Melony rosły świetnie. Problemem byli złodzieje
Jak informuje portal topagrar.com, Steffen Meyer utrzymuje się głównie z produkcji szparagów i innych upraw specjalistycznych. Gospodaruje na około 200 ha gruntów dzierżawionych i posiada 80 ha lasu. Od lat szuka nowych nisz rynkowych.
Jednym z pierwszych eksperymentów były arbuzy i melony miodowe. Jak wspomina, sama uprawa nie sprawiała większych problemów. Owoce dawały dobre plony, a ceny były satysfakcjonujące.
Ostatecznie zrezygnował jednak z ich produkcji z zupełnie innego powodu.
– Ludzie przyjeżdżali na pole i pakowali melony całymi bagażnikami samochodów. Potem urząd skarbowy pytał mnie, dlaczego nie zgadzają się ilości sprzedanych owoców – opowiada.
W kolejnym sezonie ukrył plantację pomiędzy polami kukurydzy. To jednak nie pomogło. Kradzieże nadal się zdarzały.
– Wtedy powiedziałem sobie: koniec, czas na coś innego – wspomina rolnik.
Imbir? Fascynująca roślina, ale bez rynku
Mniej więcej w tym samym czasie Meyer postanowił spróbować uprawy imbiru. Swój produkt promował jako regionalny „Heath Ginger”. Eksperyment trwał jednak tylko rok.
– Imbir to niezwykle ciekawa roślina. Doszedłem jednak do wniosku, że klienci nie są gotowi płacić za lokalny produkt trzy- czy czterokrotnie więcej niż za importowany – tłumaczy.
Jego zdaniem, gdy różnica cen jest tak duża, argument regionalnego pochodzenia przestaje mieć znaczenie.
Chrzan poległ już na starcie
Najnowszym nieudanym doświadczeniem była uprawa chrzanu. Tym razem problem pojawił się już na etapie produkcji.
– Nie mogłem sobie z nim poradzić. Chrzan rósł, ale jego jakość była słaba – mówi.
Plantację niszczyły norniki i chwasty, a zebrane korzenie nie miały oczekiwanej ostrości. Po jednym sezonie projekt został zamknięty.
Każda nowa uprawa dostaje trzy lata
Meyer podkreśla, że niepowodzeń nie należy traktować osobiście.
– Chcę być jednym z pierwszych, którzy oferują nowe produkty. A to oznacza, że trzeba próbować wielu rzeczy – mówi.
Wypracował własną zasadę polegającą na tym, że każda nowa uprawa dostaje trzy lata, by udowodnić swoją wartość.
Rok pierwszy – sprawdzenie, czy to w ogóle ma sens
Pierwszy sezon to czas eksperymentów. Rolnik ocenia, czy dana roślina nadaje się do uprawy w jego warunkach. Chrzan i imbir odpadły już na tym etapie, ale melony, bataty i orzeszki ziemne zdały pierwszy egzamin.
W tym czasie Meyer poznaje technologię produkcji, zdobywa materiał siewny i szuka potencjalnych odbiorców m.in. w Hamburgu i Hanowerze.
– Próba musi być na tyle duża, żeby można było wyciągnąć wiarygodne wnioski – podkreśla.
Melony testował na powierzchni 1 ha. W przypadku bardziej ryzykownych orzeszków ziemnych wystarczyło 200 m2.
– Testowanie w kilku doniczkach nie ma sensu – dodaje.
Rok drugi – poprawianie błędów
Jeżeli pierwszy sezon zakończy się sukcesem, przychodzi czas na optymalizację. Rolnik zwiększa obsadę, zmienia rozstaw rzędów, wybiera lepsze stanowiska lub udoskonala nawadnianie.
– Chodzi o to, żeby zwiększyć zbiory i jednocześnie obniżyć koszty – wyjaśnia.
Rok trzeci – decyzja o przyszłości
Po trzech latach Meyer zna już rzeczywiste koszty produkcji.
– Dopiero wtedy mogę zaoferować produkt po cenie, która ma ekonomiczne uzasadnienie – mówi.
