Podczas Forum Świnie, które odbyło się w Nowym Adamowie pod Łodzią, słyszeliśmy, że rentowność zaczyna się od żywienia, dyskutowaliśmy o wykorzystaniu naturalnych instynktów świń, roli włókna pokarmowego oraz o tym, że dziś nie wystarczy dobrze żywić – trzeba żywić mądrze i liczyć każdy kilogram paszy. Ponad 70% wydatków w chowie trzody chlewnej stanowi bowiem żywienie. To właśnie dlatego wielu producentów szuka oszczędności przede wszystkim w recepturach paszowych. Jak podkreślał dr Mariusz Soszka z firmy Ewrol, granica między obniżaniem kosztów a pogarszaniem wyników produkcyjnych jest jednak bardzo cienka. O efektywności żywienia nie decyduje wyłącznie zawartość białka czy energii w mieszance, ale również jej strawność, smakowitość oraz obecność substancji antyżywieniowych. To właśnie te trzy elementy w największym stopniu wpływają na wykorzystanie paszy, zdrowotność zwierząt i końcową opłacalność produkcji.
Smakowitość paszy – niedoceniany czynnik sukcesu
– Wysokie ceny pasz, wysokie koszty pracy, energii, produkcji i zakupu warchlaka, przy jednocześnie niskich cenach tuczników oraz niepewnej perspektywie na przyszłość powodują, że hodowcy szukają oszczędności. Problem polega na tym, że wiele pomysłów na ograniczanie kosztów żywienia nie ma nic wspólnego ani z ekonomią, ani z efektywnością produkcji – podkreślał ekspert z firmy Ewrol.
Według niego szczególnie niebezpieczne jest zastępowanie sprawdzonych surowców tańszymi odpowiednikami bez analizy ich wartości pokarmowej i wpływu na zdrowotność zwierząt. Takie działania często prowadzą do pogorszenia wyników produkcyjnych, które później trzeba kompensować dodatkowymi kosztami leczenia lub stosowania specjalistycznych dodatków paszowych.
Jednym z głównych tematów wystąpienia była smakowitość paszy. Zdaniem dr. Soszki jest to parametr często pomijany podczas układania receptur, choć bezpośrednio wpływa na pobranie paszy i tempo wzrostu zwierząt.
– Smakowitość jest miarą chęci pobierania paszy przez zwierzęta. Im pasza jest bardziej atrakcyjna sensorycznie, tym większe jej pobranie i lepsze wyniki produkcyjne – tłumaczył Mariusz Soszka.
Szczególną rolę odgrywają tutaj tłuszcze oraz łatwo przyswajalne węglowodany. Dlatego kukurydza czy pszenica są zwykle chętniej pobierane niż surowce takie jak jęczmień czy owies. Coraz więcej danych pokazuje też, że odpowiednio dobrane włókno nie jest już tylko wypełniaczem dawki pokarmowej. Może poprawiać zdrowotność przewodu pokarmowego, ograniczać problemy okołoporodowe, zwiększać uczucie sytości u loch oraz wpływać na wyniki produkcyjne stada. Kluczowe znaczenie ma jednak nie sama ilość włókna, lecz jego rodzaj, struktura i właściwości fizykochemiczne.
Włókno wraca do gry
Jak podkreślał dr Konrad Krol z firmy CFF, współczesne żywienie świń wymaga znacznie głębszego spojrzenia na włókno niż tylko przez pryzmat tradycyjnego parametru włókna surowego. Przez dziesięciolecia włókno w żywieniu świń traktowano przede wszystkim jako składnik ograniczający koncentrację energii w dawce. W praktyce oznaczało to, że analizowano głównie zawartość włókna surowego, a jego rola sprowadzana była do funkcji balastowej. Jak podkreślał dr Konrad Krol, takie podejście jest dziś niewystarczające.
– Wszystkie surowce włókniste są mieszaniną różnych typów włókna. Zawierają zarówno frakcje rozpuszczalne, jak i nierozpuszczalne, fermentujące i niefermentujące. Dlatego nie można mówić o włóknie jako o jednej grupie składników – podkreślał dr Krol.
W praktyce szczególne znaczenie ma podział na włókno fermentujące i niefermentujące. Włókna fermentujące stanowią pożywkę dla mikroflory jelitowej i są źródłem lotnych kwasów tłuszczowych. Z kolei włókna nierozpuszczalne, słabo fermentujące, pełnią przede wszystkim funkcję mechaniczną, wpływając na strukturę treści pokarmowej oraz motorykę przewodu pokarmowego. Zdaniem eksperta właśnie ta druga grupa jest szczególnie interesująca w żywieniu loch. Znaczenie włókna nie ogranicza się jednak wyłącznie do loch. Coraz więcej badań wskazuje, że odpowiednio dobrane frakcje włókniste mogą korzystnie wpływać również na rozwój układu pokarmowego prosiąt.
