Dramatyczne gradobicie w Wielkopolsce
To było 15 minut, w trakcie których stracili uprawy doglądane przez wiele miesięcy. Rolnicy z pow. leszczyńskiego z trwogą spoglądają na wybite kłosy zbóż i łuszczyny rzepaku, strzaskane liście kukurydzy, toczące się po polu ziarna grochu wybite ze strąków i zmasakrowane buraki.
30 czerwca br. superkomórka burzowa doprowadziła do zniszczeń w uprawach rolniczych, jakich nie widzieli najstarsi mieszkający tam rolnicy. Niespełna tydzień po gradobiciu gminę Lipno w powiecie leszczyńskim odwiedził minister rolnictwa i rozwoju wsi Stefan Krajewski.
Czytaj dalej pod WIDEO:
Największe zniszczenia odnotowano w gminach Lipno i Krzywiń. W gminie Lipno żywioł dotknął ok. 75 proc. wszystkich użytków rolnych. Szkody przekraczające 70 proc. wystąpiły na powierzchni ok. 4560 ha u blisko 200 poszkodowanych rolników. Najbardziej ucierpiały uprawy zbóż, rzepaku, kukurydzy, buraków i warzyw.
Z kolei w gminie Krzywiń zniszczenia objęły ok. 42 proc. użytków rolnych. Szczególnie duże straty wystąpiły w uprawach kukurydzy na terenach, gdzie poziom zalegającej wody miejscami osiągał ok. 1,2 m.
Minister Krajewski zgodził się z rolnikami, co do tego, że straty są ogromne i dodał, że zależy mu na tym, by jak najszybciej uruchomić pomoc i wypłacić rekompensaty. Nie podał jednak konkretnych terminów i podkreślił, że teraz najważniejsze jest sprawne i rzetelne przekazanie protokołów szacowania strat.
Czytaj dalej pod FOTO:
Skala strat a pogłowie zwierząt
Ze skutkami gradobicia mierzy się Leszek Nowak – rolnik ze wsi Wyciążkowo (gm. Lipno). W gospodarstwie zajmuje się produkcją warchlaka. Łącznie uprawia 21 ha ziemi, z czego 14 ha zbóż i rzepaku stracił podczas nawałnicy. Jak mówi, rzeczoznawca pojawił się w jego gospodarstwie kilka dni po kataklizmie. Co stwierdził?
– Rzeczoznawca z ubezpieczalni oszacował straty w uprawie zbóż na 60%, a w rzepaku na 76%. Moim zdaniem straty są większe, ale ważne, że w ogóle dojechał. Złożyliśmy do gminy protokół szacunkowy, wpisaliśmy liczbę zwierząt. Obawiamy się, że może to nam obniżyć dochody – mówi.
Jak przyznaje, obawia się tego, że nie wystarczy mu paszy dla zwierząt i nie będzie miał jej skąd wziąć, ponieważ ubiegłoroczne zapasy się kończą.
– Zostaliśmy bez paszy. Mamy pełną obsadę zwierząt, a magazyny świecą pustkami. Aktualnie z niepokojem patrzymy w przyszłość, a perspektywa, która się przed nami roztacza, nie jest najlepsza. Liczymy na to, że przyjdą odszkodowania z ubezpieczalni – dodaje.
Zobacz też: „Grad zniszczył nam 320 ha”. Rolnik nawet nie może ratować swoich pól
Rolnik: „Poradzilibyśmy sobie, gdyby nie niska opłacalność”
Nowak mówi wprost, że gdyby nie to, że opłacalność w rolnictwie szoruje po dnie, a rolnicy sprzedają zwierzęta za bezcen, sami poradziliby sobie ze skutkami gradobicia i nie musieliby liczyć na pomoc ze strony państwa czy ubezpieczalni.
