Gradobicie w gm. Sadlinki na Pomorzu
Grad nie padał równo, przeszedł pasem przez teren kilku wiosek: Sadlinki, Białki, Rozpędziny i część Olszanicy znajdujących się na terenie gm. Sadlinki serca pomorskiego zagłębia warzywniczego.
*na prośbę rozmówcy nie ujawniamy jego danych osobowych
Jak mówi rolnik z Nowego Dworu (gm. Kwidzyn), który gospodaruje na gruntach położonych w gm. Sadlinki, podczas gradobicia ucierpiały różne uprawy warzyw m.in. kapusty, tytoniu czy kukurydzy, marchwi czy cebuli dymki.
– Najbardziej ucierpiały plantacje warzyw, które były założone na początku maja. One są obecnie w fazie dwóch lub trzech liści i na nich szkody są widoczne najbardziej – twierdzi.
Z jego relacji wynika, że opady nie były równe, a stopień zniszczenia upraw w poszczególnych gospodarstwach jest różny.
– Jednemu zniszczyło cebulę, drugiemu kapustę. Grad był spory. Z jednej strony są plantacje, na których straty wynoszą ok. 5-10%, a są takie, na których strata to nawet 80% – mówi.
Cebula dymka jak po przejeździe kosiarki bijakowej
W gospodarstwie naszego rozmówcy grad wyrządził największe szkody w uprawie cebuli dymki.
– Cebula dymka wygląda tak, jakby ktoś przejechał po niej kosiarką bijakową. Straty są na poziomie 70-80% – przyznaje.
Rolnik: „Ubezpieczyciel nie uznał ulewy”
Jak wspomina rolnik, od 3 lat przez pomorskie zagłębie warzywnicze na początku czerwca przechodzą nawalne deszcze, a uzyskanie odszkodowań z ubezpieczalni graniczy z cudem.
– Od 3 lat, co roku, mamy podobnie. W 2024 r. również 7 czerwca przez gm. Sadlinki przeszła nawałnica. Wtedy nie było gradu, ale spadł ulewny deszcz, którego ubezpieczyciel nie uznał za ulewny, bo padał za długo. Wtedy w ciągu 24 godz. spadło ok. 200 l deszczu na metr kwadratowy – wspomina.
Rolnik przestał ubezpieczać uprawy
Jak wyjaśnia rolnik, teren gm. Sadlinki, na którym znajdują się jego grunty, jest płaski.
– Mamy gospodarstwa w dawnej Dolinie Wisły. Jeślibym miał ubezpieczyć 50 czy 70 ha, to kosztowałoby mnie to średnio od 30 do 40 tys. zł, bo tyle kosztuje ubezpieczenie marchwi, pietruszki, brokułów, fasolki czy groszku – kalkuluje.
Przyszedł nawalny deszcz, a szkód nie było?
Brak wypłacenia odszkodowania w sytuacji, gdy spada 200 l deszczu na metr kwadratowy wydaje się podejrzane. Zdaniem rolnika sprawa jest jednak prosta.
– Jeśli przychodzi nawalny deszcz, spada 200 l/m2, a szkód nie ma, to o co chodzi? Rowy były pełne, kanały pełne, na polach stała wielka woda, nie można było rozróżnić, gdzie jest rów, a gdzie pole i mimo tego stwierdzono, że deszcz nie był nawalny. Dlaczego? Nie stwierdzono wypłukania korzeni, bo nie ma osuwisk ziemi. Na płaskim terenie coś takiego się nie wydarzy – twierdzi.
Jego zdaniem ubezpieczalnie wykazują brak zrozumienia dla specyfiki terenu.
– Ubezpieczalnie nie potrafią tego zrozumieć i za każdym razem odmawiają ubezpieczeń. Ubezpieczenia nie mają sensu, chociaż mamy obowiązek ubezpieczenia 50% upraw – ocenia.