Podczas wykładu ekspert zaprezentował wyniki badań, które wykazały korzystne zmiany w budowie błony śluzowej jelit. Obserwowano większą wysokość kosmków jelitowych oraz korzystniejsze proporcje pomiędzy wysokością kosmków a głębokością krypt. Takie zmiany oznaczają większą powierzchnię wchłaniania składników pokarmowych i lepsze wykorzystanie paszy przez młode zwierzęta.
Świnie z ogonami, porodówki bez jarzm
Przyszłość europejskiej produkcji prosiąt będzie opierała się na większej powierzchni dla zwierząt, ograniczeniu stosowania kojców jarzmowych, obowiązkowych materiałach manipulacyjnych oraz stopniowym odchodzeniu od rutynowego obcinania ogonów. Jak pokazują doświadczenia Niemiec i Austrii, wdrażanie nowych standardów dobrostanowych oznacza jednak wyższe koszty inwestycyjne, większe nakłady pracy i wzrost ryzyka produkcyjnego. Jak podkreślał dr Eckhard Meyer z niemieckiego ośrodka LVA Köllitsch, to handel detaliczny wymusza wdrażanie kolejnych poziomów dobrostanu.
– Dyskutując o podwyższonym dobrostanie w produkcji trzody chlewnej, musimy odpowiedzieć sobie na podstawowe pytanie: ile konsument jest gotowy zapłacić za te dodatkowe wymagania? – mówił ekspert.
W Niemczech rozwój systemów dobrostanowych jest obecnie napędzany głównie przez handel detaliczny. Powstał tam wielostopniowy system klasyfikacji dobrostanu, a sieci handlowe coraz częściej wymagają od dostawców spełniania wyższych standardów. Szczególnie ważny jest tzw. poziom drugi, który staje się nowym rynkowym standardem. Co istotne, wymogi te mają obejmować nie tylko niemieckich producentów, ale również zwierzęta oraz mięso importowane do Niemiec.
– Jeżeli końcowy produkt ma być sprzedawany jako pochodzący z określonego poziomu dobrostanu, to te same wymagania muszą być spełnione na wszystkich etapach produkcji, również przy produkcji prosiąt – wyjaśniał ekspert.
Więcej dobrostanu oznacza więcej strat?
W wielu krajach Europy trwa dyskusja nad ograniczeniem lub całkowitym wycofaniem klasycznych kojców porodowych, w których locha ma ograniczoną możliwość poruszania się. Systemy wolnostanowiskowe zapewniają zwierzęciu większą swobodę, jednak jednocześnie zwiększają ryzyko przygnieceń prosiąt. Dr Meyer przedstawił wyniki doświadczeń prowadzonych w Niemczech, które pokazują, że konstrukcja kojca ma kluczowe znaczenie dla przeżywalności miotu.
– Najważniejszym kryterium nie był materiał wykonania legowiska, ale odpowiednie zaprojektowanie elementów ochronnych, które umożliwiają prosiętom szybkie schronienie się podczas ruchów lochy – dr Eckhard Meyer.
Badania wykazały, że rodzaj materiału zastosowanego w legowiskach (tworzywo sztuczne, aluminium czy beton polimerowy) miał niewielki wpływ na wyniki produkcyjne. Znacznie ważniejsza okazała się geometria kojca i sposób zabezpieczenia prosiąt przed przygnieceniem.
Austria należy do krajów, które w ostatnich latach wprowadziły jedne z najbardziej restrykcyjnych wymagań dotyczących utrzymania świń. Nowe budynki muszą spełniać znacznie wyższe standardy powierzchniowe i środowiskowe.
– Rolnicy ponoszą większe koszty inwestycyjne, mają więcej pracy i wyższe koszty produkcji. Dlatego zalecamy takie inwestycje wyłącznie wtedy, gdy producent ma wieloletni kontrakt gwarantujący odbiór zwierząt – podkreślał dr Johann Schlederer z Austriackiej Giełdy Trzodowej.
Jego zdaniem część młodych rolników decyduje się jednak na inwestycje dobrostanowe, licząc na ograniczenie konfliktów społecznych i poprawę wizerunku branży.