– Zastanawiamy się, w jaki sposób będzie nas ratował polski rząd, bo my byśmy sobie poradzili ze skutkami tego gradobicia, gdyby nie niska opłacalność. Obecnie sprzedajemy warchlaka po 150 zł/szt., czyli bez zysku. Gdyby rolnictwo w Polsce się opłacało, to nikt nie chodziłby do rządu po dopłaty – dodaje.
Rolnik liczy na to, że zbierze cokolwiek
Po oszacowaniu przez rzeczoznawcę z ubezpieczalni rolnik może już zbierać pozostałości plonów. Jak mówi, nie będzie zwlekał, bo ziarna, które wypadły z kłosów zbóż i łuszczyn rzepaku, zaczynają kiełkować. Liczy się jednak z tym, że plony będą żadne, albo o wiele niższe, niż się spodziewał. Do zbiorów zniszczonych przez gradobicie zbóż nie zachęca go fakt, że przejazd kombajnem to również koszt, który trzeba ponieść, a którego nie zrekompensuje ani cena ziarna, ani jego ilość.
– Jeśli pozbieramy 20% tego, co jest, to będzie dużo. Teraz musi być pogoda. Każdy kolejny deszcz i wiatr może połamać to, co zostało. Pszenica jeszcze nie jest do zbioru, a każdy kolejny dzień obniża plon. Co z tego, że jest oszacowane na 60%, skoro wszystko zaczyna dojrzewać i ziarniaki wypryskują z kłosów, bo są uszkodzone – dodaje.
Nowak spodziewa się, że protokoły z szacowania strat zostaną mu przekazane w terminie do trzech tygodni. Nie liczy również na obfity plon z rzepaku, bo nawałnica go nie oszczędziła.
– Rzepak był przeznaczony na sprzedaż, ale spodziewamy się niższych plonów, bo góra jest mocno wytrzepana – tłumaczy.
Rolnik ma nadzieję na pomoc ze strony państwa
Rolnik nie ukrywa, że w obecnej sytuacji liczy na szybkie działania ze strony rządu.
– Minister Krajewski podczas wizyty w powiecie leszczyńskim powiedział, że woli działać, a nie obiecywać, więc liczymy na to, że podejmie jakieś działania – kończy.
Zobacz też: „Nie została mi żadna uprawa”. Jedna burza zniszczyła rolnikom cały rok pracy
Rolnik obawia się, że odszkodowanie nie pokryje szkód
Gradobicie nie ominęło także upraw Waldemara Tomaszewskiego z Żakowa (gm. Lipno) prowadzącego gospodarstwo o powierzchni blisko 17 ha, specjalizującego się w hodowli świń. Nawałnica zniszczyła niemal wszystkie jego uprawy. Straty w jęczmieniu i pszenicy ozimej sięgają ponad 90%, a rolnik obawia się, że odszkodowanie nie pokryje poniesionych szkód.
– Zniszczeniu uległy praktycznie wszystkie uprawy. Łącznie jest to 14,65 ha – mówi.
Jak przyznaje, gospodarstwo zostało już skontrolowane przez rzeczoznawcę. Wstępna wycena nie napawa go jednak optymizmem.
– Nie jestem zadowolony z wyceny. Nie znam jeszcze ostatecznej kwoty odszkodowania, ale obawiam się, że będzie zbyt niska. Straty oszacowano na 95 proc. w jęczmieniu i 92 proc. w pszenicy ozimej – dodaje.
Mimo zakończenia oględzin przez ubezpieczyciela Tomaszewski wciąż wstrzymuje się z pracami na polach. Czeka na działania ze strony gminy.
– Złożyłem wniosek do urzędu gminy i czekam. Być może gospodarstwo odwiedzi jeszcze komisja, dlatego na razie nie mogę wjechać w pole – wyjaśnia.
Rolnik przyznaje, że nie było już możliwości ratowania plantacji.
– Nie wykonywałem żadnych zabiegów regeneracyjnych. Było już za późno. Wszystko jest wyschnięte i połamane – dodaje.
Zaczyna brakować paszy dla świń
Jak mówi rolnik, w gospodarstwie zaczyna brakować paszy dla świń.
