O tym, jakie czynniki wpłyną na rynek rzepaku w nowym sezonie, dyskutowano podczas VIII Giełdy Rzepaczano-Zbożowej, 23 czerwca w Wielkopolsce, której organizatorem był „Top Agrar Polska”.
W ocenie Juliusza Młodeckiego, prezesa KZPRiRB, bieżący rok nie był korzystny dla producentów rzepaku.
– Oprócz niekorzystnych czynników pogodowych dodatkowym problemem stały się przerzedzone plantacje, które obecnie są mocno zachwaszczone. Jest to szczególnie frustrujące dla rolników, którzy ponieśli wysokie nakłady na utrzymanie upraw – komentuje Młodecki.
Mimo pesymistycznego obrazu sytuacji prezes KZPRiRB zaznacza, że ostateczne wyniki zbiorów mogą nie być aż tak złe, jak obecnie się wydaje. Korzystny wpływ może mieć masa tysiąca nasion, która częściowo zrekompensuje wcześniejsze straty.
– Problemem znacznie bardziej niepokojącym niż jednoroczny wpływ pogody jest to, że mimo ogromnego postępu hodowlanego i wprowadzania coraz bardziej wydajnych odmian mieszańcowych średnie plony rzepaku w Polsce od wielu lat pozostają praktycznie na niezmienionym poziomie około 3–3,3 tony z hektara – twierdzi prezes Związku.
Jego zdaniem jest to kwestia wymagająca głębszej analizy, ponieważ potencjał genetyczny nowych odmian nie przekłada się na wzrost średnich wyników produkcyjnych.
Jednej z głównych przyczyn upatruje w coraz większych trudnościach związanych z ochroną roślin. Podkreśla, że obecnie wiele zabiegów wykonywanych jest w dużej mierze w ciemno, a ich skuteczność jest niepewna, szczególnie przy długiej jesiennej wegetacji.
Import rzepaku konieczny i coraz trudniejszy
Potwierdzają się wcześniejsze prognozy, że w nowym sezonie zarówno Europa, jak i Polska będą musiały zwiększyć import rzepaku.
Jakub Agaś, menedżer ds. przerobu rzepaku Bunge Polska, mówi, że rzepak będzie sprowadzany przede wszystkim z tych kierunków, które okażą się najtańsze ekonomicznie.
– Obecnie za najbardziej konkurencyjne źródło dostaw dla Polski uznaje się Rumunię oraz kraje sąsiednie, takie jak Czechy, Słowację i częściowo Niemcy, aczkolwiek Niemcy nie należą do najtańszych kierunków zaopatrzenia. W dalszej części sezonu możliwe są również dostawy z bardziej odległych regionów świata, takich jak Australia, Ameryka Południowa lub Stany Zjednoczone. Teoretycznie istnieje także możliwość importu z Kanady, jednak praktycznie cała kanadyjska produkcja opiera się na genetycznie modyfikowanej canoli, co powoduje dodatkowe komplikacje handlowe i logistyczne. W efekcie największe znaczenie dla polskiego rynku przypisywane jest obecnie Rumunii – komentuje Agaś.
Agnieszka Kotarska, menedżer LDC Polska reprezentująca położony na południu ZT w Bodaczowie, komentuje, że sytuacja z zakupem importowanego rzepaku staje się coraz bardziej wymagająca. W rozmowach z potencjalnymi sprzedawcami obserwuje wzrost oczekiwań cenowych.
– Fakt, że w Rumunii zapowiadają się dobre zbiory, nie oznacza automatycznie niskich cen. Coraz trudniej jest pozyskać atrakcyjne partie towaru, ponieważ wielu uczestników rynku jednocześnie próbuje zabezpieczać dostawy poprzez import. Problem nie sprowadza się już wyłącznie do poziomu cen. Coraz częściej najważniejszym wyzwaniem staje się sama dostępność surowca. Rynek jest okresowo mało płynny, handel odbywa się falami, a uczestnicy rynku muszą reagować na pojawiające się krótkotrwale możliwości zakupu. Import staje się sposobem na uzupełnianie niedoborów i „łatanie dziur” w zaopatrzeniu, jednak nie będzie już tak tani, jak w przeszłości – komentuje ekspertka z LDC.
