w „Tygodniku” kilka lat temu. Pisaliśmy o jej pisankach, które robi kistką i kolczykiem opoczyńskim. Wtedy specjalizowała się m.in. w opoczyńskich, dziś pisze właściwie wszystkie, w tym te najtrudniejsze – huculskie, ale najwięcej serca ma do wołyńskich, bo z Wołynia pochodziła jej babcia. Niedawno otrzymała certyfikat najwyższej jakości dla swojej biżuterii z kroszonek – jest jej jedyną twórczynią w Polsce. Dzięki niej dostała się do Ogólnopolskiego Cechu Rzemieślników i Artystów.
Malwina czyta z uczestnikami warsztatów "Odyseję" Homera w oryginale
Na stałe współpracuje z Narodowym Instytutem Kultury i Dziedzictwa Wsi. W ramach różnych programów prowadzi warsztaty w szkołach, ośrodkach kultury, bibliotekach, z kołami seniorów i kołami gospodyń.
– W bibliotece w Ciężkowicach realizuję warsztaty pod tytułem „Ptasie opowieści dla dużych i małych”, podczas których uczę o gatunkach ptaków występujących w Polsce. Od niedawna należę do Ogólnopolskiego Towarzystwa Ochrony Ptaków. Jako filolog klasyczny znam łacinę i grekę, więc razem z dziećmi sprawdzamy, co nazwy łacińska i grecko-łacińska mówią o ptaku. Zaczynam od zgadywania – rysuję najpierw wszystko, co może kojarzyć się z danym ptakiem. Na przykład przy wildze piszę: „15 maja – imieniny Zofii”, bo znana jest z odgłosu, który brzmi jak „zofija, zofija”. Opowiadam o zwyczajach danego gatunku. Są też warsztaty „Wokół plastyki obrzędowej w dawnej Polsce”. Robimy ozdoby choinkowe, światy z opłatka, pająki ludowe, piszemy pisanki. I są jeszcze moje ulubione „Cykliczne spotkania ze starożytnością dla dużych i małych”. Dla niektórych jest niepojęte, że czytamy Pliniusza Starszego (historyk rzymski żyjący w I wieku naszej ery – przyp. red.) w oryginale. Czytamy jego „Historię”. Potem rodzice przychodzą i mówią mi, że dzieci im powiedziały w domu, że poznały „jakiegoś starożytnego Pliniusza”. Albo, że czytały „jakiegoś Katona o rolnictwie” – opowiada Malwina.
Jak wyobrażał sobie hipopotama Pliniusz Starszy?
Pliniusz zginął w 79. roku naszej ery podczas słynnego wybuchu wulkanu Wezuwiusz, który pozbawił życia mieszkańców m.in. Pompejów, Herkulanum i Stabie. Malwina wykorzystuje tego autora do porównań nie tylko historycznych, ale też botanicznych. Porównuje jego „Historię” z encyklopedią tradycyjną i Wikipedią.
– Mam swoje ulubione hasło – to „hipopotam”. Pliniusz opisywał to zwierzę, ale najprawdopodobniej nigdy go nie widział. Sugerował się jedynie nazwą, którą usłyszał. Hippopotamos po grecku oznacza dosłownie „konia rzecznego”. Więc opisywał coś w rodzaju konia i jako zwierzę mieszkające w rzekach. Na moich zajęciach dzieci rysują kształty wynikające z tego opisu, nie wiedząc, o jakie zwierzę chodzi. I każdemu wychodzi coś innego. Jest mnóstwo śmiechu, kiedy dowiadują się, że chodziło o hipopotama. Te warsztaty mają przekaz. Uczestnicy mają wyjść z refleksją, że każdą informację trzeba sprawdzić w kilku różnych źródłach. Skorzystanie z jednego może się zemścić. Teraz takim wprowadzającym w błąd może być sztuczna inteligencja. A co do rolnictwa, to tak, starożytni pisarze pisali też o nim. Katon Starszy, który żył w starożytnym Rzymie w III i II wieku przed Chrystusem, napisał De agri cultura – „O gospodarstwie wiejskim”, a dosłownie „O uprawie ziemi” – opowiada
Malwina.
