– To były godziny popołudniowe, około 18.00–18.30. Gradobicie trwało kilka minut. Byłem akurat w tym czasie na terenie gospodarstwa, schowałem się pod wiatą, zamykałem magazyny i obserwowałem, co się dzieje. Jak tylko burza gradowa przeszła, udałem się na pola. W pierwszym momencie wydawało się, że może tak źle nie będzie. Gdy jednak podjechałem na plantację owsa i pszenicy, okazało się, że zboża, co prawda, nie były położone, ale połamane. Prawie cały owies został wymłócony do zera. Szkody w pszenicy były mniejsze, ale na znacznym areale zbliżone do tych w owsie – relacjonuje pan Tomasz.
Zniszczeniu uległo 31 ha owsa i 38 ha pszenicy.
Decyzja ubezpieczyciela zaskoczyła rolników
Rolnicy zgłosili szkody ubezpieczycielowi telefonicznie kolejnego dnia po przejściu kataklizmu. Szkoda została zarejestrowana.
– Dostaliśmy potwierdzenie SMS-em, i e-mailem. Około tygodnia po zgłoszeniu przyjechał likwidator. Zaczęliśmy od oceny szkód w owsie, potem przeszliśmy w pszenicę. Oględziny trwały dość długo. Likwidator miał ze sobą miarę, którą kładł na polu, robił zdjęcia. Mówił, że tych prób musi wykonać na każdej uprawie po kilkanaście, wpisywał dane do tabelki. W międzyczasie zadałem mu pytanie: „Pan wpisuje jakieś cyferki, co to oznacza, ile to jest procent szkody?”. Likwidator odpowiedział, że tego dzisiaj mi nie powie, bo on tylko wykonuje oględziny, a szacowania dokonają specjaliści w biurze, w centrali, którym on przekazuje elektronicznie zebrane informacje – relacjonuje nasz rozmówca.
Pan Tomasz nie otrzymał więc podczas oględzin żadnej orientacyjnej informacji o wysokości szkody.
Po 20 lipca do Kuroszów przyszła informacja SMS-em, że straty zostały oszacowane i decyzje przyjdą pocztą. Były to dwie decyzje, jedna, która dotyczyła uprawy owsa, a druga – pszenicy.
– W tych decyzjach bardzo dla mnie dziwne było to, że w tabelach „Analiza szkody” w rubryce „Rośliny całkowicie zniszczone” wpisano zero, zarówno w owsie, jak i w pszenicy. W pszenicy, owszem, nie wszystkie rośliny zostały zniszczone w stu procentach, ale część tak. A w owsie? Jedynie w rubryce „Uszkodzone ziarna” znalazły się jakieś wartości. Ostatecznie jednak w owsie, który został zniszczony całkowicie, szkody oszacowano zaledwie na poziomie 41%, a w uprawie pszenicy na 28% – tłumaczy pan Tomasz.
Rolnicy nie mogli zgodzić się z werdyktem ubezpieczyciela i złożyli reklamację.
Dla rolników rozmiar szkód nie budził wątpliwości
Gospodarstwo Kuroszów odwiedziliśmy miesiąc po gradobiciu. Na polu, gdzie rósł owies, zrobiło się zielono, bo nasiona, które zostały wytłuczone, kiełkują i wschodzą. Właściciel obawia się, że jeśli nasiona nie zostaną odpowiednio szybko zniszczone, zaczną masowo rosnąć razem z rzepakiem, który jeszcze w sierpniu planuje zasiać na tym polu.
– Wczoraj na tym polu przejechałem kosiarką rotacyjną. Pomyślałem też, że wschodzący z ziaren wymłóconych przez grad owies wraz z resztkami słomy będzie dobrą paszą dla naszych koni. Po ścięciu będzie też łatwiej wjechać w pole z talerzówką – tłumaczy rolnik.
W dniu naszej wizyty w Kotli Kuroszowie rozpoczęli zbiór pozostałej po gradobiciu pszenicy. Na ściernisku po przejeździe kombajnu wyraźnie widać było ziarna, które zostały wcześniej wytłuczone z kłosów przez grad i nie zostały zebrane. Pszenica zdążyła również częściowo skiełkować i powschodzić. Po ilości wymłóconego ziarna rolnik przewidywał, że straty wyniosą powyżej 50%.
Agrotechnika była na medal
Pan Tomasz podkreśla, że koszty poniesione na produkcję zarówno owsa, jak i pszenicy były znaczne. Rolnicy w obu przypadkach zastosowali kwalifikowany materiał siewny. Mierzyli się z wysokimi kosztami nawozów, paliwa oraz środków ochrony roślin.