Coraz większa część trafia do producenta prosiąt
Dr Johann Schlederer, ekspert od lat analizujący europejski i światowy rynek trzody chlewnej, w swoim wystąpieniu przedstawił aktualną sytuację produkcji świń w Unii Europejskiej. Zdaniem eksperta Europa nie utraci znaczenia na światowym rynku wieprzowiny, jednak jej dalsza pozycja będzie zależała od poprawy efektywności produkcji, utrzymania eksportu oraz zdolności do pogodzenia wymogów dobrostanowych z ekonomią gospodarstw. Szczególnym wyzwaniem pozostaje uzależnienie części krajów od importu duńskich prosiąt, rosnące koszty inwestycji oraz kurcząca się konkurencyjność kosztowa wobec największych światowych eksporterów.
– Analiza rynku z ostatnich 15 lat pokazuje, że udział wartości prosięcia w całym łańcuchu produkcji systematycznie rośnie. Jeszcze kilkanaście lat temu cena prosięcia stanowiła około 42% wartości tucznika. Obecnie wskaźnik ten zbliża się do 47%. Koszty pracy, budynków i wyposażenia rosną szybciej w produkcji prosiąt niż w tuczu. Dlatego udział wartości prosięcia w całym łańcuchu będzie nadal wzrastał – prognozował ekspert.
Oznacza to, że opłacalność produkcji loch staje się coraz ważniejszym elementem konkurencyjności całego sektora.
Najlepsze duńskie fermy osiągają już ponad 40 odchowanych prosiąt od lochy rocznie. Średnia krajowa również należy do najwyższych na świecie. Austria pozostaje daleko za liderami.
– W Austrii osiągamy około 27 prosiąt od lochy. To nawet o 10–15 mniej niż w najlepszych stadach duńskich – przyznał Johann Schlederer.
Jednocześnie zaznaczył, że dalsze zwiększanie liczby prosiąt może napotykać biologiczne ograniczenia, a coraz częściej staje się również przedmiotem krytyki organizacji zajmujących się dobrostanem zwierząt.
Nawet najnowocześniejsze chlewnie czy najlepsza pasza nie zapewnią rentowności, jeśli zabraknie zdrowia stada. Coraz wyraźniej widzimy, że bioasekuracja, diagnostyka i profilaktyka stają się dziś fundamentem produkcji świń, a w dobie rosnącej presji na redukcję zużycia antybiotyków producenci coraz częściej muszą szybko identyfikować problemy zdrowotne w stadzie. Prof. Zygmunt Pejsak z Wydziału Medycyny Weterynaryjnej Uniwersytetu Rolniczego w Krakowie przypomniał, że współczesna diagnostyka opiera się na dwóch podstawowych grupach badań. Pierwszą są badania pośrednie, polegające na oznaczaniu przeciwciał. Dzięki nim można określić, czy zwierzęta miały kontakt z określonym patogenem.
– Nie zawsze wiemy, czy świnia chorowała, ale wiemy, że zetknęła się z danym drobnoustrojem. To bardzo cenna informacja przy planowaniu działań profilaktycznych – wyjaśniał wykładowca.
Drugą grupę stanowią badania bezpośrednie, polegające na wykrywaniu samych bakterii lub wirusów. To właśnie one dostarczają najbardziej precyzyjnych informacji o sytuacji zdrowotnej w stadzie.
Antybiotyk musi być dobrany, a nie zgadywany
– Dzisiaj wiemy, co robić, żeby przerwać łańcuch zakaźny. Wiemy, gdzie szukać źródła problemu i jakie działania mogą ograniczyć szerzenie się infekcji – podkreślał profesor.
Techniki PCR umożliwiają niezwykle szybkie wykrywanie obecności wirusów i bakterii w stadzie oraz podejmowanie natychmiastowych działań ograniczających rozprzestrzenianie się chorób.
Znaczną część wystąpienia profesor poświęcił problemowi antybiotykooporności. Jego zdaniem jednym z głównych powodów narastania oporności bakterii jest stosowanie antybiotyków bez wcześniejszego wykonania badań.
– Jeżeli lekarz ma wynik antybiogramu, od razu widzi, który antybiotyk działa najlepiej. Wybiera lek pierwszego rzutu, czyli najbardziej skuteczny i jednocześnie najbardziej precyzyjny. Gdy nie wykonujemy badań laboratoryjnych, sięgamy po antybiotyki drugiego lub trzeciego rzutu. One działają szeroko, ale jednocześnie znacznie szybciej prowadzą do rozwoju oporności bakterii – ostrzegał profesor.
Według niego właśnie diagnostyka laboratoryjna jest obecnie najskuteczniejszym narzędziem ograniczania zużycia antybiotyków w produkcji trzody chlewnej.
Czytaj dalej:
Dominika Stancelewska
