Czystą przyjemnością było oglądać i słuchać młodzieży, która 20 i 21 kwietnia debatowała w hali maszyn poznańskiego Uniwersytetu Przyrodniczego.
Młodzież debatuje o rolnictwie sprawniej niż posłowie w zespołach parlamentarnych
Dyskutowano o rolnictwie regeneratywnym, potrzebie automatyzacji i robotyzacji rolnictwa, dopłatach dla małych gospodarstw, o tym, czy polegać na zagranicznych dostawcach pasz. Tematami debat były też biologiczne środki ochrony roślin, uprawa bezorkowa, prywatyzowanie gruntów rolnych i produkcyjna funkcja wsi. W finale zaś spierano sie o to, czy rolnik powinien dążyć do specjalizacji produkcji, czy produkować wielokierunkowo. Przypomniałam sobie niedawny zespół parlamentarny dotyczący wizerunku rolnika w mediach. Jego uczestnicy mogliby dziś uczyć się debatowania i argumentowania od młodzieży.
– Debat nie organizujemy tylko dla młodzieży, która wybiera się na Oksford, Harvard, prawo czy dziennikarstwo. To są kompetencje, których oni (uczniowie szkół rolniczych – przyp. red.) będą potrzebowali w pracy. W tej chwili towarowe gospodarstwo to firma. Wielu z tych młodych zostaje w gospodarstwach i angażuje się lokalnie, w samorządzie. W szkołach rolniczych organizowane są konkursy o tematyce rolniczej, żywieniowej, ale niekoniecznie wspiera się kompetencje ćwiczone podczas debat (...). Szkoły rolnicze to jest nowa nisza. Mieliśmy w innych projektach kilka takich szkół i stwierdziliśmy, że żeby ci uczniowie się otworzyli, muszą dostać tematy, w których czują się mocni. Bo kiedy zrobi się debatę pod hasłem „W Polsce nie warto być młodym rolnikiem”, to oni mają milion argumentów i za, i przeciw. I kiedy oni nagle wyciągają w debacie kwestię opłacalności z hektara kopru włoskiego, to serce rośnie. Nagle dowiadują się, że mają wiedzę – mówił Jan Piosik, prezes Fundacji Projekty Edukacyjne, która organizuje debaty oksfordzkie w całej Polsce i ogólnopolskie turnieje debat.
Debaty oksfordzkie uczą uczniów szkół rolniczych mówienia o potrzebach swojego środowiska
– Tak bardzo wierzymy w debaty oksfordzkie, ponieważ uczą trzech rzeczy, które pomogłyby rozwiązywać wiele problemów na świecie. Po pierwsze – weryfikowania informacji, po drugie – jasnego i klarownego mówienia o potrzebach swoich i tych, których reprezentujemy. I po trzecie – umiejętności postawienia się w sytuacji oponenta, stanięcia po drugiej stronie – mówiła Katarzyna Kabat, wiceprezes zarządu firmy Kabat Tyre, która była głównym sponsorem.
Jan Piosik dodawał, że dziś często głos społeczności wiejskich jest coraz słabiej słyszalny i brakuje rzeczników tych społeczności i ich interesów. Zaś dr Zuzanna Sawińska, prof. Uniwersytetu Przyrodniczego, wspomniała swój udział w debacie oksfordzkiej na temat rolnictwa na stanowym uniwersytecie waszyngtońskim w Stanach Zjednoczonych.
W debacie na Uniwersytecie Przyrodniczym w Poznaniu wzięło udział dziesięć szkół rolniczych
W turnieju wzięły udział szkoły, które już poznały smak debat, ale i debiutanci. Były to Zespół Szkół Centrum Kształcenia Rolniczego z Mieczysławowa, Zespół Szkół Centrum Kształcenia Rolniczego im. ks. dr. Jana Dzierżona w Bogdańczowicach, Zespół Szkół Rolniczych w Grzybnie, Centrum Kształcenia Zawodowego i Ustawicznego nr 2 w Gdańsku, Zespół Szkół Ekonomiczno-Ogrodniczych im. Tadeusza Kościuszki w Tarnowie, Zespół Szkół nr 2 w Ostrzeszowie, Zespół Szkół Rolniczych im. Władysława Grabskiego w Grudziądzu, Zespół Szkół Centrum Kształcenia Rolniczego w Brzostowie, Technikum dla Młodzieży w Bydgoszczy oraz Zespół Szkół Przyrodniczych Poznań-Golęcin.
