Dzisiejszy park maszynowy wielu gospodarstw niewiele przypomina ten sprzed niespełna 30 lat.
Pod koniec lat 90. Polska dopiero otwierała się na zachodnią technikę rolniczą. Maszyny pojawiały się na targach i pokazach, budziły zainteresowanie, ale między chęcią zakupu a możliwością jego sfinansowania istniała ogromna różnica.
– Wtedy wszyscy rolnicy otworzyli się na świat, ale nie mieli ani grosza, żeby kupować ten sprzęt. Nawet polski – wspomina Artur Szymczak.
Jako przykład podaje ciągniki Ursus 1614 i 1634.
– Pamiętam, że Ursus 1614 czy 1634 kosztował około 160 tysięcy złotych [cena z końca produkcji, przyp. red.]. Trzystuhektarowe gospodarstwo brało kredyt, żeby kupić taki ciągnik – mówi.
Finansowanie było potrzebne również przy znacznie mniejszych zakupach. Według Szymczaka nawet rozsiewacz kosztujący kilka czy kilkanaście tysięcy złotych mógł wymagać kredytu.
Dlatego rolnicy bardzo dokładnie oceniali efekty nowych maszyn.
Jak wspomina Szymczak, ogromną rolę odgrywały pokazy. Nie wystarczało zobaczyć maszynę na targach. Potencjalny klient chciał zobaczyć ją na polu, a później sprawdzić efekt jej pracy.
W przypadku siewnika prawdziwym argumentem sprzedażowym nie zawsze był sam przejazd po polu. "Drugie wow", jak wspomina Szymczak, przychodziło dopiero wraz ze wschodami.
Z dzisiejszej perspektywy dobrze pokazuje to skalę przemiany. Sprzęt, na który nawet duże gospodarstwa musiały długo zbierać środki, był początkiem mechanizacyjnego wyścigu, który w kolejnych latach mocno przyspieszył. Dziś dyrektor zarządzający w KUHN Maszyny Rolnicze zalicza polskie gospodarstwa o powierzchni 100-300 ha do najsilniejszych w Europie.
Jak wspomina dziś przemiany w polskim rolnictwie Artur Szymczak? Tego i wiele więcej można dowiedzieć się z poniższej rozmowy:
Mateusz Wasak