Anna Bykowska, członek zarządu ADM Direct Polska, potwierdziła, że do ich zakładu w ostatnich dwóch latach dotarły dwa statki z Urugwaju.
– Choć potencjał produkcyjny Urugwaju jest większy, niż mogłoby się wydawać, nie należy oczekiwać znaczących wolumenów. Realne możliwości eksportowe, które mogłyby trafić na europejski rynek, odpowiadają najwyżej około trzem – czterem statkom rocznie. Oznacza to, że kierunek ten może pełnić jedynie funkcję uzupełniającą i nie rozwiąże problemów niedoboru surowca w Europie – komentuje Kotarska.
Arkadiusz Gasidło, kierownik agrotechniki ZT Bielmar, mówi z kolei, że podstawą działalności jego zakładu jest rzepak pochodzący z krajowego rynku.
– Wynika to przede wszystkim ze skali działalności przedsiębiorstwa. Zakład przerabia około 100 tys. ton nasion rocznie, czyli wielokrotnie mniej niż największe podmioty obecne na rynku. Dzięki temu jest w stanie zabezpieczyć swoje potrzeby surowcowe w oparciu o krajową produkcję i nie odczuwa presji importowej w takim stopniu, jak największe firmy przetwórcze – wyjaśnia Gasidło.
Juliusz Młodecki zaznacza, że żaden z polskich zakładów nie importuje surowca z zagranicy, jeśli nie jest to konieczne. W jego ocenie bardziej racjonalne wydaje się jednak sprowadzanie rzepaku z sąsiedniej Ukrainy niż z odległych kierunków, takich jak Australia czy Ameryka Południowa.
– Ukraina dysponuje znacznymi ilościami rzepaku i innych roślin oleistych, które mogłyby trafiać bezpośrednio do polskiego przemysłu. W praktyce jednak surowiec ten często dociera do Europy innymi kanałami lub w postaci przetworzonych produktów, takich jak olej. Jest to efekt decyzji politycznych, które nie zawsze są zgodne z ekonomiczną logiką rynku – zaznacza Młodecki.
Niedobór rzepaku zagrożeniem dla przetwórstwa
Adam Stępień, dyrektor generalny PSPO zwraca uwagę, że problem niedoboru rzepaku dla krajowego przemysłu już wcześniej sygnalizowano w dyskusjach z administracją publiczną, jednak spotykał się z niewielkim zainteresowaniem.
– Drugi kwartał poprzedniego roku był jednym z najgorszych od wielu lat, a jeśli podobny scenariusz się powtórzy, cały roczny wynik branży może znaleźć się pod presją. Znam szczegółowe dane dotyczące przerobu w poszczególnych firmach i oceniam obecną sytuację jako wręcz tragiczną – alarmuje Stępień.
W jego ocenie problem przestał być teoretyczną dyskusją o dywersyfikacji surowców. Chodzi już nie o dalszy rozwój sektora, lecz o utrzymanie obecnego potencjału produkcyjnego i ekonomicznej opłacalności funkcjonowania zakładów.
– Strukturalny niedobór rzepaku powoduje bowiem stopniowe kurczenie się działalności gospodarczej związanej z jego przetwarzaniem, co ostatecznie będzie miało negatywne konsekwencje również dla polskich rolników – przekonuje dyrektor PSPO.
Co z soją i słonecznikiem?
Prezes KZPRiRB mówił, że rolnicy aktywnie poszukują alternatywnych kierunków produkcji.
– W bieżącym roku obsiano około 103 tys. ha soi oraz 85 tys. ha słonecznika. W mojej ocenie są to uprawy, które mogą stanowić realne uzupełnienie rynku roślin oleistych. Soja ma szczególną przewagę wśród roślin bobowatych, ponieważ istnieje na nią stabilne zapotrzebowanie rynkowe. Słonecznik natomiast sprawdza się przede wszystkim na słabszych glebach oraz w warunkach ograniczonej dostępności wody – relacjonował Młodecki.
W Polsce rozwijane są już inicjatywy związane z przetwarzaniem innych roślin oleistych, czego przykładem jest zakład reprezentowany przez Agnieszkę Kotarską.