– Największym problemem jest teraz baza paszowa. Zapasy już się skończyły i nie wiem, co będzie dalej. Liczę na jakąś formę pomocy ze strony rządu – mówi.
Rolnik oczekuje wsparcia ze strony państwa, choć do składanych zapowiedzi podchodzi z rezerwą.
– Nie byłem na spotkaniu z ministrem, ale wiem, że padło wiele obietnic. Dopiero okaże się, czy rzeczywiście zostaną one zrealizowane i czy pomoc trafi do rolników – kończy.
Zobacz też: Grad zniszczył wszystko. Rolnicy: „Żniw już u nas nie będzie”
Około 100% strat w uprawie kukurydzy
Lidia i Damian Dobiccy prowadzą gospodarstwo rolne nastawione na hodowlę bydła opasowego w miejscowości Karolewko (gm. Święciechowa). Łącznie uprawiają ok. 150 ha. Przez gradobicie rolnicy stracili niemalże 100% uprawy kukurydzy.
– Zasialiśmy 36 ha kukurydzy, z czego 24 ha zostało zniszczone przez gradobicie. Straciliśmy w całości również 1,5 ha owsa przeznaczonego na paszę dla cieląt oraz 3,5 ha grochu zasianego na podporze owsa. Poza tym zniszczeniu w 100% uległo również 17 ha jęczmienia na kolejny odpas cieląt. W 70% wytłukło nam 4 ha pszenżyta, a pszenicy w ok. 85% – wylicza Dobicki.
Z relacji rolników wynika, że w ich przypadku najmniejsze straty będą odnotowane w rzepaku, ponieważ pola, na których został zasiany, były położone bliżej Leszna.
– Straty w uprawie rzepaku wynoszą ok. 30% – dodaje Dobicka i przyznaje, że rzepak stał się główną uprawą w ich gospodarstwie i jedyną, z której będą mogli liczyć na jakikolwiek zysk.
Agronom powiedział rolnikom wprost, że kukurydza nie rokuje.
– Kukurydza dostała gradem w podporę łodygi. Teraz łamie się nawet przy najmniejszym wietrze i choć wydawałoby się, że jeszcze stoi i można ją ratować, to raczej nic to nie da. Jeśli kukurydza miała 1,50 m, a teraz ledwo sięga do połowy łydki, to każdy rolnik z krwi i kości powie, że z tego już nic nie będzie – dodaje Dobicki.
Rolnicy zbierają z pól resztki zbóż
W trakcie rozmowy rolnicy są przed zbiorem jęczmienia ozimego.
– Kiedy kombajn wjedzie na pola, przekonamy się, jaki jest plon, ale spodziewamy się, że będzie marny. Na pewno nie zbierzemy tyle jęczmienia, ile się spodziewaliśmy – mówi Dobicka.
Jak dodaje rolniczka, niski plon nie jest jedynym zmartwieniem, z którym zostali po gradobiciu. Już teraz wiedzą, że rokowania dla pól na kolejny sezon nie będą najlepsze.
– Czeka nas walka z samosiewami, bo będziemy musieli doprowadzić glebę do użytkowania, a to nie będzie takie proste, bo stosujemy uprawę bezorkową i tak naprawdę, choć wypadałoby to wszystko zaorać, to nam nie wolno tego zrobić – tłumaczy.
Co z bazą paszową dla bydła?
Ponadto Dobiccy muszą zabezpieczyć bazę paszową dla bydła, bo choć z ulgą mówią o tym, że mają jeszcze zapasy z zeszłego roku, tych nie wystarczy na długo.
– Może uda się wymłócić trochę pszenżyta lub pszenicy, groch pozostanie w glebie. Mamy zapasy kiszonki z zeszłego roku, których wystarczy nam mniej więcej do grudnia. Możliwe, że otrzymamy wysłodki z cukrowni, dzięki temu, że mamy ok. 12 ha posianych buraków cukrowych, choć warto zaznaczyć, że ta plantacja również dostała gradem i nie wiadomo, jaki będzie tonaż, a jeśli będzie mniejszy, to i wysłodków będzie mniej – prognozuje.
