RHD sposobem na słabe ziemie w gospodarstwie
Cezary Dałkowski jest 34-letnim rolnikiem z woj. warmińsko-mazurskiego. Wspólnie z mamą i siostrami prowadzi 20-hektarowe gospodarstwo rolne w gm. Grodziczno (pow. nowomiejski), które specjalizuje się w produkcji warzyw (na 1 ha uprawia takie warzywa jak bób, ogórek, pomidory, fasola, cebula czy marchew), ziemniaków (zajmują 2 ha) oraz zbóż i kukurydzy stanowiących większość upraw.
Rodzina od 15 lat prowadzi rolniczy handel detaliczny, a wyhodowane w gospodarstwie warzywa sprzedaje okolicznym mieszkańcom i dostarcza do pobliskich miast: Lubawy i Iławy. Warzywa można kupić również w Gospodarstwie Rolnym Dałkowcy.
– U nas ziemie zawsze były słabe i kombinowałem, co zrobić, żeby wyciągnąć z upraw maksymalne zyski. Postawiliśmy na warzywa, bo zysku zostawało zawsze więcej niż ze zboża – wspomina.
Jak dodaje, jest zadowolony, bo RHD opłaca się lepiej, niż jeżdżenie po giełdach.
Rolnik: „Nie padało, odkąd stopniał śnieg”
W regionie, w którym jest zlokalizowane gospodarstwo Dałkowskich, tak samo jak w pozostałej części Polski, jest susza. Jak wspomina rolnik, odkąd stopniał śnieg, prawie nie padało. Zaskoczenie przyszło w długi, czerwcowy weekend.
– W Boże Ciało jeszcze wszystko podlewałem, a wystarczył jeden dzień i pogoda zmieniła się o 180 stopni. Spadło 38 litrów deszczu na m2 w pół godziny. Odkąd stopniał śnieg, prawie nie padało – mówi.
Deszcz wymył korzenie fasoli
5 arów, z 1 ha uprawianych w gospodarstwie warzyw, stanowi fasolka szparagowa, która podczas nawalnego deszczu znalazła się niemalże całkowicie pod wodą.
– Przyszła nawałnica i wszystko stanęło w wodzie. Nie miało już jak wsiąkać, bo ziemia była tak przesuszona, że w ogóle nie przyjmowała wody. Nie mogła jej wchłonąć, skoro na raz spadło 38 litrów wody – tłumaczy.
Deszcz nie oszczędził również ogórków, marchwi i cebuli, które zostały podmyte przez gromadzącą się na polu wodę.
– Marchew i cebula też są takie przyklapnięte i brudne – dodaje.
Czytaj dalej pod FOTO:
Rolnik: „Chodzę i niszczę skorupę”
W ostatecznym rozrachunku ulewny deszcz nie wyrządził dużych strat w plantacji fasoli, która z powodu intensywnych opadów znalazła się pod wodą. Problemem pozostaje jednak nagromadzona ilość wody, której w niedzielę po Bożym Ciele jeszcze przybyło, bo spadło dodatkowych 9,5 litra/m2. Rolnik obawia się, że jeśli ziemia nie przyjmie nadmiernych opadów, rośliny mogą zacząć gnić.
– Chodzę i niszczę skorupę. Jeśli nie będzie dalej padać, to będzie okej, ale z tego, co widzę, to ma teraz padać praktycznie codziennie. Może zrobić się problem, jeśli roślina zacznie gnić – tłumaczy.
Co gorsza, z zapowiadanych prognoz pogody wynika, że opadom deszczu będzie towarzyszyć ochłodzenie,.
– Ma być tylko 16-18 stopni °C w dzień. Jeśli to się potwierdzi, to nie będzie parowania. Korzeń może się udusić w ziemi – wyjaśnia.
Zdaniem rolnika, nadzieją na poprawę warunków mógłby być wiatr, który, niestety, przestał wiać.
– Całą wiosnę szalenie wiało, a teraz wiatru nie widać i nie słychać. Gdyby zrobiło się gorąco i wiało do tego, to ziemia by wszystko ładnie wciągnęła. Może gdyby roślina była wyższa, to też wypiłaby więcej wody, a kiedy jest niska, jeszcze aż tyle jej nie potrzebuje, a to w sumie 48 litrów – dodaje.
Deszcz spadł za późno
Jak mówi Dałkowski, nie da się ukryć, że deszcz, który był od dawna wyczekiwany, spadł o wiele za późno.
– Zboża są powypalane na górkach, na dołkach jeszcze jakoś to wygląda. Gdyby ten deszcz przyszedł miesiąc wcześniej, to coś by pomógł. Ale może chociaż na kłos pomoże, bo wszystkie zboża są w tym roku niskie i słabe – mówi.
Rolnik wiecznie narzeka?
Rolnik udostępnił nagranie, na którym widoczne jest pole fasoli zalane przez wodę, na facebookowym profilu gospodarstwa. Filmik spotkał się z nieprzychylnymi komentarzami. Jeden z komentarzy brzmiał w następujący sposób:
„Pada deszcz źle, sucho źle, wiatr wieje źle i tak w koło polski rolnik dotacje bierze na wszystko, a polski drobny przedsiębiorca na to zapierdala”.
Rolnik nie wrzucił jednak nagrania po to, żeby się żalić. Chciał jedynie pokazać, jak trudny jest tegoroczny sezon dla różnych upraw. Przez kilka miesięcy drastyczny deficyt opadów spowodował przesuszenie gleby, a teraz, kiedy wreszcie spadł deszcz, nie jest go ona w stanie przetworzyć.
– Nie ma roboty z podlewaniem, teraz będzie robota z chodzeniem i przykrywaniem korzeni. Mówi się, że te 48 litrów, to było dla nas zbawienie. Byłoby, gdyby to spadło w ciągu dwóch dni, a nie w ciągu pół godziny – kończy.
Zobacz WIDEO:
Justyna Czupryniak-Paluszkiewicz
