Bioróżnorodność w cieniu dzikich zwierząt
Monika Szymańczak-Siemiątkowska wraz z mężem Danielem prowadzi bioróżnorodne gospodarstwo rolne, w którym, jak sama nazwa wskazuje, prowadzonych jest wiele upraw ekologicznych. Rolnicy uprawiają owoce, warzywa, zboża i zioła. Z owoców i warzyw zebranych w gospodarstwie wyrabiają naturalne przetwory owocowe i warzywne, takie jak soki, dżemy, musy, a nawet octy. W ramach bioróżnorodności posiadają również zwierzęta.
Produkowane przez siebie owoce i warzywa oraz produkty z nich wytworzone sprzedają w ramach Rolniczego Handlu Detalicznego, a także w ramach warszawskich kooperatyw spożywczych. W sezonie, w świeże produkty, można zaopatrzyć się również w gospodarstwie zlokalizowanym w powiecie grójeckim (gm. Pniewy) – Michrowska Piwniczka.
Jak mówi rolniczka, żyją w zgodzie z naturą i wszystko co produkują jest najwyższej jakości.
Zobacz FOTO i czytaj dalej:
Niestety, prowadzone przez nich uprawy są notorycznie niszczone przez dziki oraz inne zwierzęta dziko żyjące.
Najpierw maliny zmarzły, a potem przeryły je dziki
W tym sezonie najbardziej ucierpiały maliny, których w gospodarstwie jest ok. 1 ha. Niestety, przymrozki, które przetrzebiły sady, nie ominęły również gospodarstwa Siemiątkowskich. Niskie temperatury wahające się od -4 do -8°C doprowadziły do wymarznięcia deserowych malin letnich i jesiennych, czerwonych, czarnych i żółtych. Chcąc ratować plantację, mąż rolniczki skosił malinę jesienną, mając nadzieję, że roślina jeszcze się odrodzi.
Wszystko mogło pójść zgodnie z planem, gdyby nie dziki, które przyszły na plantację i powyrywały karpy.
– Dziki po prostu przyszły i wyrwały karpy, bo szukały robaków, których tam de facto raczej nie ma, chyba najbardziej przyciąga je obornik. W miejscach, w których maliny zostały poderwane, one po prostu uschły – mówi Szymańczak-Siemiątkowska i dodaje, że obornik koński stosowany z uwagi na specyfikę gospodarstwa bioróżnorodnego prawdopodobnie stanowi dla dzików dodatkową zachętę do żerowania w plantacji.
Zobacz FOTO i czytaj dalej:
Rolniczka przyznaje, że dopóki korzenie pozostawały nienaruszone, była szansa na zbiór malin, które stanowią jedną z głównych roślin dochodowych w bioróżnorodnym gospodarstwie.
– Mąż skosił maliny po przymrozkach z nadzieją, że do sierpnia jeszcze odbiją, ale przyszły dziki i wszystko zryły. Jeśli malinę jesienną zetnie się we wczesnej fazie, to powinna odbić. We wszystkich uprawach jest rozłożone nawodnienie. Jednak jest taka susza i jest tak gorąco, że to wszystko paruje i nie ma nic, a dziki przyszły i jeszcze bardziej uszkodziły te uprawy. Nawet zgryzły listki z góry. Na malinie zależało mi najbardziej, gdyż mamy na nią duże zamówienia – dodaje.
Te krzaki malin, które udało się uratować, zostały przesypane obornikiem i okryte, żeby korzenie nie pozostawały na wierzchu.
– Dziki przychodzą codziennie. Po okryciu nie było nowych śladów, ale to nie znaczy, że nie wrócą. W lesie nie ma co jeść, jest sucho i szukają różnych możliwości – przyznaje.
