500 ton warzyw bez odbioru. Dramat młodego rolnika ze Świętokrzyskiego
Jeszcze niedawno jego gospodarstwo funkcjonowało w miarę stabilnie. Młody rolnik z Gałkowic w woj. świętokrzyskim, który przejął rodzinny dorobek budowany przez pokolenia, postawił na rozwój i bezpieczeństwo – produkcję oparł o kontraktację. Dziś to właśnie kontrakty stały się początkiem największego kryzysu. Na polu zalega około 500 ton warzyw – 300 ton marchwi i 200 ton selera. Towar przygotowany zgodnie z umową nie został odebrany.
– No i 500 ton leży, które jest do wyrzucenia praktycznie w tym momencie – mówi Maciej Siekiera ze Świętokrzyskiego.
Jeszcze zimą wszystko miało wyglądać inaczej – odbiory były rozpisane, a sprzedaż zaplanowana tak, by utrzymać płynność finansową gospodarstwa. Dziś wszystko runęło. Rolnik pozostał z niespłaconymi ratami kredytów, z brakiem środków do życia i brakiem perspektyw na przyszłość.
Umowy były. System zawiódł
Maciej Siekiera podkreśla, że zrobił dokładnie to, czego oczekuje się dziś od producentów rolnych – zabezpieczył sprzedaż.
– Umowa kontraktacyjna, wszystko zgodnie z prawem, prawnicy analizowali tę umowę – wyjaśnia.
Minimalne ceny, choć niskie, dawały jakąkolwiek przewidywalność. Marchew zakontraktowano po 20 groszy za kilogram, seler po 95 groszy. W rzeczywistości okazało się jednak, że zapisy umowy nie gwarantują niczego. Kontrahent, powołując się na sytuację w zakładach przetwórczych, po prostu nie odebrał towaru.
– Nie mam bladego pojęcia, dlaczego się wycofali – mówi rolnik.
Lawina problemów finansowych
Brak odbioru to nie tylko niesprzedany towar. To efekt domina, który uderza w całe gospodarstwo. Rolnik szacuje, że w polu zostało około 300 tys. zł w towarze, a same koszty produkcji przekroczyły 140 tys. zł. Bez wpływów nie ma środków na bieżące funkcjonowanie.
– Straciliśmy płynność… sezon się zaczyna, nie ma z czego wystartować – podsumowuje.
Zaległości zaczęły narastać błyskawicznie – od grudnia nie są regulowane raty kredytów i leasingów. Dla młodego gospodarza to szczególnie trudna sytuacja – odpowiada nie tylko za siebie, ale i za rodzinę oraz dorobek kilku pokoleń.
Utylizacja? Koszt nie do udźwignięcia
Najbardziej dramatyczny jest fakt, że nawet pozbycie się warzyw generuje kolejne koszty. Stawka za utylizację to około 300 zł za tonę. Przy 500 tonach oznacza to kwoty, które dla zadłużonego gospodarstwa są po prostu nieosiągalne.
– Musiałbym sprzedać ze 2 hektary pola, żeby zapłacić za utylizację – relacjonuje.
Warzywa gniją na polu, zaczynają wydzielać zapachy i stają się problemem także dla okolicznych mieszkańców.
Presja, groźby i wycofanie się z życia "publicznego"
Po ubiegłorocznej akcji samozbiorów papryki, którą pan Maciej ogłosił w swoim gospodarstwie wydawało się, że historia rolnika zakończyła się pozytywnie. Pomoc ludzi pozwoliła zebrać plony. Jednak – jak dziś przyznaje – nagłośnienie sprawy miało również swoją cenę.
– Dostawaliśmy sms-y… grożono nam śmiercią – informuje.
Z czasem pojawiły się też niepokojące sytuacje wokół gospodarstwa.
– Ktoś świecił po nocach latarką po pokojach, gdzie dzieci śpią – dodaje.
Strach o rodzinę sprawił, że rolnik wycofał się z aktywności medialnej.
– Życie moje i moich dzieci jest ważniejsze – podkreśla.
Kontraktacja nie chroni rolnika
Paradoks całej sytuacji polega na tym, że bohater tej historii zrobił dokładnie to, co od lat zaleca się rolnikom – produkował wyłącznie pod umowy.
– Nie zrobiłem nawet kilograma warzyw, którego nie miałem zakontraktowanego – tłumaczy.
Mimo to został bez pieniędzy i bez żadnej realnej ochrony. Kary umowne okazują się symboliczne, a dochodzenie roszczeń w sądzie – praktycznie niemożliwe ze względów finansowych.
– 10% trzeba wpłacić wartości spornej. Nie mam takiej możliwości finansowej – wyjaśnia.
Młody rolnik na granicy wytrzymałości
W rozmowie najmocniej wybrzmiewa nie tylko problem ekonomiczny, ale też psychiczny ciężar sytuacji.
– Każdy ma swoje granice… czuję, że moje siły się kończą – mówi w rozmowie.
Brak wsparcia instytucjonalnego, rosnące długi i poczucie niesprawiedliwości tworzą mieszankę, która – jak przyznaje – może doprowadzić człowieka do skrajnych decyzji.
Problem większy niż jedno gospodarstwo
Historia ze Świętokrzyskiego nie jest wyjątkiem. Coraz więcej rolników sygnalizuje podobne sytuacje – zerwane kontrakty, brak odbioru i pełne przerzucenie ryzyka na producenta.
Co to oznacza? Ze nawet nowoczesne, rozwijające się gospodarstwa mogą w jednej chwili znaleźć się na skraju upadku.
– Nie wiem, gdzie do kogo się udać i gdzie tej pomocy szukać. Zostałem z tym sam – żali się rolnik.
Na polu wciąż leżą setki ton warzyw. A razem z nimi – przyszłość młodego rolnika i jego rodziny na krawędzi bankructwa.
Agnieszka Sawicka