Zobacz też: Miała być pasza dla bydła. Po gradzie nie zostało prawie nic
Rolnicy nie zwiększą pogłowia opasów
Dobiccy wiedzą już, że na nadwyżkę zbóż, którą mogliby ewentualnie sprzedać, nie mają co liczyć. To, co rokuje, będą musieli przeznaczyć na paszę dla zwierząt.
– Jedynym plonem, który będziemy mogli sprzedać, będzie rzepak, a i tak nie wiadomo, jaki będzie tonaż. Ceny na razie też nie są za wysokie, może starczy na pokrycie materiału siewnego. Nie będziemy zwiększać pogłowia opasów, utrzymamy go jedynie na poziomie wymaganym do dopłat – mówi.
Czy system ubezpieczeń upraw rolniczych działa w prawidłowy sposób?
Dobiccy świadomie nie ubezpieczyli swoich upraw. Jak mówią, ich doświadczenia z ubezpieczeniami sprawiły, że coraz częściej zastanawiają się, czy obecny system rzeczywiście spełnia swoją rolę. Z ich relacji wynika, że przez lata prowadzenia gospodarstwa i ubezpieczania upraw, wielokrotnie nie otrzymali odszkodowania mimo poniesionych strat.
– W 2017 r., po gradobiciu i nawalnym deszczu, ponieśliśmy straty w kukurydzy i łubinie, jednak szkody zostały oszacowane poniżej progu uprawniającego do wypłaty odszkodowania. Podobna sytuacja powtórzyła się w ubiegłym roku po wiosennych przymrozkach w rzepaku. Osoba dokonująca oględzin w terenie oceniła, że szkody przekraczają wymagany próg, jednak ostateczny protokół, sporządzony już bez wizji w gospodarstwie, wskazał jedynie 6,64% uszkodzeń. W efekcie zostaliśmy pozbawieni prawa do jakiejkolwiek rekompensaty. Dodatkowo usłyszeliśmy, że przyczyną strat nie były przymrozki, lecz niewłaściwe zapylenie rzepaku – mówi Dobicka.
Szacowanie szkód na różnych zasadach?
Jak mówią Dobiccy, takie sytuacje podważają zaufanie do systemu. Rolnicy od lat zwracają uwagę na brak jednolitych zasad szacowania szkód.
– Dzisiaj każda firma ubezpieczeniowa szacuje szkody trochę inaczej. Zdarza się, że na dwóch sąsiadujących polach, rozdzielonych tylko miedzą, jedna firma wyliczy 30% strat, a druga 50%, chociaż grad przeszedł dokładnie w tym samym miejscu. Dla rolnika jest to po prostu niezrozumiałe. Jedna firma uznaje szkodę, druga ją odrzuca, a jeszcze inna określa jej wysokość na zupełnie innym poziomie. Trudno zaakceptować tak dużą uznaniowość w sytuacji, gdy od tej oceny zależy bezpieczeństwo finansowe gospodarstwa – mówi Dobicki.
– Nie da się ocenić rzeczywistych strat tylko na podstawie tego, jak pole wygląda w dniu oględzin – dodaje Dobicka.
Dlatego coraz częściej rolnicy zastanawiają się, czy w przyszłości w ogóle ubezpieczać uprawy.
– Pojawia się pytanie, czy nie rozsądniej byłoby odkładać równowartość składek na własny fundusz rezerwowy? Anomalie pogodowe nie występują co roku, a zgromadzone środki pozostawałyby do naszej dyspozycji i mielibyśmy pewność, że w razie potrzeby rzeczywiście z nich skorzystamy. Opłacenie składki nie daje dziś takiej gwarancji – twierdzi Dobicka.
