Kozia DolinaMariusz Kosmala
StoryEditor"Kozia Dolina"

Do "Koziej Doliny" pod Łabiszynem ciągną turyści z całej Polski

03.09.2023., 12:00h
Mają imiona, przychodzą na buziaczki. Mają swoją prezes­kę, lubią się pokłócić, każda ma osobowość, czasem zachowują się jak ludzie. Tak opisuje swoje niezwykłe kozie stado Mariusz Antczak, który w Ojrzanowie pod Łabiszynem prowadzi gospodarstwo Kozia Dolina.

Kozie ranczo

– Mamy 78 sztuk, każda ma swoje imię. Słuchajcie, kozy są bardzo przyjazne. Czy można je całować? Można, można, niektóre bardzo to lubią. Najbardziej przepada za tym Figa. Można je głaskać, tulić i chwytać niemal w każdym miejscu, nie lubią tylko za uszy i za rogi. Uwielbiają za to drapanie między rogami. Psocą strasznie – jak dzieci. Jedna koza jest najważniejsza, wszystkie inne są w hierarchii ważności. Nie każda obok każdej może leżeć i nie każda z każdą może jeść. Na pewno tworzą klany rodzinne – często widać zestaw „babcia – matka – córka”. Kiedy któraś z klanu rodzi, to wszystkie z tego klanu przychodzą przywitać nowego członka rodziny – mówił Mariusz Antczak, zaczynając oprowadzać grupkę turystów po swoim kozim ranczo.

image

Kozią Dolinę odwiedzają dziś turyści z całej Polski, którym Mariusz przez godzinę potrafi opowiadać o swoim stadzie. Za rok w zagrodzie będzie można także prowadzić edukację

FOTO: Mariusz Kosmala

Wilki atakują kozy nocą

Sosenka na przykład jest „straszną wredotą”. Nie sposób ją wydoić, bo nawet kiedy odsadzi się jej młode, zawsze znajdzie sposób, żeby je nakarmić. Choćby przez płot. Latte dostała imię po kawie i ma córkę Klamę. Fora jest córką kozy, której już nie ma w Koziej Dolinie. Zabił ją dwa lata temu wilk. Młody samiec oddzielił się od stada. I, jak mówi Mariusz, trafił mu się taki szwedzki stół. Podchodził trzy miesiące do stada i w nocy zaatakował. Mariusz palił ogniska, zakładał przekazane mu przez Regionalną Dyrekcję Ochrony Środowiska fladry, czyli kolorowe wstążki, które wiesza się na ogrodzeniu. Nic nie pomogło – 3 kozy zabite.

– Wyglądają niepozornie, ale kiedy powiewają – udowodniono to – stanowią dla wilków niepokojący bodziec, choć u nas nie zadziałały – wyjaśnia gospodarz.

Fora – sierota – jest jednak dzielną, przyjazną kozą. Rasy polskiej barwnej uszlachetnionej z dolewem krwi anglonubijskiej. Mariusz ma w stadzie dwa kozły. Jeden jest rasy alpejskiej, drugi – anglonubijskiej. Ta druga rasa powstała w Anglii po skrzyżowaniu z kozłami nubijskimi, które mają wyjątkowo bogate w składniki mleko, więcej suchej masy w mleku. Z niego powstaje więcej sera niż z mleka innych ras.

Mariusz w niemal egipskim skwarze oprowadza grupkę po zagrodzie. Sypie anegdotami, a kozy spacerują między ludźmi tak, że nie wiadomo już, kto tu komu się bardziej przygląda.

jakie rasy kóz są utrzymywane w "Koziej Dolinie"?

W Koziej Dolinie znajdziecie kilka ras: anglonubijskie, alpejskie, karpackie, ale zdarzają się też bezrasowce. Mariusz mówi o takich kozach „totalny krzak”. Taką kozą jest Wenuska. Bez względu na rasę mają jedną zaletę, która jednocześnie jest przywarą – jedzą wszystko, czasem też pieniądze. Zdarzyło się kiedyś, że jedna z podopiecznych wyciągnęła komuś z torebki portfel i zajęła się banknotami.

Mariusz stara się, żeby imiona nie były ludzkie.

– Szukam słów, które fajnie brzmią. Kiedyś nazwałem kórąś Zojka, wydawało mi się, że to nie jest ludzkie imię. Odwiedziła nas któregoś dnia pani z dzieckiem. Słyszę nagle: „Zojka, Zojka!”. Myślę sobie: „Kurczę, skąd ona zna moją kozę?”. A ona wołała córkę! – opowiada Mariusz.

