Rolnik kupił gospodarstwo i myśli o rezygnacji z produkcji
Kazimierz Licznerski jest rolnikiem ze wsi Słomowo w gm. Sorkwity (pow. mrągowski, woj. warmińsko-mazurskie). W marcu 2024 roku kupił gospodarstwo liczące 3000 ha z hodowlą bydła rasy limousine liczącą wówczas 536 szt. Chciał je rozwijać i rozbudowywać stado, jednak jego plany pokrzyżowały liczne ataki wilków. Tylko w maju stracił 16 cieląt i jedną, ponad roczną, jałówkę.
– Każde zagryzione cielę to dla nas ogromna strata. Kilkumiesięczne zwierzę jest warte ok. 3 tys. zł, ale gdyby zostało odchowane do wieku odsadka, jego wartość wzrosłaby do 7 – 8 tys. zł. W przypadku starszych sztuk kwoty są jeszcze wyższe. To dochód, który tracimy bezpowrotnie – mówi Licznerski.
Ataki wilków trwają od maja
Aktualnie w gospodarstwie znajduje się ok. 770 szt. bydła rasy limousine, które od maja do listopada przebywa na pastwiskach. Niestety, po tym, jak stado zaczęło być atakowane przez wilki, konieczne okazało się spędzanie bydła na noc do obory.
– Wilki zaczęły atakować już w maju i wszystkie zagryzienia miały miejsce na pastwiskach. Najbliższy przypadek odnotowaliśmy zaledwie ok. 50 m od obory – mówi pracownica gospodarstwa zarządzająca stadem Anna Jamróz.
Jak przyznaje, informacji o tym, jak radzić sobie z drapieżnikami najpierw szukali w gminie, która skierowała ich do RDOŚ w Olsztynie.
– Zrobiliśmy wszystko, co zalecano. Pastwiska są ogrodzone elektrycznym pastuchem, rozwiesiliśmy fladry, prowadzimy nawet kilka objazdów dziennie. Reagujemy na każde niepokojące zachowanie stada. Mimo to wilki nadal atakują. Człowiek ma poczucie, że zrobił wszystko, a i tak nie jest w stanie ochronić zwierząt – mówi zrezygnowana.
Jak pogodzić dobrostan i ochronę stada przed wilkami?
Jamróz wyjaśnia, że paradoks całej sytuacji polega na tym, że bydło powinno korzystać z wypasu zgodnie z zasadami dobrostanu, a dla bezpieczeństwa trzeba zamykać je w oborze.
– Zwierzęta są zestresowane, szukają swoich cieląt i nie rozumieją, dlaczego nagle zostały zamknięte. Z jednej strony chronimy je przed wilkami, z drugiej obawiamy się problemów podczas kontroli dobrostanowych – przyznaje.
Wilki nie boją się ludzi?
W ocenie Jamróz wilki zupełnie przestały bać się ludzi.
– Zdarzało mi się stać kilkanaście metrów od zwierzęcia, które zagryzało cielę. Trąbienie, hałas czy uderzanie w samochód nie robiły na nim żadnego wrażenia. Podnosiło głowę i po chwili wracało do ataku – opowiada.
Nieskuteczne mają być również metody odstraszania proponowane przez RDOŚ.
– Zalecane przez RDOŚ metody odstraszania w praktyce się nie sprawdzają. Na zgodę na ich stosowanie czekaliśmy ponad miesiąc. Kupiliśmy dodatkowy sprzęt, światła, armatkę hukową, ale później usłyszeliśmy, że z wielu urządzeń nie możemy korzystać albo ich użycie jest bardzo ograniczone. Niektórych urządzeń można używać tylko kilka razy w określonym czasie, a w miejscach występowania chronionych ptaków działania trzeba wstrzymać. W praktyce pozostaje pytanie: jak mamy skutecznie chronić stado? – pyta rozgoryczona.
Czytaj dalej pod WIDEO:
Jamróz nie ukrywa również, że zakup wszystkich urządzeń do ochrony stada przed wilkami jest bardzo kosztowny.
– Wszystkie zabezpieczenia finansujemy z własnej kieszeni. Same fladry na 250 ha pastwisk to ogromny wydatek. Do tego dochodzą odstraszacze, światła, sprzęt i kolejne koszty. Tymczasem pomoc jest niewystarczająca, a każde kolejne rozwiązanie oznacza nowe wydatki dla gospodarstwa – dodaje.
Krowy w ciągłym stresie
Odszkodowania za straty spowodowane w stadzie Licznerskiego nie zostały jeszcze wypłacone. Jak jednak podkreśla Jamróz, w tej sytuacji nie chodzi tylko o pieniądze.
– Na odszkodowania wciąż czekamy, ale pieniądze nie rozwiązują problemu. Stracona jałówka miała zostać w stadzie i za dwa lata wydać potomstwo. Tego nie da się przeliczyć tylko na wartość zwierzęcia. Dochodzi jeszcze stres całego stada, który może prowadzić nawet do poronień u krów cielnych – wyjaśnia.
Analizując obecną sytuację na rynku wołowiny można szybko policzyć, że utrata 16 cieląt rasy limousine mogła kosztować rolnika średnio ok. 130 tys. zł.
– Kupujemy odsadki po ok. 25 zł/kg. Zwierzę ważące 300 kg kosztuje blisko 8 tys. zł. To ogromne pieniądze, ale jeszcze większym problemem jest luka, która powstaje w stadzie hodowlanym – dodaje.
Cielęta pokarmem dla wilków
Dotychczas jałówki były zostawiane na rozwój stada, a byki sprzedawane po odchowie. Teraz wiele wskazuje na to, że gospodarstwo może zrezygnować z produkcji.
– Dzisiaj zastanawiamy się, czy nie zacząć sprzedawać cieląt wcześniej i stopniowo wygaszać hodowli. W obecnej sytuacji mamy wrażenie, że wychowujemy cielęta po to, żeby stały się pokarmem dla wilków – twierdzi Jamróz.
Jak dodaje, ataki wilków powodują również upadki zwierząt z powodu stresu.
– Jedna z jałówek nie została bezpośrednio zagryziona. Wilki zagoniły ją do podmokłego terenu, gdzie z wyczerpania i stresu padła. Nie byliśmy nawet w stanie wyciągnąć jej z bagna. Później bardzo trudno udowodnić, że przyczyną śmierci był właśnie atak wilków – dodaje.
Rolnik nie wie, co robić
Licznerski przyznaje, że w obecnej sytuacji sam nie wie, co ma dalej robić.
– Sam już nie wiem, co robić. Jeżeli sytuacja się nie poprawi, trzeba będzie zastanowić się, czy w ogóle jest sens dalej prowadzić tę hodowlę. Straty są zbyt duże i przestaje się to opłacać. Utrzymujemy krowę przez cały rok, czekamy aż odchowa cielę, a później w jednej chwili wszystko przepada – kończy Licznerski.
W Słomowie problem nie sprowadza się już wyłącznie do wysokości odszkodowań. Jak podkreśla rolnik i jego pracownicy, jeśli nie pojawią się skuteczne rozwiązania pozwalające chronić stada przed wilkami, kolejne gospodarstwa utrzymujące bydło na rozległych pastwiskach mogą stanąć przed podobnym dylematem – ograniczyć produkcję lub całkowicie z niej zrezygnować. W ich ocenie bez zmian w systemie ochrony stad oraz szybszych i bardziej skutecznych działań wobec wilków prowadzenie hodowli bydła mięsnego na wielu terenach stanie się coraz trudniejsze.
Justyna Czupryniak-Paluszkiewicz
