Dopłaty bezpośrednie dla właścicieli gruntów
Jakub Banaś jest rolnikiem prowadzącym wspólnie z żoną 35 ha gospodarstwo w woj. podkarpackim (pow. leżajski, gm. Nowa Sarzyna) – o historii jego gospodarstwa przeczytasz TUTAJ.
Jak wspomina, w szczytowym momencie zajmował się uprawą 44 ha ziemi, jednak utrzymujący się od wielu miesięcy kryzys na rynku zbóż, zmusił go do zrezygnowania z części dzierżawionych gruntów. Z pozostałych 35 ha 7 ha należy do Banasiów. Produkcja zbóż przestała przynosić rolnikom dochód, a w minionym sezonie do każdego ha musieli dołożyć po 150 zł. Ratunkiem dla rolnika i jego rodziny jest praca na etacie, choć jak przyznaje, gdyby dopłaty z dzierżaw mieli dla siebie, rachunek mógłby się spiąć.
– Jestem w sytuacji, w której jest wielu innych rolników dzierżawiących ziemię. Dopłaty bezpośrednie, które należą się rolnikowi uprawiającemu dzierżawione grunty, pobierają właściciele tych gruntów. I to jest problem. Możliwe, że jeśli do tych 30 kilku hektarów brałbym jeszcze dopłaty bezpośrednie, to rachunek mógłby się zamknąć i nie byłbym pod kreską – tłumaczy.
Pseudo rolnicy nie wiedzą, gdzie są ich grunty
Zdaniem rolnika mechanizm wypłaty dopłat należało zmienić już lata temu.
– Ten patologiczny mechanizm zwyczajnie dołuje rolników. Nie ma co ukrywać, że jest wielu pseudo rolników, którzy mają dziesiątki hektarów ziemi, niejednokrotnie dzierżawionych z KOWR-u i nawet nie wiedzą, gdzie są ich grunty, co na nich rośnie itd. Dostają dopłaty za nic – mówi.
Ile rolnik płaci za dzierżawę?
Rolnik przyznaje, że w jego okolicy opłata za dzierżawę nie jest aż tak wysoka, ale właściciele ziemi biorą dopłaty w ramach czynszu dzierżawnego.
– W mojej okolicy, biorąc pod uwagę fakt, że muszę oddać właścicielowi ziemi w ramach czynszu dopłaty, to sam koszt dzierżawy waha się w granicach 500 zł/ha – wyjaśnia.
Jak dodaje, nie wszyscy chcą pieniądze.
– Opłata za dzierżawę jest różna. Część osób chce, by płacić pieniędzmi, a część prosi o oddanie pewnej ilości plonów zebranych z ich działek – dodaje.
Opłata za dzierżawę zależna od lokalizacji gruntów
Rolnik przyznaje jednak, że opłata za dzierżawę jest często uzależniona od tego, gdzie są zlokalizowane i której klasy są to gleby. Stąd wie, że w przeciwległej części powiatu rolnicy za ha dzierżawy płacą nawet kilka tysięcy złotych.
– W drugiej części powiatu leżajskiego są zlokalizowane gospodarstwa specjalizujące się w produkcji warzyw, takich jak kalafior czy groszek zielony. Tam koszty dzierżawy to istne szaleństwo. W niektórych przypadkach, gdzie w grę wchodziły lepsze ziemie, ceny dochodziły do nawet 5 tys. zł/ha – mówi.
Jak dodaje, tak było mniej więcej ok. 2 lat temu, jednak ceny czynszów dzierżawnych zaczęły w końcu spadać, ponieważ ludzi nie było stać na to, żeby płacić za tę ziemię.
– Koszty zaczęły przekraczać jakiekolwiek zyski, więc ludzie zaczęli po prostu rezygnować z dzierżawy tych pól i pomniejszać areał, a właściciele ziem obniżać ceny, żeby można było dalej robić interes. Ceny i tak wciąż oscylują tam w granicach 3,5 – 4 tys. zł/ha – dodaje.
Klęska producentów warzyw
Banaś przypomina, że to właśnie producenci warzyw z Podkarpacia w minionym sezonie ponieśli ogromne straty, ponieważ sieci handlowe sprowadzały towar z zagranicy zamiast kupić go od polskiego rolnika. Tak było w przypadku producentów kalafiorów, których tysiące ton poszło na stracenie, o czym pisaliśmy w artykułach:
-
Wjechał z kalafiorem do ministra. "Polskie warzywa gniją, a w sklepach hiszpańskie" [WIDEO]
-
Polskie kalafiory gniją w polu, a sklepy biorą z importu. Rolnicy: gdzie znikają pieniądze?
Rolnik: „Ludzie nie wiedzą, skąd wzięły się dopłaty”
W ocenie Banasia, wiele osób nie rozumie i nie wie skąd wzięły się dopłaty do rolnictwa i jaki był ich podstawowy cel.
– Wielu ludzi nie rozumie, skąd wziął się pomysł dotowania rolnictwa. W latach 50., kiedy Europa zmagała się jeszcze ze skutkami II wojny światowej, panował głód, a rolnictwo było bardzo zniszczone, zwłaszcza w Niemczech i Francji, pojawił się pomysł, by dotować rolnictwo. Celem miało być zapewnienie bezpieczeństwa żywnościowego, by w Europie nie było nigdy więcej głodu, rolnictwo było wydajne i można było eksportować żywność poza granice Europy – mówi.
Jak twierdzi, założenie było słuszne i przez wiele lat funkcjonowało, aż do momentu, gdy zaczęła się polityka i ideologie.
– Dziś mamy, co mamy, ludzie zwyczajnie nie rozumieją, że głównym beneficjentem dopłat do rolnictwa nie są rolnicy. Z jednej strony beneficjentem dopłat jest konsument, który dzięki nim ma tanią żywność, a z drugiej strony są nim różne firmy z branży agro, produkujące maszyny rolnicze czy zajmujące się produkcją środków ochrony roślin – tłumaczy.
Rolnik musi sprzedać 3 razy więcej mleka, by kupić ciągnik
Zdaniem Banasia sytuacja w rolnictwie stała się naprawdę poważna, a rolnicy, by rozwijać swój park maszynowy muszą sprzedać zdecydowanie więcej płodów rolnych, niż kiedyś.
– Przed wejściem Polski do Unii Europejskiej polski rolnik, by kupić nowy ciągnik w granicach 100 – 130 koni musiał sprzedać ok. 97-110 t pszenicy. Po 22 latach członkostwa w UE jest zmuszony sprzedać pięć razy więcej pszenicy, bo w granicach 500 – 600 t. Producent mleka z kolei musi sprzedać 3 razy więcej mleka niż wtedy, a producent żywca wołowego czy wieprzowego ok. 4-5 razy więcej – podsumowuje.
Rolnik podkreśla, że bez zmian w systemie oraz poprawy opłacalności produkcji coraz więcej rolników będzie zmuszonych do rezygnacji z części upraw lub szukania dodatkowego źródła dochodu poza rolnictwem. Problem dzierżaw, dopłat bezpośrednich i rosnących kosztów produkcji pozostaje jednym z najczęściej poruszanych tematów wśród gospodarzy, którzy obawiają się o przyszłość rodzinnych gospodarstw i konkurencyjność polskiego rolnictwa.
Justyna Czupryniak-Paluszkiewicz