Dalsza część artykułu pod materiałem WIDEO:
Dziki niczego się nie boją
Rolniczka przyznaje, że dziki przychodzące do ich gospodarstwa są bardzo udomowione i nie działa na nie ani popularny preparat odstraszający ani elektryczny pastuch, który zwyczajnie zrywają, a pod ogrodzenia próbują się podkopywać.
– To nie są miejskie dziki, one powinny się bać człowieka, ale się nie boją i nic nie robi na nich wrażenia – przyznaje.
Zobacz FOTO i czytaj dalej:
O stopniu udomowienia dzików świadczy to, że maliny były posadzone na polu przylegającym do posesji, w zwartej części wsi.
– Może to nie jest dom przy domu, ale to nie jest pole oddalone od wsi, jednak w sąsiedztwie znajduje się las – dodaje.
Jak wskazuje rolniczka, dziki przychodzą nie tylko szukać pożywienia, ale również napić się wody.
– Dziki uszkadzają instalację nawadniającą plantacje, dlatego że one przychodzą nie tylko po to, żeby się pożywić, ale również napić, bo jest sucho. W oborniku szukają różnych organizmów i chętnie podgryzają korzonki, szukają sobie smaczków – mówi.
Co więcej, po zimie wylegiwały się między jabłonkami znajdującymi się blisko drogi.
– Jednej sąsiadce zryły ogródek, bo nie miała ogrodzenia. U nas w sadach bez względu na to, czy rosły w nich jabłonie, wiśnie czy czereśnie, wszystko zryły. Mój ojciec musiał to równać grabkami, bronami i walcem, ale na szczęście jabłonkom nic się nie stało – opowiada.
Zobacz FOTO i czytaj dalej:
Rolnicy oddali dzikom i bobrom łąki
Szymańczak-Siemiątkowska nie ukrywa, że wrzucone przez nią do sieci nagranie szkód wyrządzonych w plantacji malin spotkało się z krytycznym odbiorem społeczeństwa, które nie widziało nic złego w tym, że zwierzęta weszły w szkodę rolnikom. Pojawiła się również narracja, że rolnicy niczego nie robią dla dzikich zwierząt. Tymczasem Siemiątkowscy oddali dzikom i bobrom łąki, ponieważ ich działalność była na tyle inwazyjna, że łatwiej było zrezygnować ze zbioru traw.
– Ludzie piszą, że rolnik nic nie poświęca dla zwierząt. Nasze łąki w 100% są poświęcone dzikom i bobrom – mówi.
Dalsza część artykułu pod materiałem WIDEO:
Bobry się podkopują, łosie przychodzą na jabłka, a zające na korę drzew
Rolniczka przyznaje, że po tym, jak przesadziła z łąki czarny bez, który również zasmakował bobrom, te chwilowo się wyprowadziły na pobliskie bagna i w bieżącym roku nie było z nimi problemów. Za to poprzedniej jesieni w pobliskiej wiosce jeden sad jabłonkowy całkowicie skosiły.
– Jakiś czas temu mieliśmy tam posadzony bez czarny i został tak uszkodzony, że to, co zostało, przesadziliśmy w ogrodzone podwórko – wspomina i dodaje, że i tak próbowały się podkopywać.
Zające również doskwierają rolniczce.
– Pierwszy raz w życiu zające obgryzły nam stare jabłonki – opowiada.
Zobacz FOTO i czytaj dalej:
Jakby tego było mało, do sadu przychodzą również łosie.
– Łosie przyszły w tym roku do sadu, tak samo, jak w zeszłym, ale że nie wyrządziły znaczących szkód, to nawet tego nie zgłaszaliśmy. Za to w zeszłym roku Urząd Marszałkowski się poczuł i wypłacił nam odszkodowanie za szkody przez nie wyrządzone – wspomina.
Gołębie grzywacze, dzikie i domowe zjadają zboże i strącają borówki
Co więcej rolnicy mają również problem z dzikimi gołębiami grzywaczami, które nie tylko plądrują im plantacje zbóż, ale również strząsają borówki.