– Stosujemy uproszczoną, bezorkową technologię uprawy. Po siewie pszenicy wykonano zabieg odchwaszczania i zastosowano jesienne nawożenie nawozem NPK w dawce 200 kg na hektar. W przypadku owsa, który był wysiewany wiosną, również zastosowano 200 kg nawozu NPK na hektar. Od wiosny w obu uprawach stosowano nawożenie azotowe. W pszenicy zastosowano 150 kg czystego składnika azotu, natomiast w owsie dawka wyniosła 80 kg. Oprócz nawożenia wykonano także wszystkie niezbędne zabiegi związane z ochroną grzybową. Pszenica została dodatkowo skrócona przy użyciu preparatu Moddus – relacjonuje nasz rozmówca.
W ocenie rolnika rośliny przed wystąpieniem gradobicia były zdrowe i prawidłowo prowadzone.
– Łodygi owsa są grube i mocne, co świadczy o prawidłowym wzroście przed wystąpieniem nawałnicy. Pszenica, choć jest połamana i miejscami zbita, w dużej części nadal stoi, zamiast całkowicie położyć się na ziemi. To również dowód na to, że zabiegi agrotechniczne, szczególnie skracanie roślin, zostały przeprowadzone prawidłowo i w odpowiednim terminie – przekonuje pan Tomasz.
Kuroszowie nie zabezpieczyli sprzedaży przyszłych plonów owsa i pszenicy za pomocą kontraktów lub umów z odbiorcami. Właściciel uważa, że w obecnej sytuacji okazało się to wręcz korzystne, ponieważ przy tak dużym zniszczeniu plonów mogliby mieć problem z wywiązaniem się z zawartych wcześniej zobowiązań.
Gospodarstwo od wielu lat współpracuje jednak ze stałymi odbiorcami, którzy regularnie kupują od nich zboże.
Lucerna się uratowała
Oprócz pszenicy i owsa gospodarstwo prowadzi również uprawę lucerny, która jest sprzedawana do wytwórni pasz. Mimo bardzo bliskiego sąsiedztwa zniszczonej przez grad pszenicy lucerna nie ucierpiała.
– Stało się tak również dzięki temu, że lucerna została zebrana krótko przed wystąpieniem nawałnicy. Grad niszczył natomiast drzewa i łamał gałęzie, które następnie spadały na świeżo skoszone pole. Gdyby w tym czasie znajdowała się tam jeszcze lucerna, skoszenie mogłoby być bardzo trudne z powodu gałęzi. Dzięki wcześniejszemu zbiorowi udało się tego uniknąć – relacjonuje pan Tomasz.
Ponowna ocena zakończyła się sukcesem
Tego samego dnia, w którym odwiedziliśmy gospodarstwo w Kotli, przyjechał do Kuroszów ponownie likwidator szkód wysłany przez ubezpieczyciela.
– Była to już inna osoba. Podobnie jak wtedy, objechaliśmy z nim pola. Tym razem nie było już problemu z uzyskaniem od niego informacji o procencie strat. Likwidator powiedział mi, że szkody w owsie ocenia na 83%, a w pszenicy na 51% – relacjonuje pan Tomasz.
Po czterech dniach rolnik otrzymał propozycję ugody z ubezpieczycielem.
– Przejrzałem dokumenty, nie miałem już żadnych zastrzeżeń, wszystko potoczyło się tak, jak zapewniał likwidator. Szkody w owsie oceniono o 42 punkty procentowe wyżej, a w pszenicy o 23 punkty procentowe wyżej. Stosownie do tej oceny wzrosło też wyliczone przez ubezpieczyciela odszkodowanie – podkreśla rolnik.
Właściciel wyjaśnia, że gospodarstwo ubezpiecza uprawy od samego początku swojej działalności. Nie jest to zatem pierwsza sytuacja, w której korzystają z ochrony ubezpieczeniowej. Polisy obejmują szeroki zakres ryzyk, nie ograniczając się wyłącznie do gradu. Ubezpieczenie obejmuje również m.in. pożar, przymrozki i niekorzystne warunki przezimowania, w zależności od struktury zasiewów. Na przestrzeni lat zmieniały się jednak firmy, z których usług korzystali.
Niestabilność pogody przemawia za tym, aby ubezpieczać uprawy i obejmować ochroną więcej ryzyk. Żeby jednak w przypadku szkody ochrona zadziałała, każda ze stron nie może mieć sobie nic do zarzucenia. Pan Tomasz miał twarde dowody na to, że rozmiar szkody nie był spotęgowany zaniedbaniami agrotechnicznymi, a z gradem nie ma co dyskutować. Co jednak najważniejsze, ubezpieczyciel podszedł poważnie do reklamacji, ocenił ponownie szkody i wypłacił odszkodowanie zgodnie z tym, co było widać na polu i czego oczekiwał rolnik.
Magdalena Szymańska
