Pierwsza część obory w Trzebinach została uruchomiona w 2024 r.Dominika Zieja
StoryEditorMleko

Miał 120 krów i zaczynał dój o 5 rano. Dziś ma 300 krów i zupełnie inny poranek

22.10.2026., 16:00h
Dominika ZiejaDominika Zieja

Automatyczny dój nie oznacza, że hodowca może przestać zaglądać do obory. Zmienia się jednak charakter jego pracy – zamiast godzin spędzanych przy dojarni, coraz większe znaczenie ma analiza danych, obserwacja zwierząt i szybka reakcja na sygnały płynące z systemu. O swoich doświadczeniach z robotyzacją podczas Kongresu Polskie Mleko opowiedzieli Witold Glapa z Przedsiębiorstwa Długie Stare oraz Jakub Juskowiak, hodowca z okolic Gostynia.

Pierwsze roboty pojawiły się w gospodarstwie w 2012 r.

Witold Glapa, główny hodowca w Przedsiębiorstwie Długie Stare, reprezentuje gospodarstwo, które z automatycznym dojem ma już wieloletnie doświadczenie. Przedsiębiorstwo gospodaruje na ok. 3,5 tys. ha i utrzymuje ok. 2600 sztuk bydła mlecznego, w tym 1200 krów. W czterech zakładach znajdują się obory mleczne, a w kolejnych utrzymywane jest bydło mięsne oraz młodzież. W całym przedsiębiorstwie pracuje 16 robotów udojowych. W dwóch oborach robotowych wydajność przekracza 14 tys. kg mleka od krowy.

Pierwsze roboty pojawiły się w przedsiębiorstwie już w 2012 r. Wtedy było to rozwiązanie pionierskie. Jak podkreślał Glapa, gospodarstwo należało do pierwszych w kraju, które zdecydowały się na taką technologię.

– Mamy już czternaście lat doświadczenia z robotami. Przez ten czas mogliśmy zobaczyć, co rzeczywiście zmienia się w gospodarstwie po przejściu z hali udojowej na automatyczny dój – mówił Witold Glapa. – Po wprowadzeniu robotów najbardziej zauważalna była zmiana organizacji pracy. Zniknęła konieczność prowadzenia całego stada do doju o określonych porach.

image
Witold Glapa, główny hodowca w PR Długie Stare
FOTO: Dominika Zieja

Krowa decyduje, kiedy się doi

Jednym z najważniejszych doświadczeń, na które zwrócił uwagę Glapa, jest częstotliwość doju. Na hali każda krowa była dojona dwa razy dziennie. W systemie automatycznym częstotliwość może być znacznie większa i zależy w dużej mierze od zachowania zwierzęcia.

W Długiem Starem większość krów odwiedza robota około trzech razy dziennie. Są jednak sztuki, które korzystają z niego cztery, a nawet pięć razy na dobę. Podganiane są jedynie te sztuki, które same nie przychodzą do robota wystarczająco często. Dotyczy to głównie krów świeżo po wycieleniu i pierwiastek, które dopiero uczą się korzystania z systemu.

W systemie automatycznego doju ważna jest również ilość mleka uzyskiwana podczas jednej wizyty. W gospodarstwie minimalna ilość mleka kwalifikująca krowę do doju wynosi 7 kg. Średnia ilość mleka przypadająca na jedną wizytę nie przekracza 24 kg. Oznacza to mniejsze jednorazowe obciążenie wymienia.

– Krowa sama decyduje, jak często chce podejść do robota. Naszą rolą jest stworzenie takich warunków, żeby miała możliwość swobodnego korzystania z tej technologii – podkreślał Glapa.

Automatyczne dojenie pomaga zarządzać żywieniem krów

Automatyczny system pozwala również inaczej zarządzać żywieniem. W Długiem Starem krowy otrzymują podstawową dawkę PMR, natomiast robot pełni dodatkowo funkcję stacji paszowej. Ilość paszy treściwej może być dostosowana do potrzeb konkretnego zwierzęcia.

U pierwiastek maksymalna ilość paszy podawanej podczas jednego podejścia przekracza 7 kg, natomiast u wieloródek wynosi ok. 8 kg. Hodowcy nie chcą zwiększać tych wartości ze względu na ryzyko problemów metabolicznych.

System daje również możliwość stopniowego ograniczania dawki paszy w robocie pod koniec laktacji. Jak zauważył Glapa, krowy w tym okresie potrafią nadal produkować ponad 40 kg mleka, mimo że zbliżają się do zasuszenia. Samo odebranie paszy z robota nie zawsze wystarcza, ponieważ zwierzę nadal chętnie do niego wraca.

