Zakaz protestu rolników w Bydgoszczy
Prezydent Bydgoszczy zakazał planowanego protestu rolników w centrum miasta 8 stycznia 2026 roku. Chodziło o pokojową manifestację z udziałem około 200 osób i nawet 150 ciągników.
Rolnicy sprzeciwiali się m.in. umowie UE–Mercosur oraz napływowi taniej żywności z zagranicy. Miasto uzasadniło zakaz obawą o bezpieczeństwo i paraliż komunikacyjny.
Organizatorzy odwołali się do sądu. Zgodnie z przepisami decyzja powinna zapaść w 24 godziny, ale termin już minął, a rozstrzygnięcia wciąż nie ma. Rolnicy ostrzegają, że ta sprawa może stać się precedensem dla blokowania protestów w całej Polsce.
„Rolnik to nie problem – to bezpieczeństwo państwa”
– W naszej ocenie doszło do rażącego naruszenia prawa. Organ administracji nie wyważył dwóch konstytucyjnych wartości: uciążliwości dla mieszkańców i prawa do zgromadzeń publicznych – mówi Jan Kaźmierczak, przedstawiciel Ogólnopolskiego Stowarzyszenia Obrony Praw Rolników.
Jak dodaje, miasto nie podjęło żadnej próby dialogu.
– Dzwoniłem do urzędu, mówiłem: przyjadę, usiądźmy, powiedzcie, co wam się nie podoba, zmieńmy organizację protestu tak, żeby było bezpiecznie. Nikt nie chciał rozmawiać - mówi.
Kaźmierczak podkreśla, że wcześniejsze protesty rolników w Bydgoszczy – nawet z udziałem ponad 1600 traktorów – przebiegały bez żadnych incydentów.
Spór o równość wobec prawa
Przedstawiciel Ogólnopolskiego Stowarzyszenia Obrony Praw Rolników zauważa, że państwo stosuje różne standardy wobec różnych grup.
– Gdy aktywiści przyklejają się do asfaltu na głównych arteriach Warszawy, państwo nie reaguje w ten sposób. A gdy protestują rolnicy, nagle słyszymy, że są zagrożeniem – wskazuje w rozmowie z naszą redacją Kaźmierczak.
Prawo jasno stanowi, że organ administracji ma obowiązek domniemywać legalność zgromadzenia, a nie zakładać zagrożenie z góry.
- Domagamy się symetrii w stosowaniu prawa i realnego poszanowania procedur, które państwo samo ustanowiło – dodaje.
Kontrowersje wokół procedury sądowej
Stowarzyszenie odwołało się od decyzji Sądu Okręgowego w Bydgoszczy do Sądu Apelacyjnego w Gdańsku. Organizatorzy złożyli zażalenie 4 stycznia o 2:03 nad ranem. Ustawa przewiduje, że sprawa powinna być rozpoznana w ciągu 24 godzin, jednak do tej pory nie zapadła decyzja.
– Obywatel i stowarzyszenie muszą dotrzymywać terminów co do minuty, natomiast instytucja publiczna – mimo wyraźnego obowiązku ustawowego – może je przekraczać bez żadnej reakcji systemu – podkreśla Kaźmierczak.
„To nie koniec, to dopiero początek”
Rolnicy zapowiadają dalszą walkę prawną i nagłaśnianie sprawy w całym kraju.
– To nie jest tylko walka o jeden protest. To walka o prawo wsi do bycia słyszaną – podsumowuje Kaźmierczak.
Sprawa z Bydgoszczy może stać się precedensem ograniczającym możliwość organizowania protestów rolniczych w całej Polsce, ostrzegają organizatorzy.
Będziemy śledzić sprawę i informować na bieżąco o dalszym przebiegu wydarzeń.
źródło: Jan Kaźmierczak/Fb oraz wywiad własny
Agnieszka Sawicka
