Paweł Kuroczycki komentuje najnowsze informacje rolniczeAhm
StoryEditorkmentarz

Dziś zboże z Ukrainy, jutro mleko, mięso i jaja. Polscy rolnicy pójdą na pierwszy ogień

27.06.2026., 18:00h
Paweł KuroczyckiPaweł Kuroczycki

Ukraina po wojnie stanie się dla polskiego rolnictwa potężnym konkurentem. Czy grozi nam zalew taniej żywności ze Wschodu? Sprawdź, dlaczego Polska potrzebuje międzynarodowej koalicji oraz jak unijne przepisy i brak ochrony niszczą nasze bezpieczeństwo.

Ukraińskie rolnictwo a rynek w Polsce – czy grozi nam zalew taniej żywności?

Coś chyba ostatecznie pękło. Zamieszanie związane z nadawaniem ukraińskim jednostkom wojskowym imienia bohaterów UPA, reakcja polskich władz i odpowiedź strony ukraińskiej, a raczej jej brak pokazują, że po zakończeniu wojny i w trakcie akcesji naszego sąsiada do Unii Europejskiej, Ukraina nie będzie naszym sprzymierzeńcem a stanie się wręcz konkurentem. Jako że jedyna gospodarka, jaka jej została (oprócz przemysłu zbrojeniowego) to gospodarka rolna, więc rolnictwo pójdzie na pierwszy ogień. Nie trudno się domyślić, że na początku Ukraina domagać się będzie pełnego dostępu do polskiego rynku dla swojej żywności.

Warto więc zastanowić się nad zmontowaniem koalicji państw zagrożonych ukraińskim ziarnem, żeby Unii nie przyszło do głowy karanie Polski za utrzymywanie zakazu importu. Wobec uruchomienia transportu przez Morze Czarne, kierunek Polski nie będzie już tak ważny jak w 2022 i 2023 r., bo wożenie zboża statkami jest znacznie tańsze niż ciężarówkami lub koleją, ale część tamtejszych agroholdingów będzie na pewno zainteresowana polskim rynkiem. Dziś przywiozą nam ziarno, a jutro mleko, sery, mięso i jaja. A politycy z Kijowa walcząc o zniesienie naszych zakazów, będą mogli wykazać się dbałością o swoją gospodarkę i skutecznością. Europa będzie chciała pomagać w odbudowie Ukrainy po wojnie, a że będzie się to odbywało naszym kosztem, to nie problem Europy. Powinniśmy też wybić sobie z głowy mrzonki o udziale w odbudowie Ukrainy. Tamtejsze władze dostarczyły aż nadto dowodów na to, że nie są zorientowane na Warszawę, a na Berlin, Paryż i Brukselę.

Koalicja państw Europy Środkowo-Wschodniej wobec importu zboża z Ukrainy

Zanosi się więc na długą i trudną batalię, w której bez sojuszników sobie nie poradzimy, a tych mamy pod ręką. Bułgaria, Czechy, Rumunia, Słowacja, Węgry wraz z Polską stanowią wystarczającą siłę. Nie uda nam się samotnie obronić przed tanią żywnością ze Wschodu, bo nie mamy tak jak Niemcy czy Francuzi swoich sieci handlowych. One po wejściu Polski do Unii Europejskiej polskiego sera, masła i twarogów po prostu nie wpuściły na półki. W zależności od potrzeb upłynniają u nas swoje nadwyżki. U nas będzie wręcz odwrotnie, obce sieci w Polsce z otwartymi rękami przyjmą tanią żywność, bo to pozwoli im zwiększyć swoje marże.

Regulacje Unii Europejskiej a koszty produkcji rolnej i dobrostan zwierząt

Na dodatek, przepaść między kosztami funkcjonowania w UE i u naszego wschodniego sąsiada będzie się w najbliższych latach powiększać nie tylko ze względu na strukturę ich rolnictwa. Decydujące znaczenie mają europejskie regulacje. Kiedy oni będą negocjować kolejne okresy przejściowe, my będziemy zarzucani dyrektywami nakładającymi na produkcję żywności ograniczenia. Bruksela sama generuje kłopoty, które następnie musi rozwiązywać. Już teraz widać, że nie da się pogodzić choćby zmniejszania emisji gazów cieplarnianych z dobrostanem. Na przykład, w produkcji mleka obniżenie emisji metanu ma się odbywać między innymi poprzez maksymalizowanie wskaźników produktywności. I jak mówić o dobrostanie, kiedy takie superkrowy (powyżej 12 tys. l mleka w laktacji), nawet z najbardziej komfortowych obór z wszelkimi udogodnieniami będą cierpieć z powodu chorób metabolicznych i kulawizn. To nie przypadek, że wielkie, światowe sieci restauracji (m.in. KFC i Burger King) wycofały się z inicjatywy Better Chicken (Lepszy Kurczak). Okazało się, że przy produkcji mięsa z ras wolniej rosnących, a więc potrzebujących więcej czasu, paszy i energii elektrycznej emisja gazów cieplarnianych podwaja się.

Bezpieczeństwo żywnościowe Polski a ochrona infrastruktury krytycznej

Zmieńmy temat. Mamy program SAFE i dozbrojenie naszej armii za pieniądze pożyczone przez Unię Europejską. Do tej pory podpisano 62 umowy o wartości 120 mld zł. Do wojska trafiają zarówno nowe hełmy, jak i postkwantowe szyfratory nowej generacji, cokolwiek to znaczy. Nikt jednak nie zająknął się nawet o bezpieczeństwie żywnościowym. Wiem, piszę o tym do znudzenia, ale po pierwsze, jak mawiał Napoleon, „Armia maszeruje na żołądkach swoich żołnierzy”. Po drugie, nawet w warunkach dość ograniczonej wojny, jaka toczy się za naszą wschodnią granicą, wnioski dotyczące zabezpieczenia żywności są dość zaskakujące. Mówili o tym przedstawiciele Ukrainy podczas niedawnych targów w Utrechcie w Belgii. Okazało się, że równie ważna jak gromadzenie zapasów jest sprawna ich dystrybucja w czasie wojny, a ich zdaniem, produkcja i dystrybucja żywności powinna być chroniona tak samo jak infrastruktura krytyczna. W Polsce, na przykład mleczarstwo, od kilkunastu lat nie może się doprosić wpisania na listę branż chronionych choćby przed wyłączaniem prądu. Kolejni ministrowie odpowiedzialni za tę listę, pytani na różnych forach o spełnienie tego postulatu składają tylko puste obietnice. I jak tu marzyć o ochronie przed ostrzałem ruskimi rakietami i dronami?

Paweł Kuroczycki

redaktor naczelny Tygodnika Poradnika Rolniczego

fot. AHM

Warsaw
wi_00
mon
wi_00
tue
wi_00
wed
wi_00
thu
wi_00
fri
wi_00
27. czerwiec 2026 18:02