O tym, że ukochali pracę na roli, może świadczyć chociażby to, iż pracują codziennie. Swój gospodarski sukces zawdzięczają codziennej, żmudnej pracy. Wystarczy powiedzieć, że od kiedy zajęli się gospodarstwem, nie byli ani razu na urlopie.
Ojciec pana Czesława zaczynał w starym, rozlatującym się i rozgrabionym domu po II wojnie światowej. Wtedy gospodarstwo miało zaledwie kilkanaście arów i cztery krowy w małej obórce. Trzy siostry pana Czesława wyjechały za chlebem do miasta, zaś on został na wsi. Przykład i naukę brał od swojego ojca, który stopniowo kupował ar po arze ziemi. Pan Czesław, podobnie jak senior rodu, całkowicie poświęcił się ziemi i dbał o nią jak o skarb, bo takim dla prawdziwego gospodarza i rolnika jest ziemia, która daje plony i żywi. Początki nie były łatwe. Choćby dlatego, że jeszcze dziś pamięta pierwszą asfaltową drogę, którą do najbliższego miasta wybudowano w tym rejonie dopiero w 1956 roku.
Choć rolnik gospodaruje na słabych gruntach, to osiąga dobre wyniki
Jednak Czesław Mrówka nie miał i nie ma łatwego zadania także z zupełnie innego, wręcz podstawowego powodu, gdyż górskie tereny nie obfitują w najlepsze gleby. Gospodarz musi radzić sobie od początku na ziemiach najniższych klas, czyli IV, V i VI. Paradoksalnie nie jest to chyba największą przeszkodą, gdyż może się pochwalić wieloma sukcesami, gdyż o ziemię po prostu dba.
– Nie jestem zwolennikiem chemii i dlatego prawie w ogóle nie stosuję oprysków. Ograniczyłem ją do minimum. Zdecydowałem się tylko na opryski na chwasty oraz wspomagam rośliny saletrą. I w tym roku pszenżyta miałem 8 ton z hektara. To przecież dobry wynik. Stosuję obornik i jeszcze raz obornik, który daje też w efekcie próchnicę i w tym roku na V, VI klasie miałem takie plony. Niestety, jest coraz więcej miotły, więc będę musiał poszukać innego środka, ale to raczej wszystko – opowiada pan Czesław.
Gospodarz postawił na odporne na trudne warunki montbeliardy
Na własnym oraz dzierżawionym areale uprawia tylko na potrzeby paszowe dla stada kukurydzę, pszenżyto i jęczmień. Przed laty wybrał do hodowli krowy rasy montbeliarde, gdyż są wytrzymałe i dobrze znoszą górskie warunki. Choć są trzymane w oborach, mają stały, całoroczny dostęp do wybiegu.
U pana Czesława przydaje się większa odporność na niekorzystne warunki środowiska czy lepsze wykorzystanie słabszych pasz. Nie jest to rasa o wybitnej wydajności mlecznej, ale średnio uzyskuje około 8 tys. kg mleka w laktacji. W dwóch oborach ściółkowych dla bydła mlecznego i mięsnego jest stale około 400 sztuk, ale bywa, że stado rośnie niemal do 500 sztuk. Rolnik jest zwolennikiem własnej hodowli i nie kupuje zwierząt z zewnątrz. Wszystkie sztuki odchowuje u siebie.
Uprawy na polach niszczą sarny i dziki, a w Bobrze grasują bobry
Kłopotów, jak to w gospodarstwie, jest zwykle sporo. Chociażby tych z naturą. Rolnik dba o nią, o czym świadczy minimalne zużycie herbicydów, ale niestety musi się także od niej odgradzać. To specyfika regionu, gdzie jest coraz więcej dzikiej zwierzyny niszczącej plony. Ta sytuacja spowodowała, że pola, na których uprawia kukurydzę, musiał w ogromnej części, szczególnie te w pobliżu lasu, ogrodzić siatką.