Zwiedzający pytają, jak to się stało, że Mariusz tak się „wkręcił” w te kozy. Urodził się w Nakle nad Notecią, całe lata mieszkał w Mroczy na Krajnie, potem kilka lat w Bydgoszczy. Skończył technikum rolnicze, a następnie zootechnikę. Marzył o karierze rolnika albo archeologa. Przez kilka lat pracował na farmie we Francji.

– Bardzo mi się tam spodobało to, jak Francuzi żyją. Z jakim luzem i jak celebrują jedzenie. Wróciłem do Bydgoszczy i pomyślałem, że muszę coś zmienić. Kupiłem w 2016 roku kawałek ziemi w Ojrzanowie z myślą o budowie małego domu i prowadzeniu gospodarstwa na włas­ny użytek. Kozy wydarzyły się przypadkiem w 2020 roku. Mieszkająca w sąsiedztwie kobieta owdowiała i została z dwiema kozami. Poprosiła, żebym się nimi zaopiekował. Wziąłem je, a potem zacząłem przeglądać OLX żeby je sprzedać. Zamiast tego znalazłem ogłoszenie z trzema kozami alpejskimi i je kupiłem. Jedna z tych alpejek dawała mleko. I kiedy go posmakowałem, odkryłem nową rzeczywistość. Znałem już smak koziego mleka – zawsze kojarzyłem je z odstręczającym zapachem. Tu okazało się, że może być inaczej – wspomina Mariusz i dodaje, że mleko z kóz karmionych nie kiszonką, a sianem i zielonkami i które nie są zamknięte w koziarni, ale mogą się przechadzać na otwartym terenie cały rok, pachnie i smakuje wyśmienicie. Jest go, co prawda, mniej, ale jest dużo lepszej jakości.

image

Kozia Dolina

FOTO: Mariusz Kosmala

Od trzech kóz do stada

Przez pierwszy rok testował możliwości koziego mleka. Robił kefiry, jogurty, pierwsze sery. Wiedział już, że powoli zacznie budować stado. Założył, że pieniądze, które zarabia w firmie budowlanej, przeznaczy na stworzenie serowarni i powoli ruszy z zagrodą.

– Atak wilka zmusił mnie do działań natychmiast. Przez trzy miesiące nie robiłem żadnych zleceń, tylko pilnowałem kóz w nocy po krótkim śnie w dzień. Organizowałem „odwiedzinki” turystów i miejscowych. Żeby mieć jakie­kolwiek fundusze i reklamę. W 2022 w sierpniu zorganizowałem festyn KozaFest. Zacząłem szukać innych ludzi, którzy robią coś ciekawego. I okazało się, że mamy w okolicy gospodarstwo „Lovenda Kujawska”, Dyniowa Farma Dobrosielscy, że obok jest browar „Stara owczarnia”, że jest „Winnica Irena” i Serowarnia Jasiurkowscy. Okazało się, że inni chętnie dzielą się wiedzą i chcą współpracować.

Poza tym mam ogromne wsparcie Aleksandry Hapki, Beaty Chełmiak, Magdaleny Potulskiej Z ODR Minikowo, gminy Łabiszyn oraz Sebastiana Kowalika – kierownika ARiMR w Żninie Zawsze doradzą, pomogą i robią więcej niż wymaga ich urząd.

Zagroda edukacyjna w Koziej Dolinie?

Mariusz chce w Koziej Dolinie organizować zagrodę edukacyjną. Będzie budował wiatę. Już załatwił wszystko w Ośrodku Doradztwa Rolniczego, a ten musi teraz dać rekomendację do listy zagród. Wtedy będzie można starać się o 100 tys. zł dotacji z Lokalnej Grupy Działania. Mariusz przewiduje, że uda się to w sierpniu przyszłego roku. Pieniądze przydadzą się nie tylko na wiatę, ale i namioty spersonalizowane, czyli w barwach i z logo Koziej Doliny. W zagrodzie ma być docelowo nie więcej niż 100 kóz, w tym 50 dojnych w okresie letnim, 50 w zimowym. Ma być mała serowarnia, miejsce na warsztaty z dziećmi. Mariusz chce, żeby dzieciaki zbijały np. małe drewniane taczki z logo Koziej Doliny. Do tego współpraca z lokalnymi wytwórcami. To Mariusza przepis na szczęście. Konkurowanie z innymi serowarami? Skądże znowu! Mariusz wie, że nawet jeśli w sąsiedniej zagrodowej serowarni zaczęliby robić kozie sery, to ich camembert zawsze będzie inny niż ten jego. Bo w produkcie zostaje duch miejsca i serce wytwórcy. A te rzeczy są niepowtarzalne.