Starożytni Rzymianie też pisali książki u uprawie i hodowli
Książka miała wiele przekładów i była wznawiana. W 2009 roku wydało ją Wydawnictwo Naukowe Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu. Katon był mówcą, politykiem i pisarzem, a „O gospodarstwie wiejskim” jest najstarszym zachowanym w całości dziełem literatury rzymskiej pisanym prozą. Co ciekawe, rodowe nazwisko Katona brzmiało „Portius”, co dosłownie oznacza „wieprz”. Czy miało to związek z tym, że świnie były bardzo licznie hodowanymi przez Rzymian zwierzętami? Nie wiadomo.
– Katon promował rolnictwo jako najwyższą cnotę i fundament państwa. Jest tam o nabywaniu ziemi, uprawie i przepisach kulinarnych. Jest o hodowli zwierząt, o tym, co zrobić, kiedy nie ma deszczu. Jeden z fragmentów brzmi na przykład: „Te będą obowiązki włodarza: Niech będzie rządny. Dni święte niech święci. Niech powściąga ręce od cudzego dobra, lecz własnego pilnie strzeże. Spory między czeladzią winien godzić...”. Potem jest o sprzedaży oliwek „na pniu”. Jest o tym, kiedy najpóźniej należy zapłacić pracownikom, jak zbudować oborę, jak tuczyć kury i gęsi. Ale jest jeszcze arcyciekawy przepis na miotłę. „O miotłach z chrustu wedle wskazówek Q.A.M. Manliuszów (autorzy poradnika gospodarskiego – przyp. red.): W okresie trzydziestu dni, które trwa winobranie, wyrabiaj na kilka zawodów miotły z suchych gałązek wiązu. Obwiązuj je wkoło drążka. Takimi to miotłami wyskrobuj nieustannie wewnętrzne ściany kadzi, tak by osad nie przylgnął do ścian”. Chyba mam pomysł na kolejną zabawę podczas warsztatów – opowiada.
Malwina odkryła stary przepis na bursztyn z ziemniaka
– Od kilku miesięcy pracowałam nad recepturą, więc nie zdradzałam informacji. Ostatnio uchyliłam rąbka tajemnicy na Facebooku i nawet się o te „bursztyny” zdążyłam pokłócić z paroma osobami. Jak tylko je udostępniłam, ktoś naskoczył na mnie, że pokazuję zdjęcia, a nie zdradzam przepisu. A ja chciałam po prostu wzbudzić zainteresowanie. Receptura? Nie, nie, nie zdradzę jej w całości. Od dziecka interesowałam się bursztynami. Jako dziecko sama je sobie szlifowałam, a potem oprawiałam. Kupowałam surowy bursztyn, a potem szlifowałam i oprawiałam za pomocą pilniczka do paznokci. Żywica jest tak miękka i lekka, że spokojnie pilniczek wystarczy. Fascynowało mnie wydobywanie bursztynu z ziemi na Kurpiach, ale też szlifowanie go na kołowrotku, który można przerobić na szlifierkę. Bursztyn był ceniony już w starożytności. W Polsce był dodatkiem do stroju kurpiowskiego i kaszubskiego, ale problem miały te kobiety, których nie było stać na prawdziwe bursztyny czy też na korale – opowiada Malwina.
Żeby zrobić bursztynowe paciorki, ziemniaka trzeba ugotować
Znalazła stare receptury na korale i odtwarza je. Do przepisu doszła sama, wiedząc jedynie, że bursztyn wytwarza się z ziemniaka. I o tym, że bulwę trzeba pokroić na kawałeczki. Malwina zaczęła metodą prób i błędów. Ma w tym wprawę, bo interesuje się dawnymi metodami barwienia i nawet pisze o nich książkę. Inspiracją była przedwojenna pozycja napisana przez Jakóba Hoffmanna, etnografa, który poświęcił życie folklorowi wołyńskiemu i w publikacji z 1930 roku „O pisankach wołyńskich” sporo napisał o barwieniu.