– Byłem zmuszony ogrodzić już 50 ha ziemi, na której jest przede wszystkim kukurydza. To dla mnie poważna inwestycja, ale inaczej na polu mało by zostało. Ogrodzenie jest z siatki leśnej. Niestety, tego, że nas zwierzyna po prostu zjada, nikt nie widzi. Tu pod nasz dom we wsi przychodzą sarny, a jelenie czy dziki przed polami zatrzymuje siatka – opowiada Mrówka i śmieje się, że jak na razie jest pancerna, ale leśna zwierzyna nawet i ją potrafi sforsować.
Inny, także naturalny problem, to bobry na Bobrze, które niszczą pola leżące na styku z rzeką, bo budują na niej tamy i woda zalewa grunty.
– Dostałem zgodę od Wód Polskich na wycinkę drzew w korycie rzeki, bo mam ciągle zalewane pola. Bobry na Bobrze budują tamy na potęgę. Takich problemów nikt nie zauważa – opowiada pan Czesław.
Wbrew wszystkim przeszkodom i trudnościom rolnik ciągle rozwija gospodarstwo, które pochłania kolejne pieniądze na inwestycje, oczywiście w ziemię. Jednak dzięki temu Mrówka może się na przykład pochwalić zdrenowaniem wszystkich 300 ha ziemi, które do niego należą.
Rodzina w domu pielęgnuje tradycję, to co może produkuje samodzielnie
Dzięki ciężkiej pracy i życiu trochę w głuszy w domu są prawie wyłącznie swojskie produkty.
– Chleb na zakwasie ze starego, węglowego jeszcze pieca przywożę z pobliskiej piekarni. To zupełnie inny chleb niż ten kupowany w sklepach. Takich ludzi, takich piekarzy za taki chleb powszedni trzeba teraz po rękach całować, wspierać i kupować u nich – podkreśla pan Czesław.
Lepsza połowa małżeństwa, pani Małgorzata, także dba o wiejskie przysmaki. Jest ekspertką od świeżej i naturalnej żywności. W swoim menu ma dla domowników chyba wszystko – od kiszonek z ogórków czy kapusty, poprzez pełny asortyment najróżniejszych przetworów z owoców, a na najróżniejszych przetworach z ziół czy octach skończywszy.
To wszystko rodzi i daje przydomowy ogród albo pobliskie pole nawożone naturalnie obornikiem.
Jej spiżarnia jest pełna najlepszej jakości produktów nie tylko latem. Mogą ich pozazdrościć najlepsi kucharze.
Tam niczego nie brakuje i nie zabraknie, bo od orzechówki dobrej na jesienne przeziębienie, przez octy z różnych owoców, a skończywszy na całym asortymencie ziół z pobliskich pól albo ogrodu. Ostatnio hitem domowego stołu są własne ogórki po meksykańsku. Pani Małgorzata wykorzystuje nie tylko popularną dziką różę, ale także liść brzozy, krwawnik, pokrzywę. Kiedyś podobne delicje były dostępne na targowiskach, które, jak mówią gospodarze, zlikwidowano.
– Stare targowiska były bardzo pożyteczne. Korzystali z nich rolnicy, którzy sprzedawali swoje produkty, i mieszkańcy miast w regionie. Tam właśnie gospodarze sprzedawali najświeższe produkty, począwszy od nabiału, przez warzywa i owoce, a kończąc na mięsie – mówi pan Czesław. I dodaje: – Nikomu to nie szkodziło, ludzie byli zdrowi i zadowoleni. A teraz technika zrobiła ludziom zamęt w głowie. Teraz jak mam jechać do miasta, to jestem chory. W tym roku byłem chyba trzy razy. Może jestem zdziczały, jak mówi żona, ale tak jest.