– Zakład w Bodaczowie może przetwarzać zarówno rzepak, jak i soję, a decyzje dotyczące udziału poszczególnych surowców zależą przede wszystkim od ekonomiki produkcji. Kluczowym kryterium jest aktualna marża przerobowa. Jeśli bardziej opłacalny jest rzepak, zakład koncentruje się na jego przetwarzaniu, natomiast w innych okresach zwiększa udział soi – wyjaśnia Kotarska.
Zauważa jednak wyraźny trend ostatnich dwóch lat: dostępność rzepaku stała się mniej regularna, ponieważ producenci nie sprzedają surowca w sposób równomierny przez cały sezon. Powoduje to okresowe luki w dostawach. W takich sytuacjach zwiększany jest przerób soi, co pozwala utrzymać ciągłość funkcjonowania zakładu i uniknąć przestojów produkcyjnych.
Nowa wielonasienna tłocznia powstaje także w Lasocicach, w powiecie leszczyńskim. Według obecnej na giełdzie Agnieszki Smarzewskiej, reprezentującej nowo powstającą spółkę Estoj Oil, roczne zdolności produkcyjne zakładu Estoria Plant mają wynosić około 165 tys. ton soi oraz 280 tys. ton rzepaku.
Globalna podaż oleistych kontra geopolityka
Anna Bykowska komentuje, że jeśli patrzeć wyłącznie na publicznie dostępne dane dotyczące światowego rynku oleistych, nie widać zagrożenia niedoborem surowca.
– Rynek nie funkcjonuje jednak w oderwaniu od wydarzeń geopolitycznych. Nadal nie można uznać sytuacji związanej z konfliktami międzynarodowymi za całkowicie ustabilizowaną. Takie wydarzenia wpływają na ceny energii, a wzrost cen paliw zwykle przekłada się także na wzrost wartości olejów roślinnych – podkreśla ekspertka z ADM Direct Polska.
Zdaniem Bykowskiej przyszłe ceny będą zależały od równowagi między tymi dwoma grupami czynników.
– Z jednej strony działa presja wynikająca z dobrej globalnej produkcji nasion oleistych, z drugiej natomiast niepewność związana z konfliktami zbrojnymi, kosztami energii oraz potencjalnym wpływem zjawisk klimatycznych, takich jak El Niño. To właśnie te elementy mogą stać się głównymi czynnikami kształtującymi rynek w nadchodzącym sezonie – wylicza.
Zarządzanie ryzykiem cenowym
Przez wiele lat uczestnicy rynku podkreślali znaczenie notowań giełdy MATIF jako podstawowego wyznacznika cen rzepaku w Polsce. Jednocześnie rzeczywiste ceny transakcyjne są korygowane przez premie lub dyskonty wynikające z lokalnej sytuacji podażowo-popytowej.
– Wysokość przyszłych premii będzie zależeć przede wszystkim od skali importu. Jeżeli do Polski napłyną znaczące ilości rzepaku drogą morską lub kolejową, dodatkowa podaż będzie ograniczała presję na wzrost premii krajowych. Jeśli natomiast import okaże się niewystarczający, premie mogą utrzymywać się na podwyższonych poziomach – ocenia Anna Bykowska.
Ekspertka z ADM Direct Polska zwraca ponadto uwagę, że rynek nie funkcjonuje wyłącznie w oparciu o klasyczne kontrakty z formułą MATIF ± premia. W praktyce producenci mają do dyspozycji wiele różnych modeli sprzedaży. Część transakcji zawierana jest bez sztywnej formuły cenowej, a takie rozwiązania cieszą się dużym zainteresowaniem rolników.
Komentując, czego obecnie oczekują rolnicy rozpoczynający negocjacje z zakładami, Arkadiusz Gasidło mówi, że najważniejsze są dla nich bezpieczeństwo i możliwość uzyskania satysfakcjonującej ceny.
– Z tego powodu dużym zainteresowaniem cieszą się umowy typu 70/30 oraz umowy depozytowe. W takich rozwiązaniach rolnik dostarcza rzepak do zakładu, ale nie ustala od razu ceny sprzedaży. Ostateczne rozliczenie następuje dopiero w późniejszym terminie, często w trakcie sezonu. Standardowo termin rozliczenia takich umów sięga końca roku kalendarzowego, zwykle do około 20 grudnia. W wyjątkowych przypadkach możliwe jest jednak przedłużenie tego okresu nawet o dodatkowy miesiąc lub dwa – wyjaśnia Gasidło.
