Są już pierwsze efekty podpisania umowy o wolnym handlu z krajami Mercosur. Do Unii Europejskiej wjechało ponad 60 ton brazylijskiej wołowiny, w której znaleziono estradiol – żeński hormon przyspieszający wzrost cieląt. Za oceanem cielęta poniżej 100 kg otrzymują go w postaci implantów. Dzięki temu ich dzienne przyrosty są o około 10% wyższe. W Unii stosowanie estradiolu u bydła zakazane jest od 2003 roku.
DG SANTE: nie było dowodów, że mięso z hormonami przyjechało z Brazylii
Dwa lata temu jeden z europosłów pytał unijną Dyrekcję Generalną ds. Zdrowia, w jaki sposób Komisja zapewni, że na rynki UE nie trafią żadne niebezpieczne pozostałości w wołowinie z Brazylii? Dyrekcja odpowiedziała, że nie ma dowodów na to, że mięso zwierząt, którym podano hormony zostało wprowadzone na rynek UE. No to mamy – 60 ton dowodów.
Komisja, promując umowę z Mercosur, skupiła się na olbrzymich korzyściach, jakie Europie przyniesie utworzenie strefy wolnego handlu z ponad 700 mln ludzi. Nie mówiła nic o ochronie europejskich konsumentów ani o uszczelnieniu granic. Dokręcać śrubę można, ale tylko własnym rolnikom i przetwórcom. Teraz widzimy skutki tego podejścia. Kolejny przykład, to słonecznik z Argentyny, który przypłynął do Bułgarii. Zbadano pierwszy z 11 zamówionych statków. Dopuszczalne stężenia insektycydów były w nim przekroczone – deltametryny pięciokrotnie, a malationu trzykrotnie. Łącznie słonecznika ma przypłynąć 440 tys. ton.
Mięso z hormonami powinno trafić na stołówkę Komisji Europejskiej
Te 60 ton mięsa z hormonem i statek ze słonecznikiem stały się symbolem otwarcia europejskiego rynku na zamorską żywność. I tutaj pojawia się postulat: trefna wołowina musi trafić na stołówkę Komisji Europejskiej. Ursula von der Leyen, wraz ze współpracownikami, powinna do „upadłego” jeść to co „upichciła”. Te steki trzeba usmażyć na oleju z argentyńskiego słonecznika.
Aferę z brazylijską wołowiną bardzo szybko przykrył atak na Iran. Rakiety, które wpadły do pokoju ajatollaha Chameneiego będą miały druzgocący wpływ na sytuację europejskich i polskich rolników. Pierwszy efekt to wzrost cen paliw w przededniu rozpoczęcia wiosennych prac polowych. Kolejne skutki to wyższe ceny nawozów (Grupa Azoty wstrzymała na pewien czas przyjmowanie zamówień) i problemy z eksportem żywności. Irańczycy zablokowali cieśninę w Zatoce Perskiej, przez którą w jedną stronę powinna płynąć ropa naftowa i skroplony gaz ziemny, a z powrotem żywność dla krajów Bliskiego Wschodu. Bardzo boleśnie doświadcza tego nowozelandzka Fonterra, która utknęła z czterema tysiącami kontenerów wypełnionymi towarem. Arabowie natomiast przechodzą błyskawiczny kurs z bezpieczeństwa żywnościowego. Czeka ich wzrost cen a może i głód, a nas drożyzna na stacjach paliw i możliwe spadki cen ziarna, mięsa i mleka.
Obecna wojna z Iranem będzie zapewne dłuższa niż poprzednia, która trwała 12 dni. To może być prawdziwe nieszczęście, to nie jest nikomu, a zwłaszcza Europie i Polsce, potrzebne.
Ukraińscy rolnicy chcą 10-letniego okresu przejściowego
Od czasu do czasu zaglądam na Wschód, aby zobaczyć, co dzieje się w ukraińskim rolnictwie. Tamtejsza społeczność rolnicza przedstawiła wspólne stanowisko w sprawie warunków integracji z Unią. Nasi sąsiedzi uznali, że potrzebują 10-letniego okresu przejściowego na pełną harmonizację swoich norm z przepisami UE, choć wcześniej zapewniali, że zdążą do 2028 r. Będzie to także bardzo kosztowny proces, więc powinni otrzymać wsparcie z WPR i funduszy strukturalnych, takie jak w innych państwach członkowskich. Produkty ukraińskie, które w pełni spełniają unijne normy powinny mieć dostęp do rynku wewnętrznego Unii. Ale na eksport do krajów trzecich mieliby produkować zgodnie z wymogami krajowymi a nie unijnymi. Przypomnijmy sobie na jakich warunkach wchodziliśmy do UE.
Niedawno Arsen Didur, dyrektor Stowarzyszenia Przedsiębiorstw Mleczarskich Ukrainy stwierdził, że istnieje zgoda z polskim przemysłem mleczarskim, co do potrzeby ściślejszej integracji rynków. Wyraził też przekonanie, że ta integracja będzie korzyścią dla UE, a nie zagrożeniem dla jej rolników.
Na czym miałaby polegać integracja naszych rynków? Czy Ukraińcy wpuszczą polskich przetwórców? Przed wojną funkcjonowało tam wielu zachodnich przetwórców mleka, ale polskich z jakiegoś powodu nie było. Po wojnie będzie inaczej? Wątpię. Zgadnijcie, dokąd pojedzie ukraińskie mleko? Do Niemiec i Francji? Oczywiście, że nie. To nie kukurydza, którą najtaniej przewieźć statkiem. Przy droższym transporcie cysternami odległość ma znaczenie.
Jest jednak jedna dobra informacja. Niemcom przestała się podobać ich Ursula von der Leyen. Tamtejsza prasa krytykuje ją za izolowanie się od rzeczywistości i uparte dążenie do zazielenienia Unii. Przewodnicząca Komisji stała się jednym z największych problemów Europy. Kto wie, czy w Brukseli nie szykuje się jakaś duża zmiana?
Paweł Kuroczycki
redaktor naczelny Tygodnika Poradnika Rolniczego