– Jestem kobietą ze wsi, całe życie w ogrodzie, na polu, w oborze – mówi pani Małgorzata. – Na wsi jest po prostu pięknie, bo jest wiele możliwości, jest ogród, który jest pięknym miejscem do spędzania wolnych chwil, ale także naszą spiżarnią. Jednak nikt nie zauważa tego, że zawsze jest coś za coś. To się samo nie zrobi, cały lato ludzie leżą na plaży, a ja całe lato sieję, przerywam, plewię i stoję przy kuchni, żeby zrobić przetwory. Ale kocham naturę, przyrodę, swoje obejście i ogród. Tu jest piękne i prawdziwe życie.
Przeczytaj także
W kuchni obok płyty indukcyjnej stoi tradycyjny piec opalany drewnem
Na tym jednak nie koniec, gdyż pani Małgorzata jest nowoczesną kobietą i ma kuchnię indukcyjną. Jednocześnie jest szczęśliwą posiadaczką starego pieca ogrzewanego drewnem.
– Jak palimy w tym piecu i trzeszczy w nim ogień, kiedy siądzie się po pracy i pije herbatę z róży wieczorem, to jakby tam była druga osoba – zachwyca się pan Czesław.
Dbają o swoją historię.
Pan Czesław żartuje, że ma u siebie też osobisty skansen. To stara obórka, gdzie stały jeszcze za czasów seniora rodu cztery krowy. Dziś ten obiekt się rozlatuje, ale w przyszłym roku gospodarz planuje jego gruntowny remont.
– Wcześniej zrobię pełną dokumentacje zdjęciową tej obórki. Może ktoś będzie chciał wiedzieć, jak kiedyś pracowało się na wsi, jak hodowało bydło – wspomina pan Czesław. – To nasza pamiątka, wspomnienie, może trochę kapsuła czasu ówczesnego rolnictwa.
Historia i tradycja to rzeczywiście drugie hobby małżeństwa, gdyż wspólnie z lokalną społecznością dbają także o starą wiejską kapliczkę, która niedawno została odremontowana. To nie tylko obiekt religijny, ale również zabytek z końca XVIII wieku. Dziś dzięki staraniom miejscowej społeczności pani Małgorzata wspólnie z kilkoma innymi paniami ze wsi dba o to dziedzictwo. Kapliczka jest także miejscem majowych nabożeństw i wspólnego odmawiania Różańca.
Czesław Mrówka został we wsi sam, jako rolnik
Niestety historia Małgorzaty i Czesława Mrówków – przynajmniej na razie – nie ma szczęśliwego zakończenia.
– Zostałem sam jeden, jeden rolnik we wsi, w sąsiedniej też już nie ma żadnego – relacjonuje w zadumie gospodarz. – Kiedyś było wielu rożnych gospodarzy, z większym czy mniejszym areałem i z różną, bardzo różnorodną produkcją. Teraz jak jadę na pole, to jest mi po prostu smutno. Teraz tylko mój ciągnik chodzi, nie ma żywej duszy. A jeszcze niedawno w sąsiednich wsiach było przynajmniej po kilku rolników. Zostałem sam. Taka sytuacja nie jest dobra, to nie wróży nic dobrego.
Uważa, że młodzi nie będą pracowali na roli przy bydle, nie tylko dlatego, że dziecko z miasta nie wie, jak krowa wygląda i większość wolnego czasu spędza ze smartfonem, nie zaś blisko natury. Jego zdaniem decyduje o tym też wiele innych czynników, choćby trud, jaki trzeba wkładać w pracę na roli, a szczególnie ten codzienny przy bydle.
– Nigdy nie byłem zwolennikiem Unii, choć nie mogę powiedzieć, żeby dopłaty były złe, ale Unia trochę jak komuna ma i dobre, i złe strony – analizuje rolnik. – Nie wszyscy, ale wielu, bardzo wielu w miastach nie rozumie pracy na wsi i nie docenia trudu rolnika. Tych, którzy tak mówią i myślą, zapraszam do mnie na trzy dni do pracy, żeby zobaczyli pracę przy bydle.
Gospodarz wie co robić, żeby w glebie było życie
Codzienność gospodarz musi dzielić nie tylko między pole i krowy w oborze, lecz także coraz większą biurokrację. I stanowczo to krytykuje.