Dlatego w gospodarstwie wykorzystuje się separację. Krowy około tygodnia przed zasuszeniem trafiają do osobnej grupy. Zamiast PMR dla krów mlecznych otrzymują tam TMR dla krów zasuszonych. W ten sposób można stopniowo ograniczyć wydajność przed zasuszeniem.

Same dane nie wystarczą

Robot dostarcza hodowcy znacznie więcej informacji niż sam wynik doju. W Długiem Starem pracownicy korzystają m.in. z raportów dotyczących zdrowotności, rozrodu, liczby wizyt, częstotliwości doju, prędkości oddawania mleka czy krów wymagających podganiania.

– Robot daje nam ogromną ilość danych, ale same dane nie wystarczą. Każdą krowę trzeba przeanalizować indywidualnie i wiedzieć, dlaczego system wskazuje właśnie tę sztukę – zwracał uwagę hodowca.

8 robotów pracuje w Zakładzie Rolnym Trzebiny

Doświadczenia z pierwszej zrobotyzowanej obory wybudowanej w 2012 roku w Niechłodzie zostały wykorzystane przy budowie kolejnej. W Zakładzie Rolnym Trzebiny uruchomiono już osiem robotów. Pierwsze cztery rozpoczęły pracę w 2024 r., a kolejne cztery w lipcu bieżącego roku. Obiekt jest nadal zasiedlany.

image
Pierwsza część obory w Trzebinach została uruchomiona w 2024 r.
FOTO: Dominika Zieja

Nowa obora różni się od pierwszej m.in. rozwiązaniem stref separacji. Za robotami znajdują się miejsca, do których można skierować krowę wymagającą zabiegu weterynaryjnego, inseminacji czy dodatkowej obserwacji. Zaplanowano również rozwiązania ułatwiające kąpiel racic.

Zmieniła się także technologia zagospodarowania gnojowicy, w pierwszej oborze zainstalowane są zgarniacze, natomiast w Trzebinach zastosowano kolektory. Wymusiło to zmianę technologii legowisk. W pierwszym obiekcie stosowane są materace słomiano-wapienne, natomiast w Trzebinach wykorzystano materace wodne z pianką.

Takie doświadczenia pokazują, że robotyzacja nie kończy się na zakupie samego robota. Technologia wpływa na układ obory, sposób żywienia, system usuwania odchodów, organizację grup oraz codzienną pracę ludzi.

Od hali udojowej do robotów

Znacznie krótszym doświadczeniem może pochwalić się Jakub Juskowiak, prowadzący wraz z rodzicami rodzinne gospodarstwo w Brzeziu w okolicy Gostynia. W gospodarstwie znajduje się ponad 750 sztuk bydła, w tym ok. 280 krów dojnych i ponad 300 krów razem z zasuszonymi. Utrzymywane jest również niespełna 300 opasów. Pierwszy automatyczny dój rozpoczął się w gospodarstwie w grudniu poprzedniego roku. Wcześniej 120 krów dojono na hali udojowej typu rybia ość, zbudowanej w 2004 r.

Zmiana systemu doju oznaczała przede wszystkim zmianę rytmu pracy gospodarzy. Wcześniej dzień zaczynał się od doju o piątej rano. Po uruchomieniu robotów hodowca może rozpocząć pracę później, a pierwszym punktem porannej kontroli nie jest już koniecznie dój.

– Dzisiaj wchodzimy do obory z kawą i najpierw patrzymy, czy na porodówce wszystko jest w porządku, czy urodziły się cielęta i nimi się zajmujemy w pierwszej kolejności. Dopiero później sprawdzamy, ile krów trzeba podgonić do robota. To całkowicie zmieniło kolejność naszych obowiązków – opowiadał Jakub Juskowiak.

Dla gospodarza ważna jest nie tylko oszczędność czasu. Zmienił się również charakter pracy. Zamiast wielogodzinnego doju pojawiła się potrzeba obserwowania zwierząt i reagowania na informacje przekazywane przez system.

image
Obora w Brzeziu została uruchomiona w grudniu 2025 roku
FOTO: rodzinne

Wszystkie krowy do robota

Juskowiakowie zdecydowali się na uruchomienie od razu czterech robotów. Początkowo w nowym budynku znajdowało się około 120 krów, dzięki czemu zwierzęta miały dużo przestrzeni i swobodny dostęp do urządzeń.

image
W nowej oborze w Trzebinach uruchomionej w lipcu bieżącego roku znajdują się 4 roboty Lely Astronaut A5 Next
FOTO: Dominika Zieja

Hodowcy nie przeprowadzili selekcji stada przed przeprowadzką. Wszystkie krowy zostały przeniesione do nowego obiektu. Najwięcej pracy wymagały pierwsze dni, kiedy zwierzęta trzeba było nauczyć korzystania z robota. Cały proces trwał około trzech tygodni, ale najtrudniejsze były pierwsze trzy dni.