Seler zmarzł, odszkodowania nie było i rolnik poszedł do sądu
Rolnik przyznaje, że problem wypłaty odszkodowań istnieje nie tylko w przypadku deszczu nawalnego, ale również w przypadku przymrozków. Wspomina, że jednego roku zmarzła mu niemalże cała plantacja selera i choć rzeczoznawca ocenił, że straty wynoszą 95%, odszkodowanie nie zostało mu wypłacone.
– Rzeczoznawca z firmy ubezpieczeniowej oszacował szkodę na poziomie 95% i faktycznie tak było, na 100 roślin zostały 2-3, które nie były uszkodzone. Zrobił zdjęcia, nagrał film i po miesiącu dostałem pismo z ubezpieczalni, że odszkodowanie mi się nie należy ze względu na to, że spadek plonu nie jest większy niż 10%. Nie zapłacili mi dlatego, że musieliby wypłacić 300 tys. zł odszkodowania. Oddałem sprawę do sądu, ale pieniędzy nie zobaczyłem do dziś – nie ukrywa.
Czytaj dalej pod galerią zdjęć:
Były przymrozki, a potem powódź – jedno wykluczyło drugie
Jak wspomina rolnik, w roku 2024 wystąpiły również wiosenne przymrozki. Wówczas komisja gminna oszacowała straty na poziomie 50-55% i tak rezultat uwzględniono w protokołach. Kiedy w lipcu przyszła powódź i spadło ok. 220 l wody na metr kwadratowy, a komisje ponownie ruszyły w pole, okazało się, że jedno zjawisko wyklucza drugie.
Wówczas okazało się, że szkody spowodowane przymrozkami i powodzią nie mogą być rozpatrywane łącznie. Działki, na których wcześniej oszacowano straty wynikające z wymarznięć na poziomie około 55%, zostały automatycznie wyłączone z późniejszego szacowania szkód powodziowych, niezależnie od tego, czy rolnik przesiał plantację po przymrozkach, czy nie.
– Jednocześnie nie otrzymaliśmy odszkodowania za szkody spowodowane wiosennymi przymrozkami. Uzasadniano to tym, że w przypadku upraw warzywnych odszkodowanie nie przysługuje, ponieważ, zdaniem odpowiednich instytucji, warzywa powinny być wysiewane dopiero po 15 maja. W efekcie poniesione przez nas straty nie zostały zrekompensowane ani z tytułu przymrozków, ani z tytułu późniejszej powodzi – wspomina.
Rolnik dostał odszkodowanie tylko za straty powstałe w uprawie kukurydzy na ziarno.
– Dostałem parę groszy za kukurydzę na ziarno, bo ona wchodziła w grę, a za fasolkę szparagową, której straciłem 15 czy 20 ha i 10 ha marchewki, nie dostałem nic – dodaje.
Rolnicy nie mają siły na walkę z ubezpieczalniami
W ocenie rolnika coraz więcej producentów rolnych rezygnuje z ubezpieczeń upraw, ponieważ po pierwsze ich na to nie stać, a po drugie i tak nie dostaliby odszkodowania, bo zawsze znalazłoby się jakieś: „ale”.
– Podejrzewam, że część rolników zaczyna sobie odpuszczać, bo nie ma sensu walczyć z ubezpieczalniami – kończy.
Rolnicy mogą składać wnioski do gminy
Rolnicy, których uprawy ucierpiały podczas gradobicia, które przeszło nad gm. Sadlinki mogą już składać wnioski o powołanie komisji szacującej straty.
– Rolnicy mogą już składać wnioski o powołanie komisji szacujących straty, jeśli uważają, że takie wystąpiły. Czekamy na wnioski, na razie żaden nie został złożony – poinformował wydział Ochrony środowiska, gospodarki komunalnej i rolnictwa Urzędu Gminy w Sadlinkach.
Justyna Czupryniak-Paluszkiewicz
