Orkisz uprawiano na ziemiach dzisiejszej Polski podobno już w VIII wieku naszej ery.
Orkisz w starożytności jedli gladiatorzy
W starożytności wyroby z orkiszu jedli legioniści rzymscy, gladiatorzy przed walką i uczestnicy igrzysk przed zawodami. Orkisz miał dostarczać wyjątkowej siły. Mówiło się o nim, że to pszenica starożytnych Rzymian. Gotowali z niego kaszę o nazwie puls. Historia uprawy orkiszu sięga około 8 tys. lat. W neolicie – epoce, w której nasi przodkowie przestawali być zbieraczami i łowcami, zaczynali osiadać w jednym miejscu i uprawiać zboża. Jednym z nich jest orkisz, a uprawia go Mateusz Skibe wraz z żoną Urszulą.
Mateusz z rolnikami z okolicy rozmawia w gwarze śląskiej
Gospodarstwo Mateusza i Urszuli leży na zacisznym uboczu wsi, pod lasem. Przed płotem – olbrzymi dąb. Przy wjeździe wita mnie stado kotów. Mateusz mówi, że w porywach jest ich w gospodarstwie czternaście. Idziemy na piętro starego ceglanego domu, który jest rodzinnym gniazdem Urszuli.
Mateusz pracuje na etacie jako doradca handlowy w firmie rolniczej.
– U nas się mówi na co dzień po polsku, ale śląskiej godki nauczyła mnie babcia. Nie wiem, czy kiedy zacznę godać, to nas pani zrozumie. Mieszkamy na Śląsku Opolskim, ale jeżdżę też do rolników ze Śląska kopalnianego. Gadam z nimi i często słyszę, że jeden z drugim męczą się, kiedy mówimy po polsku. Wtedy mówię: „Godej po naszemu”. Słyszę wtedy: „Ja, w końcu przyjechał nasz synek”. I jest całkowicie inna rozmowa – mówi Mateusz.
Rolnik jako dziecko rwał się do pracy w gospodarstwie
Jest w tej branży od czterech lat, wcześniej zajmował się meblami, bo Dobrodzień i okolice to zagłębie meblarskie.
– Tu jest około stu zakładów meblarskich, w tym te największe, znane z reklam eleganckich mebli. Pracowałem w firmie Kler, w której zajmowałem się zamawianiem skór, choć od zawsze pasjonowało mnie rolnictwo. Nie wychowałem się w gospodarstwie. Mieszkaliśmy w domu jednorodzinnym w Dobrodzieniu. Pradziadek miał tam kiedyś jedną kurkę, jedną świnkę, ale ja tych czasów nie pamiętam. Rolnictwa nauczyła mnie babcia, do której jeździłem w wakacje na dwa miesiące. Kiedy w czerwcu wybrzmiał ostatni dzwonek w szkole, wsiadałem na rower i siedem kilometrów jechałem do babci do Turzy, a rodzice dowozili mi torbę po południu. Babcia miała krowy, świnie, były byki, wsiadałem do ciągnika. Babcia wstawała o piątej rano do chlewa, żeby wyrzucić obornik, potem doiła krowy. Tak mi się to podobało, że potrafiłem wstać godzinę wcześniej i wydoić krowy, mając ledwie dziesięć lat. Babcia przychodziła, i wszystko było gotowe. Brałem kany z mlekiem na rower i jechałem na miejsce, gdzie przyjeżdżała cysterna. Babcia z wujkiem, swoim synem, mieli zwyczaj oglądania w południe jakiegoś serialu. Tak mnie to denerwowało. Krzyczałem, że tyle roboty, że koniczynę dla krów trzeba rwać, a oni siedzą – wspomina Mateusz, popijając z ceramicznego kubka zdobionego czaszką Leszego – słowiańskiego bóstwa, i pokazując wikińskie tatuaże, którymi pokryte są jego ręce. Są tam i kruk, i sowa, i runy, czyli litery starożytnego alfabetu ludów skandynawskich, ale jest i ciągnik.
– Ciągnik narysowany na linii życia, czyli tej wyglądającej jak zapis EKG. Pod tym grupa krwi, czyli coś, co obrazuje, że mam rolnictwo we krwi – mówi Mateusz i dodaje, że jemu z Ulą wystarczają dziś las, natura, i „duchy przodków”.
Gospodarz zaczynał od ptactwa ozdobnego, kur i kaczek
Skończył technikum drzewne w Dobrodzieniu, poszedł do fabryki, ale w międzyczasie poznał Ulę.
– Mateusz grał wtedy w rockowej kapeli. Poszłam na koncert i się zakochałam. Poznałam go na osiemnastce koleżanki i trochę to trwało, zanim się odezwał – mówi Ula.
Pobrali się po dwóch latach i zamieszkali w Dobrodzieniu. Po pięciu latach przeprowadzili się do rodziców Uli do Malichowa, w którym po gospodarstwie dziadka pozostały już tylko budynki i kilka kur.
– Były traktor i kilka kur teściowej. Zapytałem, czy mogę się nimi zająć. Porobiłem zbiorniki na zboże takie, owakie, obmyślałem dla nich dietę. Potem pomyślałem: „Po co ja mam to zboże kupować? Jest tu pole, to może bym sobie taki hektarek pouprawiał?”. Posiałem zboże, z czasem na kolejnych hektarach. Pomyślałem, że kury to trochę mało. Kupiłem kaczki, potem gęsi, w końcu postawiłem też woliery dla bażantów i pawi. Mało mi było, więc jeszcze dokupiłem kilka owiec. W pewnym momencie było ich trzydzieści. Uprawialiśmy też ziemniaki, ale tyle to zabierało czasu, że z żoną spędzaliśmy małżeńskie randki na przyczepie pełnej ziemniaków. Zaczęliśmy wtedy budować naszą markę. Na polakpotrafi.pl założyliśmy zrzutkę na projekt „Wypiek chleba”. Zebraliśmy połowę kwoty, jakieś 5 tys., i udało się kupić podstawowe sprzęty, w większości używane. I powstała nazwa „Grzeski Dąb”. To zbitka – żona jest z domu Grzebińska, jak się nazywam Skibe. Połączyliśmy pierwsze sylaby nazwisk i dołożyliśmy „dąb” od dębu na podwórku, który ma ponoć kilkaset lat – mówi Mateusz.