– Największe obawy mieliśmy przed pierwszym uruchomieniem. Tymczasem krowy bardzo dobrze poradziły sobie ze zmianą. Pomogło to, że na początku mieliśmy stosunkowo dużo robotów w stosunku do liczby krów, więc zwierzęta miały bardzo łatwy dostęp do doju – mówił Juskowiak.

Początkowo planowano cztery roboty. Jeszcze przed rozpoczęciem budowy gospodarze zdecydowali jednak, że warto przygotować obiekt na sześć urządzeń. Dziś w oborze pracuje już sześć automatów do doju, a przy 280 krowach dojnych gospodarstwo nadal ma pewien zapas możliwości.

image
W oborze państwa Juskowiaków obecnie pracuje 6 robotów udojowych GEA DairyRobot R9500
FOTO: rodzinne

Obora większa na papierze

Jedną z najważniejszych lekcji, jaką Juskowiak wyciągnął z pierwszego okresu użytkowania obory, jest to, że przy inwestycji lepiej zostawić sobie większy margines. Budynek ma 38,5 m szerokości i 115 m długości, a wysokość w kalenicy wynosi niespełna 16 m. Dziś hodowca uważa jednak, że obora powinna być dłuższa. Przy planowaniu inwestycji zakładano, że 120 krów zostanie powiększonych mniej więcej dwukrotnie. Skala rozwoju okazała się jednak znacznie szybsza.

– Dzisiaj wiemy już, że trzeba było zbudować dłuższą oborę. Przy takiej inwestycji naprawdę nie warto oszczędzać na szerokości ganków, długości stołu paszowego czy miejscu na poczekalnię. Tego później nie da się łatwo zmienić – podkreślał Juskowiak.

image
Jakub Juskowiak, hodowca z Wielkopolski
FOTO: Dominika Zieja

Robot wymaga odpowiedniej krowy

Przejście na automatyczny dój wpłynęło również na program hodowlany. Juskowiak podkreślał, że przygotowania do robotyzacji rozpoczęły się jeszcze przed budową nowej obory.

Przy wyborze buhajów zwracano szczególną uwagę na rozstaw strzyków. Jeżeli są one zbyt zbieżne, robot może mieć problemy z prawidłowym podłączeniem kubków udojowych. W efekcie dój może być niekompletny i wymagać dodatkowej uwagi.

Istotne są również zdrowe racice i szybkość oddawania mleka. Hodowca zwrócił uwagę, że wraz ze wzrostem liczby krów i wykorzystaniem robotów, coraz ważniejsze stają się cechy, które wcześniej nie były aż tak istotne.

– Ważny jest też temperament. Krowa nie może być zbyt nerwowa i na przykład wyskakiwać z robota – mówił Juskowiak.

W gospodarstwie Juskowiaków cały dój stada zajmował wcześniej około czterech godzin. Po przejściu na roboty zmienił się przede wszystkim charakter pracy człowieka. Jednocześnie wzrosła liczba zadań, które można wykonywać bezpośrednio przy komputerze. Hodowca może obserwować stado, analizować dane i sprawdzać, które krowy wymagają interwencji.

Robotyzacja przyniosła też pozytywne zmiany w ocenie dobrostanu i zdrowotności stada. Juskowiak zwracał uwagę m.in. na ilość mleka, mniejsze zużycie materiałów do inseminacji oraz mniejszą liczbę wizyt weterynaryjnych.

– Koszty eksploatacyjne mogły obecnie delikatnie wzrosnąć, bo roboty pracują przez całą dobę, ale jestem przekonany, że w zupełności to odrobią. Jest też coś, czego nie da się łatwo przeliczyć na pieniądze – spokój psychiczny gospodarza – podsumował Juskowiak.

Doświadczenia obu gospodarstw pokazują, że o powodzeniu inwestycji decyduje nie tylko wybór urządzenia. Witold Glapa, mający za sobą kilkanaście lat pracy z robotami, przy projektowaniu kolejnej obory wykorzystał doświadczenia z pierwszego obiektu. Jakub Juskowiak, który dopiero rozpoczyna przygodę z automatycznym dojem, już dziś wskazuje elementy, które w kolejnej inwestycji zaplanowałby inaczej. W obu przypadkach powtarza się jeden wniosek: robot ma być częścią całego systemu produkcji. Musi współgrać z układem obory, żywieniem, organizacją grup, hodowlą i sposobem pracy ludzi.

Dominika Zieja

Warsaw
wi_00
mon
wi_00
tue
wi_00
wed
wi_00
thu
wi_00
fri
wi_00
22. październik 2026 16:02