– Nigdy w życiu nie zebraliśmy borówki w takiej ilości, żeby móc się nią z kimś podzielić. Co roku przylatują gołębie, siadają na gałęziach, wszystko spada na ziemię i po borówkach. Nawet nie ma się czym chwalić, jeżeli chodzi o borówki – opowiada.
Grzywacze połasiły się nawet na świeżo zasianą dynię.
– Posiałam dynię w rządkach dla klientów sklepu. Wszystkie rzędy z dynią mi rozgrzebały. Rękę bym sobie dała uciąć, że tego nie wydziobią. Wiadomo, że zboże, ale skąd one wiedziały, że ja w rządkach posiałam dynię? – zastanawia się.
Dalsza część artykułu pod materiałem WIDEO:
Jastrzębie zadziobują indyki, szpaki nie boją się armatek
Z relacji Szymańczak-Siemiątkowskiej wynika, że nad plantacjami rozciąga się pastuch i drut kolczasty, bo zwierzęta przechodziły też górą. Kiedyś rolnicy stosowali siatki zabezpieczające, ale z uwagi na to, że drobne ptactwo np. zimorodki zaplątywały się w nie, zrezygnowali z ich używania, bo było im ich szkoda.
– Na własny użytek chowamy drób: kaczki, kury i indyki, dlatego te dzikie zwierzęta się schodzą. Teraz jastrzębie przylatują i potrafią wziąć i zadziobać dużego indyka. Wydziobać tylko płuca, a całą resztę zostawiają – relacjonuje i dodaje, że poza tym podkopują się również lisy.
Co gorsza, zagrożenie dla drzewek owocowych stanowią szpaki, które przestały bać się armatek hukowych.
– Pierwsze szpaki, które przyleciały, bały się armatek hukowych. A potem coś się stało i po kilku latach szpaki nauczyły się żyć z tymi armatkami, i w ogóle, absolutnie ten huk armatek przestał im przeszkadzać. Przestaliśmy walić armatkami, bo to nie miało sensu, szpaki były i armatki były, i to nie przynosiło żadnego efektu – tłumaczy.
Myśliwy robi, co może
Rolniczka przyznaje, że myśliwy z koła łowieckiego, któremu podlega teren gospodarstwa, robi, co może, by wspierać lokalnych rolników, ale musi stosować się do przepisów.
– Sama podjęłam kroki, żeby zapisać się do koła łowieckiego, bo tak dalej nie da się żyć, jeśli chcemy tu gospodarzyć – twierdzi.
Dyskryminacja gospodarstw bioróżnorodnych
Szymańczak-Siemiątkowska przyznaje, że jako rolniczka prowadząca gospodarstwo bioróżnorodne czuje się dyskryminowana, ponieważ w zeszłym roku nie należała jej się nawet pomoc przymrozkowa. Wszystko dlatego, że ogólny stopień wymrożenia poszczególnych upraw nie wyniósł 70%.
– Nie dostałam ani złotówki, pomimo tego, że nie zebraliśmy jabłek, gruszek, czereśni i mini kiwi, bo jesteśmy bioróżnorodni i uprawy się nam porozbijały. Nie dostajemy odszkodowania w takich sytuacjach – tłumaczy.
A do tego musi mierzyć się z całym przekrojem leśnego inwentarza, który notorycznie grasuje w uprawach pieczołowicie doglądanych przez nią i jej męża.
– Skoro mamy dać wolną rękę dzikom i innymi dzikim zwierzętom, niech może państwo i aktywiści się dołożą i zapłacą za straty przez nie wyrządzane – kończy.
Małżeństwo Siemiątkowskich nie zamierza się jednak poddawać i kontynuować rolniczy biznes, choć bez odpowiednich działań w zakresie redukcji pogłowia dzikich zwierząt nie będzie to łatwe.
Justyna Czupryniak-Paluszkiewicz
