Jaja z ukraińskich ferm zdobywają Europę
I oto mamy przykład jaj z Ukrainy. Unia w swej dobroci, chcąc wesprzeć walczącą Ukrainę, otworzyła szeroko swoje granice na żywność od naszego wschodniego sąsiada. I okazało się, że między styczniem a listopadem 2025 roku do UE zaimportowano stamtąd ponad 85 000 ton jaj o wartości około 148 mln euro. Import jaj zwiększył się pięciokrotnie. Ich produkcja nie spełnia żadnych unijnych norm dobrostanowych. W Ukrainie w żywieniu zwierząt stosować można mączki mięsno-kostne, w Unii zakazane od końca lat 90. z powodu choroby szalonych krów.
Pieniądze za jaja nie trafiają na Ukrainę
Istotne dla całej sprawy jest także to, że korporacje, które zajmują się produkcją i eksportem tych jaj zarejestrowane są na Cyprze i to tam wędrują ich zyski, a nie do marznących w ciemności mieszkańców Kijowa, Charkowa czy Odessy. Jako pierwsi lament w tej sprawie podnieśli Niemcy, którzy nie są w stanie w żaden sposób konkurować z tanią ukraińską produkcją, bo dzięki inwencji i aktywności rodzimych obrońców zwierząt są w europejskiej awangardzie dbających o dobrostan niosek. Tracą producenci pasz, a zatem i rolnicy dostarczający zboża paszowe. Co więcej, ukraińskie jaja nie mają żadnych oznaczeń, więc mogą na sklepowych półkach grać rolę ekologicznych. Tak wygląda w praktyce liberalizacja handlu.
Żółty ser po 7 złotych za kilogram rujnuje polską markę
Mniej więcej przed tygodniem trafiłem na ser gouda w sklepie jednej z sieci działających w Polsce, który kosztował w promocji 7 złotych za kilogram. Tak! Kilogram plastrowanej goudy sieć sprzedawała po 7 zł. Dwa piwa kosztują więcej. A eksperci od rynku spożywczego przekonują, że polskie mleczarnie powinny zająć się produktami, które dają wysoką marżę. Jak na przykład włoski parmezan z górnej półki sprzedawany w 100-gramowych opakowaniach po 8–10 zł za sztukę. W jaki sposób mamy to osiągnąć, skoro na dolnej półce leży ser od polskiego producenta po 7 zł/kg? To oczywiście chwyt sieci handlowej, żeby zwabić klientów i przywiązać ich do siebie, ale ma on także swoje poważne konsekwencje. Konsument wychodząc ze sklepu z goudą po 7 zł, jest przekonany, że produkty mleczne są tanie, będą tanie, a nawet bardzo tanie. Podobnie jest z wieprzowiną po 6,99 zł/kg. I tu wypada zadać pytanie: ile producent tuczników dostał za żywiec, skoro w sklepie mięso kosztuje tak niewiele?
Nie da się zrobić z łopatki bez kości produktu wysokomarżowego. Jednak hiszpańskie i włoskie, długodojrzewające wędliny, które kosztują czasami po 100 euro/kg (to nie pomyłka), pokazują, że z wieprzowej szynki można wycisnąć przysłowiowe złoto. Są one jednocześnie symbolami rozpoznawalnymi nawet w odległych zakątkach świata. To nie przypadek, że Włosi wpisali swój parmezan na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Do tego wszystkiego trzeba mieć jednak jasną wizję i długofalową politykę państwa.
Schroniska dla zwierząt to dobry zarobek dla ich właścicieli
Niedawno wybuchła afera ze schroniskami dla zwierząt. Na przykładzie niesławnego Sobolewa widać, że branża przyjaciół zwierząt to w istocie sposób na wygodne życie i zarabianie pieniędzy. Oczywiście rykoszetem oberwą też ci, którzy rzeczywiście starają się ratować zwierzęta i nie polewają ich wodą na kilkunastostopniowym mrozie, żeby zdechły. Spora część interwencji tych różnych inspektoratów i azylów służyła i służy główne zarabianiu pieniędzy na konfiskowaniu zwierząt, często Bogu ducha winnym rolnikom.
Mogą też blokować inwestycje, walcząc o ślimaki, motylki albo ptaszki i wycofując swój sprzeciw wobec budowy, np. fabryki za sowitą darowiznę. Ukraińcy, gdy w 2022 r. przyjechali do Polski, byli zadziwieni ilością u nas domowych psów i kotów. Co druga rodzina w Polsce ma psa a cztery na dziesięć kota. Pewnie stąd bierze się nasza bardzo silna wrażliwość na los zwierząt, która sama w sobie nie jest zła. Wspomniane organizacje z tego korzystają dodatkowo rozkręcając histerię wokół losu psów i kotów. Pozwala to coraz mocniej dokręcać dobrostanową śrubę. A młode pokolenie zaczyna utożsamiać zwierzaki z członkami rodzin i stąd biorą się „psiecka” zastępujące „dziecka”. To przybiera już takie rozmiary, że niebawem lekarze weterynarii od małych zwierząt stracą robotę, bo ich rolę przejmą pediatrzy.
Paweł Kuroczycki
redaktor naczelny Tygodnika Poradnika Rolniczego