Uczniowie wcześniej znali tematy debat o rolnictwie
Tematy debat znane były uczestnikom wcześniej. Każda z grup przygotowywała się zarówno do obrony, jak i atakowania tezy. Na ostatni moment dowiadywali się, po której stronie będą. Losowanie grup odbyło się w dość standardowy sposób – rzucano monetą. Jan Piosik zadecydował, że orzeł oznacza stronę propozycji, czyli obronę tezy, zaś reszka – stronę opozycji, czyli wytaczania kontrargumentów. Kiedy już wiadomo było, po której ze stron się stanie, drużyny otrzymały kwadrans na przygotowanie się. Każdy z członków czteroosobowej drużyny otrzymywał cztery minuty na mowę. Zaczynał mówca propozycji, potem oddawał głos mówcy opozycji – i tak na zmianę.
– W czasie mowy mówca ma obowiązek przyjąć dwa pytania od drużyny przeciwnej, jeśli zostaną zadane. Czas na pytanie to trzynaście sekund. Każda z drużyn ma też prawo do jednego minutowego ad vocem, czyli jeśli ktoś się nie zgadza z tym, co usłyszał od przeciwnika, podnosi kartkę i odnosi się do tego, co właśnie usłyszał. Ma na to minutę. Można zgłosić ad vocem do ad vocem. Czwarta mowa to podsumowanie – tłumaczył Daniel Suszka, marszałek jednej z debat.
Młodzież zastanawiała się czy stać nas na rolnictwo regeneratywne
– Chcemy, robimy to, ale powoli. Nie wszystko na gwałt (...). Regeneratywne gospodarstwo doprowadzi do tego, że ceny żywności u producenta wzrosną – tłumaczył podczas przygotowań opiekun drużyny z Mieczysławowa.
Chłopcy stanęli przeciwko drużynie z Bogdańczowic, która broniła rolnictwa regeneratywnego. Pierwszy z mówców mówił o tym, że może ono uniezależniać nas od obcych państw, stawia na dobrostan zwierząt i zapobiega przenikaniu azotu i fosforu do wód gruntowych. Że stawia na odbudowę drzew, miedz i pasów międzymiedzowych, a dzięki temu pozytywnie wpływa na bioróżnorodność, ale też na rozwój małych gospodarstw, których jest w Polsce najwięcej. Praca „bliżej ziemi” poprawiałaby dobrostan psychofizyczny i produkowalibyśmy zdrowszą żywność.
– Małych gospodarstw nie stać na prowadzenie terminowo rolnictwa regeneratywnego (...). Produkty z takich gospodarstw są bardzo drogie i społeczeństwa nie stać na nie (...). Jako drużyna opozycji nie negujemy wartości ochrony środowiska, sprzeciwiamy się jednak tezie, że w Polsce powinno się przestawić model na regeneratywny. Dlatego, że propozycja ta jest ryzykowna, kosztowna i zagrażająca bezpieczeństwu żywnościowemu. Rolnictwo to nie gwarantuje dużych plonów, przynajmniej na początku, i wymaga wiedzy i kompetencji (...). Przechodzenie na rolnictwo regeneratywne jest kosztowne, dla wielu rolników nieosiągalne – mówił mówca opozycji i uzasadniał, że sprzęt do takiego rolnictwa jest drogi.
Jeśli nie pochodzisz z gospodarstwa, trudniej jest odpowiedzieć na pytanie
Debatowanie nie jest łatwe. Zdarzało się, że ktoś gubił wątek, ktoś inny milczał i nie był w stanie podjąć dyskusji. Jan Piosik uspokajał, że to normalne reakcje. Tuż po debacie zapytałam członków drużyny z Bogdańczowic o to, co jest najtrudniejsze w debatowaniu oksfordzkim. Kacper powiedział, że najtrudniej jest rozpocząć mowę.
– Stresujące jest stanąć przed marszałkiem, drugą stroną, jury. Przeciwnicy mieli bardzo fajne kontrargumenty i to była wyrównana walka – mówiła Weronika, a Hania dodawała, że bardzo trudne jest być trzecim mówcą, bo ten musi podawać kontrargumenty na bieżąco, nie ma możliwości się przygotować. W temacie, na który dyskutowali, trudniej było zabierać głos tym, którzy nie mają gospodarstw. Hania jest w klasie weterynaryjnej i to nie ułatwiało sprawy.