Jak przebiega dojenie kóz?

W grupce odwiedzających jest dwóch młodych mężczyzn, którzy przyjechali pod Żnin w ramach firmowego wyjazdu integracyjnego. Są z Jastrzębia-Zdroju. W hotelu Cukrownia Żnin przy recepcji znaleźli informację o atrakcjach w okolicy.

– Od jakiegoś czasu myślimy prywatnie o założeniu podobnego gospodarstwa i właśnie z kozami. Chcielibyśmy mieć zagrodę edukacyjną, terapię ze zwierzętami, potem może serowarnię. Mamy kawałek ziemi w Łódzkiem – mówią Dominik i Szymon.

Wśród kóz można spotkać Odbitkę, córkę Pchełki. Amerykanka, która jest bezroga genetycznie i lubi, żeby się do niej przytulić. Chodzą z Mariuszem, psem Bella i kotami na spacery po okolicy. Prezeską stada jest Melinda – ma 7 lat. Nie jest najstarsza, nie jest najsilniejsza, ale ma w sobie to coś. Trochę opada jej jeden policzek – to efekt porażenia poporodowego, ale „szefowa” wykaraskała się. Koza potrafi się cieszyć, ale też być smutna. Jest wtedy osowiała. Wiadomo również, kiedy jest zła. Jak mówi Mariusz, w złości nikt nie wydoi kozy. Sam, kiedy jest podenerwowany, musi na chwilę odejść, uspokoić się, wyciszyć. Ale kiedy już mu się uda, ma nawet 3 litry mleka na dobę z jednej kozy.

– Koza, inaczej niż krowa, ma mleko nawet bez młodych. To tak zwane mleko czarownic. Może nie urodzić młodego, a mieć mleko. To efekt pobudzenia hormonów jakimś bodźcem zewnętrznym, np. porodem innej kozy. To tak zwana samoistna laktacja i może występować u wszystkich ssaków, jednak u kóz jest nader częsta. Na początku mleko będzie bardzo wodniste, później przejdzie w pełnowartościowe. Teraz mam dojarkę – ułatwia i przyspiesza pracę – wcześniej doiłem ręcznie. To ręczne nie ma sobie równych – nigdy nie doi się na sucho, zawsze zdajamy idealnie do końca, nie ma mikropęknięć w wymieniu. Kozy mają nierówne połówki wymion – jedna połówka jest zawsze mniejsza, druga – większa. Ręką zawsze się to wyczuje i dopasuje ucisk.

{embed-gallery-1_class}{embed-gallery-1}388965{/embed-gallery-1}{embed-gallery-1}388960{/embed-gallery-1}{embed-gallery-1}388963{/embed-gallery-1}{embed-gallery-1}388973{/embed-gallery-1}{embed-gallery-1}388976{/embed-gallery-1}{/embed-gallery-1_class}

Miłość do kóz Mariusza

Dominik i Szymon pytają, czy Mariusz miał kiedyś taką myśl, żeby to wszystko zostawić.

– O, wiele razy! Na przykład kiedy są problemy, kiedy nie ma finansowania. Trzeba się z czegoś utrzymywać. Przychodzi czas, że ma pan na jedzenie dla kóz, a nie ma dla siebie. A tu rata kredytu do zapłacenia. I jeszcze auto się zepsuje. I jest się w przysłowiowej czarnej ... Co mnie wtedy motywuje, żeby się nie poddać? Biorę sobie kawę, siadam, patrzę na te kochane kozy i mówię: „Dobra! Jedziemy dalej!” – mówi Mariusz.

Czasem w przetrwaniu pomaga mu inna pasja. Mariusz lubi wziąć do ręki wykrywacz metali i pójść w teren. Albo nurkuje. Nic jednak nie zastąpi leniwego popołudnia z brodatymi i rogatymi czworonogami. To dziś już jego najbliższa rodzina.

Karolina Kasperek

Warsaw
wi_00
mon
wi_00
tue
wi_00
wed
wi_00
thu
wi_00
fri
wi_00
24. luty 2024 08:25