Jeśli znajdzie odbiorców gotowych zapłacić odpowiednią cenę, rozwija produkcję. Jeśli nie, szuka możliwości przetworzenia surowca. Niektórym uprawom daje jednak więcej czasu.
– Szczególnie zależy mi na orzeszkach ziemnych. Jestem gotów utrzymywać je jeszcze przez czwarty czy piąty rok, nawet jeśli początkowo przynoszą straty – przyznaje.
Na eksperymenty przeznacza 5000 euro rocznie
Rolnik ustalił również własny limit finansowy.
– Każdego roku przeznaczam ok. 5000 euro na nowe próby. Dzięki temu ewentualna porażka nie boli aż tak bardzo – mówi.
Nie analizuje też utraconych korzyści.
– Nie ma sensu zastanawiać się, ile zarobiłbym na kukurydzy czy kolejnym hektarze szparagów – dodaje.
Najtrudniejsza jest sprzedaż
Nawet udana uprawa nie gwarantuje sukcesu. Kluczowy okazuje się rynek.
Meyer prowadzi sprzedaż bezpośrednią i współpracuje z restauracjami. Gdy pojawia się nowy produkt, najpierw rozdaje próbki.
– Na początku zarabia się dokładnie zero euro – przyznaje.
Jego zdaniem rynek trzeba budować stopniowo.
– Jeśli wyprodukujesz więcej, niż jest w stanie przyjąć rynek, sam sobie szkodzisz – ostrzega.
Bataty: od porażki do kontraktu
Najlepszym przykładem są bataty. Roczne zbiory Meyera wynoszą ok. 30 ton. Jak podkreśla, już sprzedaż kilku ton do kilku warzywniaków w rejonie Hamburga wystarcza, by nasycić lokalny rynek na wiele tygodni.
Kiedy rozpoczynał produkcję, inny rolnik jednorazowo wyprodukował aż 250 ton.
– To było zdecydowanie za dużo. Zrujnował ceny – wspomina Meyer.
Znaczna część zbiorów trafiła prawdopodobnie do biogazowni.
Rok później konkurent zrezygnował z produkcji, a Meyer – po wcześniejszych problemach – również nie miał batatów. Odbiorcy zostali bez towaru.
W efekcie w kolejnym sezonie jeden z kupców zaproponował mu kontrakt na dostawę 20 ton po ustalonej cenie.
– Nie można poddawać się zbyt szybko – podsumowuje.
Każda próba czegoś uczy
Rolnik podkreśla, że doświadczenia zdobyte przy jednej uprawie można wykorzystywać przy kolejnych.
Technologię uprawy na redlinach, stosowaną wcześniej przy szparagach, wykorzystał później przy imbirze, batatach i orzeszkach ziemnych. Maszyny również znajdują nowe zastosowanie.
Do zbioru batatów przerobił holenderski kombajn do tulipanów.
– Jestem prawie pewien, że sprawdzi się także przy orzeszkach ziemnych – mówi.
Z kolei zużyta folia do szparagów okazała się wystarczająca, by stworzyć korzystny mikroklimat dla roślin ciepłolubnych.
– Gdybym zbyt dokładnie analizował wszystkie wymagania nowych gatunków, pewnie nigdy bym ich nie posadził – śmieje się.
Sezam i kolejne pomysły
W tym roku Meyer testuje uprawę sezamu. Chce sprzedawać go jako surowiec, produkt prażony lub tłoczyć z niego olej.
Podobny model zamierza rozwijać w przypadku orzeszków ziemnych. Zamiast oferować je wyłącznie jako przekąskę, planuje produkcję oleju, a makuchy przekazywać producentom lodów. Rolnik nie obawia się konkurencji.
– Gdyby rolnicy częściej współpracowali, mogliby wspólnie tworzyć atrakcyjne regionalne produkty i ograniczać koszty – uważa.
Jak dodaje, chętnie dzieli się swoimi doświadczeniami.
– Żeby nisza naprawdę zaczęła działać, potrzebni są partnerzy – podsumowuje.
oprac. Justyna Czupryniak-Paluszkiewicz na podst. topagrar.com