– Przede wszystkim to była nasza pierwsza debata w życiu, przygotowywaliśmy się kilka tygodni. Ciekawe doświadczenie, ale temat był mniej zgodny z naszymi zainteresowaniami. Jesteśmy w klasie architektury krajobrazu, więc o rolnictwie regeneratywnym trudniej jest mówić. Trudno też zmieścić się w czasie – mówili Kacper i Antoni ze szkoły w Mieczysławowie.
Czy państwo powinno wspierać automatyzację i robotyzację rolnictwa?
W debacie pod tytułem: „Państwo polskie powinno aktywnie wspierać automatyzację i robotyzację rolnictwa, nawet jeśli prowadzą one do ograniczenia tradycyjnych miejsc pracy na obszarach wiejskich” po stronie propozycji stanął Zespół Szkół Ekonomiczno-Ogrodniczych w Tarnowie, po stronie opozycji – Centrum Kształcenia Zawodowego i Ustawicznego nr 2 w Gdańsku. Obrona dowodziła, że „rolą państwa nie jest bronić starej formy pracy tylko dlatego, że jest ona stara”. Opozycja tymczasem argumentowała, że automatyzacja i robotyzacja nie oznaczają, że człowiek staje się zbędny, ale że ubywa prac najcięższych, najbardziej powtarzalnych i najniebezpieczniejszych.
W innych debatach spierano się o to, czy stosować w żywieniu zwierząt hodowlanych priorytetowo paszę, w tym źródła białka, pochodzącą z własnego gospodarstwa, czy opierać się na surowcach importowanych.
Jakim gospodarstwom należą się dopłaty rolne?
Prawdziwy ogień czuło się pierwszego dnia podczas półfinału, który rozegrał się między szkołą z Tarnowa po stronie propozycji a tą z Grzybna, która wcieliła się w opozycję. Teza brzmiała: „Państwo polskie powinno kierować dopłaty rolne wyłącznie do małych i średnich gospodarstw, wykluczając duże przedsiębiorstwa rolne”.
– Szanowna pani marszałek, moja drużyno, opozycjo... kiedy tonie statek, nie rozdaje się kamizelek tym, którzy są już w szalupach, albo, jak na Titanicu, tym, którzy są bogatsi od innych. Rozdaje się tym, którzy naprawdę starają się utrzymać na powierzchni (...). Bronimy tej tezy, ponieważ dopłata publiczna nie jest nagrodą za wielkość. Jest metodą wyrównywania szans, a obecny system prowadzi do koncentracji środków w rękach nielicznych... – mówiła reprezentantka propozycji, podając szereg argumentów.
– Pani marszałek, szanowna drużyno propozycji, zgromadzona publiczności oraz szanowni sędziowie, strona propozycji próbuje nam nakreślić obraz wsi jako sielankowego skansenu, zapominając, że rolnictwo to strategiczny sektor gospodarki (...). Jako opozycja stoimy na stanowisku, że ziemia i praca mają taką samą wartość, bez względu na to, jak duże jest gospodarstwo – mówiła reprezentantka drużyny próbującej obalić tezę.
Natychmiast pojawiło się ad vocem z Tarnowa.
– Szanowna pani marszałkini... A jaka jest sprawiedliwość w tym, że duże przedsiębiorstwa zabierają ponad połowę dopłat? Dziękuję – mówił oponent, a koleżanka z jego drużyny dopytywała, dlaczego duże przedsiębiorstwa, skoro są tak produktywne, potrzebują pomocy.
– Potrzebują dopłat, aby produkować więcej żywności. Produkują jej już dużo, ale, wiadomo, rolnikom jest mało. Im więcej, tym lepiej – argumentowała opozycja, choć ten akurat argument słabo broniłby interesów dużych gospodarstw, bo wybrzmiała z niego jedynie łapczywość.
W sporze o wielokierunkowość produkcji rolnej wygrali uczniowie z Tarnowa
Drugiego dnia doszło do decydującego starcia pomiędzy szkołą z Tarnowa a uczniami z Ostrzeszowa. Spierano się o to, czy polski rolnik powinien dążyć do specjalizacji w jednej gałęzi produkcji, zamiast prowadzić produkcję wielokierunkową. Laur zwycięzcy przypadł drużynie z Ostrzeszowa, której gratulujemy. I mamy nadzieję, że kultura i poziom debat oksfordzkich podczas turniejów zagoszczą wkrótce na arenie politycznej.
Karolina Kasperek