– Dwa tygodnie temu robiłam z dzieciaczkami zajęcia z tkanych bransoletek i założyłam te moje „bursztyny”, żeby zobaczyć, jakie są reakcje innych. Nikt specjalnie nie zwracał na nie uwagi, ale kiedy zapytałam kogoś: „Czy podobają ci się moje korale?”, usłyszałam: „Tak, piękny bursztyn”. Są nie do odróżnienia. Ten „bursztyn” jest twardy i wygląda jak prawdziwy w wersji surowej, nieobrobionej. Trzeba go suszyć. Pod wpływem suszenia się kurczy, wtedy widać nitkę w przerwach między poszczególnymi paciorkami. Nie zdradzę receptury, jeszcze nie teraz, powiem tylko, że trzeba ziemniaka, gotowania i suszenia koralików już nanizanych na nitkę. Bo wysuszone są tak twarde, że trzeba by wiercić dziury. Żeby rozgryźć recepturę, musiałam się napracować. Jestem wciąż w fazie eksperymentów. Ja moich nie lakieruję, ale wiem, że ta druga twórczyni tak robi. Są dwie szkoły. Moje „bursztyny” są prześwitujące i błyszczą się nawet bez lakieru. Niektóre wychodzą mi ciemne, inne – jaś-
niutkie. Ostatnio robiłam z nich pająka i chyba za wcześnie nawlekłam na drut – całkowicie mi ściemniał ten „bursztyn”. Nie wiem, czy ziemniak nie wszedł w reakcję z metalem. Co daje kolor? Nie zdradzę. Chcę trochę ludzi tymi koralami zainteresować, może dzięki nim trochę wesprzeć zbiórki dla Adasia Iwanejki chorującego na dystrofię mięśniowa Duchenne’a – mówi Malwina.
Jak zrobić czerwone korale z chleba?
O Adasiu pisaliśmy w numerze 6/2026 TPR, a Malwina od stycznia 2026 wspiera zbiórki na jego leczenie, m.in. organizując warsztaty z plastyki obrzędowej, z których dochód przeznacza na Adasia. Aby go ratować, założyła Całoroczną Szkołę Pisanki i Plastyki Obrzędowej Online, z której całkowity dochód przeznacza na chłopca, z którym od pół roku prowadzi zajęcia internetowe o tematyce historycznej, ornitologicznej i ludowej. Malwina jest też założycielką Gidelskiej Grupy Wolontaryjnej Razem dla Adasia Iwanejko. A obserwatorów swojego profilu próbuje zainteresować także koralami z chleba.
– Chlebowe korale są prostsze. Robi się kuleczki z chleba, nawleka na nitkę i barwi. Dawniej na czerwono, ten kolor miał znaczenie – miał odstraszać złe moce. Barwiono sokiem z buraka – surowy dawał kolor fioletowy, zakwas bardziej czerwony. Trzeba zanurzyć na chwilę, bo chleb rozmięknie. Potem trzeba go wysuszyć. Dawniej ciasto chlebowe miało inny skład, więc korale były trwalsze – wyjaśnia Malwina.
Korale dla ubogich były wytwarzane też z małych szklanych bombek, tzw. dętek. Każda dziewczyna w stroju krakowskim miała kilka sznurów takich korali. Sprzedawano je na jarmarkach.
Malwina ma trzy sznury, ale dziś już bardzo trudno o takie. Jeśli chcecie dowiedzieć się więcej o bursztynie z ziemniaka, obserwujcie profil ludowianka.pl na Facebooku. Niewykluczone, że Malwina podzieli się tam któregoś dnia przepisem na „bursztyn”.
Karolina Kasperek
