Od śliwek do jabłek – ewolucja upraw
– Kiedyś mieliśmy 10 ha sadów, w tym 2,5 ha śliwek. W okresie wojny na Bałkanach tamtejsza produkcja została zachwiana, a więc nasz rynek krajowy nie był wtedy zalewany przez import, głównie przez śliwki z Mołdawii, tak jak ma to miejsce teraz. Później dobrze sprzedawało się śliwki na rynek rosyjski i białoruski, ale weszło embargo. Dlatego musieliśmy zaniechać produkcji śliwek. Z owoców miękkich mieliśmy też 1,5 ha czereśni, ale tu bardzo duże straty powodowały przymrozki wiosenne, i również odeszliśmy od tej produkcji. Teraz specjalizujemy się tylko w produkcji jabłek z powierzchni ok. 5 ha – wyjaśnił Dariusz Wróbel.
Nowoczesna produkcja i brak następców
Na przestrzeni ponad 30 lat rolnik nie tylko wyspecjalizował się w produkcji jabłek, ale również znacznie tę produkcję unowocześnił. Wprowadził cięcie sadów sekatorami pneumatycznymi oraz elektrycznymi. Zaś jabłka przechowywane są w profesjonalnych chłodniach z kontrolowaną atmosferą.
– Pomimo rozwoju i unowocześniania gospodarstwa to jego przyszłość nie rysuje się kolorowo. Dzieci dorosły i widzą ile pracy trzeba tu wykonać, aby wyprodukować i sprzedać jabłka z zyskiem, a jest to coraz trudniejsze ze względu na uwarunkowania rynkowe. Dlatego zostaliśmy sami z żoną bez następców – powiedział Dariusz Wróbel
Dyktat sieci handlowych i rynek pracy
Inny problem polega na braku rąk do pracy. Dzisiaj, jak przyznaje pan Dariusz, co drugi pracownik w sadownictwie pochodzi zza wschodniej granicy. Są to Ukraińcy, ale również inne nacje rosyjskojęzyczne.
– Wojna na Ukrainie prędzej czy później się skończy i ci ludzie wrócą do siebie, bo tam będą potrzebni do pracy i odbudowy kraju i wtedy u nas zupełnie zabraknie rąk do pracy, zwłaszcza w sadownictwie – podkreślił rozmówca.
Dariusz Wróbel zwrócił uwagę jak niekorzystna jest dzisiaj dla sadowników dystrybucja owoców za pośrednictwem wielkich sieci handlowych. Na zasadzie, że sieci korzystają z dużych marży, a sadownikom płacą jak najmniej.
– Wielkie sieci handlowe posuwają się do różnych chwytów poniżej pasa, aż do tego stopnia, że jedna z nich ogłosiła wśród sadowników konkurs pod hasłem "kto sprzeda jabłka za jak najniższą cenę" na szczęście nikt z sadowników do tego jakby przetargu nie przystąpił – zaznaczył Dariusz Wróbel.
Kierunek Azja i trudności z płatnościami
Dziś, żeby sprzedać jabłka za stosunkowo dobrą cenę trzeba szukać rynków zbytu w odległej Azji, a na pieniądze czeka się bardzo długo.
– Do czasów wprowadzenia embarga na rynek rosyjski mieliśmy super rynek zbytu na 700 tys. ton jabłek. Przyjeżdżał na miejsce kontrahent, ładowaliśmy ciężarówkę i za 2–3 dni klient zza wschodniej granicy był już u siebie z towarem. Potem to wszystko się zmieniło. Teraz jako przedstawiciele Związku Sadowników RP szukamy nowych rynków zbytu na jabłka, przeważnie podstawowych trzech odmian: Golden Delicious, Gala i Red Delicious. Głównie są to rynki azjatyckie, gdzie musi być to wyłącznie jabłko premium i odpowiednio zabezpieczone na 2–3 tygodnie transportu. Wysyłamy te jabłka za pośrednictwem firm i grup producenckich i najgorsze jest oczekiwanie na zapłatę, która przychodzi po 3 miesiącach, a nawet później – wyjaśnił sadownik.
Na koniec Dariusz Wróbel nakreślił problem związany z uczestnictwem członków izb rolniczych w komisjach ds. szacowania strat w rolnictwie.
– Jako członkowie izb rolniczych jesteśmy zobligowani do uczestniczenia w tych komisjach, odrywamy się od pracy w gospodarstwie i za to uczestnictwo nie dostajemy żadnej odpłatności i nikt nie chce tego obowiązku wziąć na siebie, ani władze gminy, ani wojewoda – zakończył Dariusz Wróbel.
Andrzej Rutkowski
