Klimatyczne skrajności a rolnicza rzeczywistość
Kiedy do Polski napłynęło gorące powietrze znad Afryki i biliśmy rekordy wysokich temperatur, prorocy globalnego ocieplenia natychmiast wykorzystali to, aby wieszczyć rychły koniec cywilizacji i życia na ziemi. Kiedy następnie przyszło zwykłe polskie lato, 17–19 stopni, wiatr i przelotne opady, natychmiast zamilkli. Złośliwcy pytali, ile jeszcze milionów ton węgla musimy spalić, żeby nad Bałtykiem w lipcu było ciepło? Nie dajmy się zwariować. Pogoda, owszem, narozrabiała, ale głównie za Zachodzie. We Francji rolnicy zbierają po trzy tony pszenicy z hektara zamiast sześciu i nie wiadomo, czy zbiorą w ogóle kukurydzę.
Mleczny kryzys i globalna nadpodaż
Żarty żartami, ale sytuacja jest naprawdę poważna, choć nie z powodu temperatur. Ceny szorują po dnie. Na Zachodzie za litr mleka płacą 35 eurocentów, czyli około 1,5 zł. W Polsce średnia cena podawana przez Główny Urząd Statystyczny jest nieco wyższa, ale poczekajmy na dane z czerwca i lipca. Europa zalana jest mlekiem, mlekiem płyną także Stany Zjednoczone. Z liczących się na świecie producentów tylko w Chinach białego surowca jest mniej (spadek z 42 do 40 mld l rocznie). Tak będzie jeszcze przez jakiś czas, trudno dziś powiedzieć, kiedy mleka zacznie ubywać. Wcześniej eksperci prognozowali początek spadku produkcji na październik/listopad. Dziś wydaje się, że może to nastąpić trochę wcześniej, choćby ze względu na wysokie temperatury i przyszły brak pasz. Do tego dochodzą regulacje w poszczególnych krajach. Holendrzy wprowadzili np. limit 2,6 krowy na 1 ha ziemi w gospodarstwie. Jeśli te proporcje nie są zachowane, to rolnik może ziemi dokupić, ale tylko w promieniu 25 km. To przyspieszy spadek pogłowia i produkcji. W Stanach Zjednoczonych produkcja mleka rośnie dzięki wołowinie, której tam brakuje. Bez sprzedaży odsadków z krzyżówek z bydłem mięsnym ich praca byłaby nieopłacalna. A to oznacza, że mleko będzie płynęło tak długo jak długo będzie brakowało wołowiny.
Wieprzowina w dołku i brak patriotyzmu konsumenckiego
Nie lepiej jest ze świniami, które kosztują w Europie 1,5 euro za kilogram (wbc). Przedstawiciele organizacji rolniczych zza naszej zachodniej granicy, których reakcje na różne kryzysy są zazwyczaj bardzo wstrzemięźliwe, tym razem biją na alarm, twierdząc, że obecna sytuacja to coś więcej niż zwykła świńska górka. Europę zalewa hiszpańska wołowina, której z powodu ASF nie można wywieźć z naszego kontynentu. Niemcy pocieszają się tym, że u nich to jeszcze nie jest aż tak źle. Twierdzą, że znacznie gorzej jest w Polsce, gdzie sieci handlowe nie przykładają takiej wagi do kraju pochodzenia żywności jak w Niemczech. I tu pewnie jest pies, a raczej świnia pogrzebana. Bo skąd wzięło się w naszym języku przysłowie: „Cudze chwalicie, swego nie znacie, Sami nie wiecie, Co posiadacie”? Oryginalnie pochodzi z wiersza „Wieś” Stanisława Jachowicza, poety, bajkopisarza i pedagoga żyjącego w pierwszej połowie XIX w. Wówczas autorowi chodziło o zachwyt romantycznych poetów nad krajobrazami południowej Europy, jego zdaniem, polska wieś pod tym względem niczym nie ustępowała Toskanii czy Prowansji. Dziś słowa Stanisława Jachowicza znaczą zupełnie coś innego.
Miliony na innowacje zamiast na realne wsparcie
I w takiej sytuacji Centrum Doradztwa Rolniczego ogłasza projekt Urban Living Farm – ma to być pierwszy w Polsce demonstrator rolnictwa miejskiego. Budżet przedsięwzięcia to 40 mln zł. Mniej więcej tyle, co kilka funduszy promocji razem wziętych (np. mleka, wieprzowiny i wołowiny). W planie są uprawy hydroponiczne, aeroponiczne i wertykalne, instalacje agrofotowoltaiczne, zamknięty obieg wody, bioreaktory mikroalg wspomagające pochłanianie dwutlenku węgla itd. Jak się kończą takie dziwaczne projekty? Pamiętam, jak kilka lat temu promowano miejskie pasieki. Niemal każdy urząd wojewódzki lub marszałkowski za punkt honoru miał posiadanie przynajmniej jednego ula na dachu. Dziś ministerstwo środowiska wzywa do ich likwidacji, bo pszczoła miodna wypiera inne gatunki owadów.
Edukacja i promocja szansą dla polskiej żywności
Czy za te pieniądze nie można przeprowadzić akcji uświadamiającej konsumentów, żeby wybierali polską, dobrą żywność? Żeby nie kupowali w Biedronkach i Lidlach łopatki wieprzowej z Hiszpanii po 6,99 zł/kg. Przecież z każdym rokiem przepaść i brak zrozumienia między wsią i miastem rośnie. Przecież to nie rolnicy są w większości. To ludzie spoza rolnictwa kupując jedzenie decydują kto zarabia: Hiszpan, Francuz, Polak, Niemiec czy Holender. A gdyby Magda Gessler, która od 32 sezonów zatruwa życie kucharzom z barów i restauracji jak polska długa i szeroka, dała im spokój choć na jeden sezon i przyjrzała się importowanej do nas żywności? Nie byłoby to niezgodne z przepisami Unii Europejskiej o jednolitym rynku a przyniosłoby znacznie więcej korzyści niż aeroponiczne uprawy i bioreaktory mikroalg.
Paweł Kuroczycki
redaktor naczelny Tygodnika Poradnika Rolniczego
fot. AHM
