Protest rolników na S3 trwa
10 kwietnia na trasie S3 trwa kolejny protest rolników. Rolnicy konsekwentnie wracają w to samo miejsce i podnoszą te same postulaty, bo, jak mówią, nic się nie zmieniło. Przynajmniej nic na lepsze.
– Żądamy natychmiastowej dymisji ministra – domagają się protestujący rolnicy.
Na drodze krajowej zajęty jest jeden pas oraz wiadukt nad S3. Kilkadziesiąt ciągników stoi w miejscach widocznych dla kierowców. Protest ma charakter ostrzegawczy, ale też edukacyjny.
– Naszym celem jest też edukacja i żebyśmy byli zauważeni przez społeczeństwo, bo rządzący o nas dobrze wiedzą, tylko że mają nas gdzieś – mówi w rozmowie Paweł Toporek, jeden z organizatorów.
Jak podkreśla, rolnicy nie schodzą z drogi, bo sytuacja w gospodarstwach nadal się pogarsza.
Minister nie pojawił się na proteście
Mimo ponownego wezwania ze strony rolników minister nie pojawił się na proteście, choć – jak podkreślają organizatorzy – wcześniej to obiecał.
– Rolnicy protestują i będą protestować w obronie polskiego rolnictwa oraz konsumentów, aby skażona, niebezpieczna żywność nie trafiała na nasze stoły – apelują uczestnicy protestu.
Główne postulaty bez zmian: „To nie dopłaty, to zapłata za pracę!”
Postulaty rolników protestujących na S3 pozostają bez zmian. To m.in. należna rolnikom zapłata za produkcję (tzw. stałe dopłaty wyliczane do strat); to stop dla Mercosur; obrona gospodarstw rodzinnych, czyli "ziemia dla polskich rolników", sprzeciw wobec wykupu gruntów przez spółki i kapitał zewnętrzny.
Jednym z najmocniejszych przekazów protestu jest próba zmiany narracji wokół pieniędzy dla rolników.
– To nie jest dopłata, o którą walczymy, to jest zapłata za pracę! – podkreśla Paweł Toporek.
I tłumaczy:
– My nie chcemy mieć zapewnionego zysku. My chcemy mieć uczciwie policzone koszty i zagwarantowany zwrot kosztów. To, co rolnik sobie wypracuje ponad to – to jest jego – zaznacza.
– Albo musimy mieć większe przychody ze sprzedaży, albo musimy mieć mniejsze koszty. To jest podstawówka – dodaje.
Rolnicy wskazują, że państwo ma wszystkie niezbędne dane, by to policzyć:
– Wiedzą, że jesteśmy na minusie. Mają dane, ile kosztuje uprawa hektara pszenicy, ile kosztuje rzepak, a ile kukurydza – wylicza Toporek.
Rolnicy stanowczo apelują o urealnienie danych o rolnictwie, sprzeciwiając się wobec wyliczeniom pokazującym wysokie ich zyski. Mowa tutaj o przeciętnym dochodzie.
Nadwyżka w polskich gospodarstwach – sukces czy problem?
Rolnicy podkreślają, że nadwyżka w produkcji rolnej to po prostu efekt dobrze prowadzonego gospodarstwa. Jak mówi Paweł Toporek:
– Ja mam nadwyżkę, to ja się z tego cieszę. Zjem tyle, ile zjem, krowa zje tyle, co zje, świnia zje tyle, co zje, kura zje tyle, co zje, a nadwyżką się cieszę.
Dla rolnika nadwyżka to gwarancja, że jego praca i inwestycje przynoszą efekty – więcej żywności, więcej sprzedaży, więcej dochodu. Problem zaczyna się, gdy nadwyżka trafia do systemu państwowego, który nie potrafi tego odpowiednio wspierać. Toporek krytykuje, że „oni przedstawiają to, że mamy nadprodukcję jako problem. To jest chore.
Dla Toporka i protestujących rolników nadwyżka nie jest zagrożeniem – jest dowodem, że polskie gospodarstwa działają efektywnie i zdrowo, a państwo powinno tę sytuację respektować i odpowiednio wspierać, zamiast traktować ją jako problem.
Nawozy drogie, dostępność to też problem
Jednym z czołowych ostatnio problemów, który wybrzmiewa na proteście, są rosnące koszty produkcji, w tym między innymi nawozy. Rolnicy wskazują nie tylko na wysokie ceny, ale też problemy z dostępnością.
– Nawozy poszły w górę niesamowicie, to sztucznie wywindowane ceny – mówi Toporek.
Dodaje, że wielu gospodarzy zwykle kupuje nawozy na kredyt, czekając z zakupem do ostatniej chwili, żeby płacić jak najmniejsze raty. W tym roku rolnicy zderzyli się nie dość, że ze sporą podwyżką cen nawozów, to i z utrudnioną ich dostępnością.
– Rolnicy często biorą pożyczki na nawozy i kupują właśnie teraz. I dlatego teraz wszystko jest pod górkę – wyjaśnia Toporek.
Efekt? Ograniczanie produkcji.
– Tak się kraje, ile materiału staje. Będą ograniczali stosowanie nawozów, będą oszczędzać i taka jest konsekwencja tego – dodaje rolnik.
Mercosur i strach o żywność
Na ciągnikach ustawionych na S3 oraz na wiadukcie dominują hasła „Stop Mercosur”. Rolnicy obawiają się napływu żywności spoza UE.
– Chodzi o to, żeby społeczeństwo zrozumiało, że na polskich stołach może być trucizna. Coś, co u nas jest uznane za szkodliwe, będzie przyjeżdżać i nikt tego nie skontroluje – mówi Toporek.
Dodaje, że protest to nie tylko walka o gospodarstwa.
– My walczymy nie tylko o rolników. W głównej mierze walczymy o zdrowie i bezpieczeństwo żywnościowe obywateli.
Ziemia dla rolników czy dla spółek?
W rozmowie z organizatorem protestu wraca też temat ziemi rolnej i zmian w przepisach. Rolnicy alarmują, że planowane rozwiązania mogą ułatwić zakup gruntów przez spółki, co uderzy w gospodarstwa rodzinne, które są przecież fundamentem polskiego rolnictwa.
– Rozwalić strukturę gospodarstw rodzinnych w kraju – taki jest kierunek – ocenia Toporek.
Jednocześnie wskazuje na konkretne przypadki.
– Jeden z rolników mówił, że musi sprzedać ojcowiznę, bo komornik się dopomina. Nie ma wyjścia.
Apel do kierowców i konsumentów
Choć protest oznacza utrudnienia, rolnicy zauważają zmianę nastawienia społeczeństwa.
– Na początku pokazywali środkowy palec. Teraz większość trąbi, mruga światłami i pokazuje kciuk do góry – mówi Toporek.
I apeluje:
– Niech każdy "Kowalski", gdy nas zobaczy na proteście, usiądzie później i zgłębi temat. Ludzie nie są głupi. Niech przeczyta o Mercosur. Niech się dowie, czym grozi.
Rolnicy proszą o cierpliwość na drodze i większe zainteresowanie tym, co dzieje się w rolnictwie.
Bo – jak podkreśla – stawką nie jest tylko nasz dochód, ale również i przede wszystkim to, co trafi na talerze Polaków.
Agnieszka Sawicka