– Każdy kraj powinien się rządzić swoimi prawami, a tu durne zapisy, że obornik mam wozić tylko do końca października na orne pole. Niech ktoś z Unii przyjdzie i powie, co zrobić, bo ta sterta obornika, którą mam na płycie, nadal nie jest wywieziona, bo cały październik lał deszcz i nie mogłem wjechać w pole. Co ja mam w takiej sytuacji zrobić? Kiedyś w zimie woziło się obornik na pola, bo ziemia była zamarznięta. Potem na wiosnę, kiedy puszczały mrozy, wszystko wsiąkało w ziemię, a te unijne głupoty, zazielenienia, cuda na kiju to niszczą. Jak gdzieś bardzo intensywnie uprawiają, to może przydadzą się jakieś niewielkie ograniczenia czy regulacje, ale rolnicy i tak sami wiedzą, co mają robić. Ja z V czy VI klasą ziemi co mam zrobić? Tutaj nic nie chciało rosnąć, ale teraz kukurydzę mam po trzy metry, gdyż doprowadziłem ziemię do dobrej kultury. Przez lata dawałem obornik. Teraz tam jest życie, które widać, przecież oni zielonego pojęcia nie mają, co zrobić, żeby tam było życie.
Pan Czesław uważa, że rolnicy powinni kupować przede wszystkim polskie maszyny
Czesław Mrówka zwraca też uwagę na techniczne elementy gospodarstwa. Jest zwolennikiem krajowych maszyn. Jego park maszynowy jest kompletny – ma wszystkie niezbędne maszyny i urządzenia.
– Kupiłem kilka lat temu polski opryskiwacz, a teraz nabyłem polski rozrzutnik, aż dwudziestotonowy. Firma specjalizuje się w nich, produkuje także wozy paszowe. To polska produkcja. Kupiłem też polską zgrabiarkę. Od kilku lat działa bez problemu. Na szczęście nasze zakłady się odbudowują. Polskie maszyny są bardzo dobre. Nasz przemysł się odradza jak życie na polu – rozważa gospodarz. I pointuje: – My jako naród Unię byśmy wyprzedzili, gdyby nie ograniczające przepisy. Rząd powinien słuchać rolników i dbać, żeby rolnictwo było polskie.
– Jeśli dożyję starości, to na kolanach, ale będę to robił, z zamiłowania do ziemi. Wiem, że Pan Bóg dał mi jakieś zlecenie. Co się stanie z tą ziemią, jak mnie zabraknie, bo zostałem sam? Nie wiem. Na razie przychodzą do mnie inni, więc biorę, co mogę, w dzierżawę i sam uprawiam – opowiada pan Czesław.
Tak smutną relację potwierdzają sąsiedzkie statystyki w regionie, gdyż tylko w powiecie kamiennogórskim w ubiegłym roku zamknęło się aż szesnaście gospodarstw rolnych.
– Żeby tylko nie dyktowali nam, co mamy robić, bo my bardzo dobrze wiemy to sami. Wiem, co i gdzie mogę posiać, co i gdzie się urodzi, a co nie – zaznacza rolnik.
Być może właśnie dlatego przyszłość rolnictwa w Polsce Mrówka widzi raczej w ciemnych barwach. Małżeństwo ciągle nie traci jednak nadziei na poprawę sytuacji, bo ich córka wraca z emigracji z Niemiec z mężem do rodzinnego gniazda, choć nie jest to para rolników. Już czeka na nich dom w sąsiedztwie i chociaż nie chcą pracować na roli, to jednak pan Czesław ma nadzieję, że prawdziwa wieś ich wciągnie swoją naturą.
Liczy też, że podobnie może się stać z dwoma nastoletnimi synami, którzy pomagają obecnie w gospodarstwie, ale ciągle się zastanawiają, czy swoją przyszłość związać z rolnictwem.
Artur Kowalczyk
fot. A. Kowalczyk