Jego zdaniem za takim podejściem stoi przekonanie wielu rolników, że ceny rzepaku mają potencjał wzrostowy.
Jakub Agaś z Bunge Polska mówi, że teoretycznie najlepszym momentem sprzedaży jest okres wysokich cen, jednak przewidzenie takiego momentu staje się coraz trudniejsze ze względu na ogromną liczbę czynników ryzyka wpływających na rynek. Dlatego najrozsądniejszą strategią pozostaje dzielenie ryzyka poprzez sprzedaż części produkcji w różnych momentach sezonu.
– Takie podejście nie gwarantuje osiągnięcia najwyższej możliwej ceny, ale ogranicza ryzyko związane z nieprzewidywalnymi wahaniami rynku. Pozostawienie całej produkcji niesprzedanej aż do wiosny jest bardzo ryzykowne i można je porównać do gry w ruletkę. Uśrednianie cen poprzez stopniową sprzedaż zapewnia znacznie większą stabilność finansową gospodarstwa – przekonuje Agaś.
Minimum 500 euro za tonę rzepaku
Uczestnicy debaty zostali poproszeni o krótką ocenę sytuacji cenowej na starcie nowego sezonu.
Jakub Agaś wskazał na około 520 euro za tonę. Agnieszka Kotarska mówiła, że ceny mogą pozostać zbliżone do tych obserwowanych w poprzednim sezonie, jednak istotnym czynnikiem wpływającym na poziom cen krajowych będzie kurs walutowy. Zmiany relacji złotego do euro mogą poprawić sytuację sprzedających nawet przy niezmienionych notowaniach giełdowych.
23 czerwca Kotarska komentowała, że najbliższe trzy tygodnie będą kluczowe dla rynku.
– Duże znaczenie będzie miał dalszy przebieg pogody, który może wpłynąć na wielkość i jakość zbiorów. Rynek pozostaje także podatny na nagłe reakcje inwestorów i uczestników handlu. Nie widzę realnego zagrożenia spadku notowań rzepaku poniżej poziomu 500 euro za tonę – mówiła przedstawicielka LDC Polska.
Anna Bykowska, odnosząc się do notowań MATIF-u, zwróciła uwagę, że rozwój cen na tej giełdzie zależy od przebiegu żniw i napływu surowca z południowej Europy.
– Jeśli zbiory nie będą opóźnione, a większe ilości rzepaku trafią do punktów dostaw giełdowych, może pojawić się presja podażowa obniżająca ceny kontraktów sierpniowych. Z technicznego punktu widzenia dostrzegam możliwość krótkotrwałego zejścia nawet w okolice 480 euro, jednak traktuję to raczej jako przejściowy scenariusz. W mojej ocenie najbardziej prawdopodobny przedział cenowy na okres żniw to 480–520 euro za tonę – komentowała Bykowska.
Arkadiusz Gasidło zakłada, że przy obecnych wahaniach cenowych bazowa cena rzepaku w Polsce może być o około 10% wyższa niż rok wcześniej.
– Daje to poziom około 2200 zł za tonę, być może z niewielką premią ponad tę wartość. Mówię o cenie „płaskiej”, bez uwzględniania dodatkowych premii czy indywidualnych warunków kontraktów – zaznaczał ekspert z Bielmaru.
W ocenie Juliusza Młodeckiego rynek może zostać zaskoczony jakością tegorocznego surowca. Zwrócił uwagę, że na wielu plantacjach rzepak kwitł dwukrotnie, co może przełożyć się na większe zróżnicowanie dojrzewania oraz parametrów jakościowych nasion.
– Jeżeli chodzi o późniejszą część sezonu, zwłaszcza okres jesienny i spokojniejszy handel po zakończeniu żniw, przewiduję ceny w przedziale 2200–2300 zł za tonę. Jest to jednak raczej wyraz oczekiwań niż twarda prognoza – mówił Młodecki.
Magdalena Szymańska