Rolnik obawiał się, że czerwieniejące zboże się zmarnuje
Gospodarstwo ekologiczne zaczęło się w pewnym sensie od Uli, a konkretnie od jej problemów ze zdrowiem.
– Miałam różne dolegliwości zdrowotne. Postanowiłam zadziałać dietą i zaczęliśmy kupować mąkę orkiszową od firmy BioBabalscy. Zaczęłam piec chleby – mówi Ula.
– Powiedziałem jej: „Słuchaj, przecież my mamy pole! Po co my mamy kupować tę mąkę? Zacznijmy robić swoją!”. Najpierw kupiłem płaskurkę (jedno z najstarszych zbóż), ale ona jakoś naszych pól nie lubiła, słabo wychodziła. Zdecydowałem się kupić nasiona orkiszu na OLX. Zasiałem, wyrosło i zaczęło dojrzewać. Całe pole zrobiło się czerwone. My przerażeni, że może jakiś grzyb zaatakował zboże. Poznałem wtedy rolnika z Mazur, który uświadomił mi, że odmiana, którą posiałem, jako jedyna odmiana orkiszu dojrzewa na czerwono. Kamień nam spadł z serca – wspomina Mateusz i dodaje, że orkisz ma łatwo przyswajalny gluten.
Rolniczka piekła czterdzieści chlebów orkiszowych tygodniowo
Znaleźli młyn usługowy i zaczęli produkować mąkę, a Ula jednocześnie piekła z niej chleby, które najpierw rozchodziły się po znajomych. Robiła około czterdziestu bochenków tygodniowo. Wysyłali je nawet do Niemiec. Zaczęli do nich trafiać ludzie z problemami z układem pokarmowym. Okazywało się, że służył im chleb z malichowskiego orkiszu – wyrabiany w glinianych naczyniach i pieczony w szklanych formach.
Ze swoim gospodarstwem obecni są w mediach społecznościowych. Robią zawczasu listę chętnych na mąkę. Mają ją sprzedaną, jeszcze zanim pojadą mleć ziarno.
– Nie mamy tej mąki dużo – w tym roku sprzedaliśmy trochę ponad czterysta kilogramów. Z hektara wychodzi średnio pięćset – sześćset. To mało wydajne zboże, dlatego jest to towar luksusowy. Siedzimy dwa dni w stodole i łuskamy ten orkisz. Dopiero w tym roku kupiliśmy specjalną maszynę do tego. To robota dla pasjonatów – mówią gospodarze „Grzeskiego Dębu”.
Gospodarze z Malichowa marzyli o bydle szkockim
Ostatnio Uli i Mateuszowi do zagrody wtargnął prawdopodobnie lis i pozbawił życia sześćdziesiąt kur, ale też pawie i bażanty. Rozwiązaniem na takie sytuacje może być stado krów, które działa odstraszająco. Mateusz od dziecka marzył o krowach szkockich, highlandy ma nawet na pościeli. Dlatego postawił na bydło szkockie. Stado rośnie, a zaczęło się od kupionych dwa lata temu dwóch krów. W tym roku pojawił się byk Odyn, zaraz dojadą kolejne dwie krowy – biała i czarna.
– Chcemy mieć highlandy we wszystkich kolorach, w których występują. Zaczęliśmy kopać staw, bo naszym marzeniem jest zbudowanie domków i otwarcie agroturystyki. Highlandy mają się przechadzać pomiędzy tymi domkami. Chcemy mieć też sprzedaż wołowiny z gospodarstwa. Wołowina z highlanda jest jedną z najlepszych na świecie – nie na darmo rodzina królewska w Wielkiej Brytanii ma swoją hodowlę. Nasze krowy będą tu dobrze żyć, a my czekamy na wprowadzenie uboju pastwiskowego. Jestem delegatem w Opolskiej Izbie Rolniczej i sam napisałem wniosek o to – mówi Mateusz.
W gospodarstwie Grzeski Dąb mieszkają osły, kuc i koń
Idziemy do highlandów. Stoją w oddali, Mateusz zaczyna je nawoływać.
– One przychodzą na zawołanie, jak pies. Chodźcie, chodźcie! Odyn! Marta! Zuzia! Zuzia ma od urodzenia lekko krzywą mordkę – wyjaśnia gospodarz i pozuje do zdjęcia, wtulając się w gęste, długie włosy ukochanych podopiecznych.
Oboje z Ulą prowadzą do kolejnej zagrody. Po drodze witają nas kaczki biegusy w klatkach. W zagrodzie dwa urokliwe osły – Kłapouchy i Lula, i Afera – kuc szetlandzki. Między drzewami chowa się klacz Rozalka. Jest nieufna, bo była źle traktowana przez poprzednich właścicieli. Ula i Mateusz zaadoptowali ją, podobnie jak osły. Wszystkimi tymi zwierzętami będą mogli cieszyć się goście agroturystyki, którą stworzą gospodarze. Obiecali to, a dąb był świadkiem.
Karolina Kasperek