Rolnicy wskazują, że do Funduszu Ochrony Rolnictwa KOWR, z którego wypłacane są pieniądze, kiedy rolnik nie dostanie zapłaty za sprzedane zboże wszyscy dokładają się poprzez składki. Dlatego zastanawiają się, czy nie warto byłoby stworzyć podobnego funduszu na wypadek klęsk żywiołowych.
– Dzisiaj państwo dopłaca 60% do składek ubezpieczeniowych. Może lepiej byłoby przeznaczyć te pieniądze właśnie na taki fundusz, a rolnicy też dołożyliby swoją część. Wtedy mielibyśmy pewność, że w razie suszy, gradu czy nawalnych deszczy pomoc będzie zagwarantowana. Dzisiaj wygląda to tak, że państwo najpierw dopłaca do naszych ubezpieczeń, a kiedy przyjdzie klęska i odszkodowania okazują się niewystarczające, znowu prosimy państwo o pomoc. Moim zdaniem lepiej byłoby stworzyć jeden przejrzysty system, który dawałby rolnikom poczucie bezpieczeństwa – twierdzi.
Zdaniem Dobickiego w obecnym systemie rzadko zdarza się, by rolnik otrzymał odszkodowanie za 100% poniesionej szkody.
– Zawsze odliczane są różne koszty, między innymi koszty zbioru czy uwzględniany jest etap wegetacji rośliny. W przypadku kukurydzy bierze się pod uwagę, ile dni uprawa rosła od siewu i na jakim etapie rozwoju została zniszczona. To wszystko sprawia, że wypłaty często są dużo niższe, niż wynikałoby z rzeczywistych strat poniesionych przez gospodarstwo – dodaje.
Na jakim etapie jest szacowanie strat w pow. leszczyńskim?
Chcąc sprawdzić, na jakim etapie jest szacowanie szkód po nawałnicy w powiecie leszczyńskim, zapytaliśmy o to wybrane firmy ubezpieczeniowe.
Najwięcej zgłoszeń odnotowało Generali Polska. Po nawałnicy z 30 czerwca firma otrzymała ponad 240 zgłoszeń szkód. Na miejsce skierowano rzeczoznawców z Wielkopolski i Dolnego Śląska. Do ubiegłego wtorku oszacowano już ponad 200 szkód, a w ponad 150 sprawach wydano decyzje o wypłacie odszkodowania. Pozostali rolnicy mają już wyznaczone terminy oględzin. Generali deklaruje, że od momentu ostatecznego ustalenia wysokości strat odszkodowanie wypłacane jest maksymalnie w ciągu 3 dni, a średnio w powiecie leszczyńskim trwa to 2 dni.
PZU poinformowało, że po gradobiciu przyjęło 134 zgłoszenia szkód w uprawach. Do tej pory rzeczoznawcy przeprowadzili oględziny w 131 gospodarstwach, a pozostałe mają zostać zakończone jeszcze w tym tygodniu. Firma podkreśla, że równolegle prowadzi ocenę strat i wydaje decyzje o wypłacie odszkodowań, które są realizowane na bieżąco.
Towarzystwo Ubezpieczeń Wzajemnych przekazało z kolei, że w powiecie leszczyńskim ubezpiecza niewielu rolników, dlatego liczba zgłoszeń była niewielka. Wszystkie szkody zgłoszone między 1 a 8 lipca zostały oszacowane do 12 lipca. Jak zapewnia ubezpieczyciel, jeśli rolnik dostarczy wszystkie wymagane dokumenty, odszkodowanie zazwyczaj trafia na jego konto w ciągu kilku dni od przeprowadzenia oględzin.
Z kolei Agro Ubezpieczenia poinformowały, że nie odnotowały zgłoszeń szkód z powiatu leszczyńskiego.
Choć większość ubezpieczycieli deklaruje sprawne prowadzenie oględzin i szybkie wypłaty odszkodowań, rolnicy z powiatu leszczyńskiego nadal z niepokojem czekają na ostateczne decyzje i wysokość należnych rekompensat. Jak podkreślają, dopiero otrzymane odszkodowania pokażą, na ile system ubezpieczeń rzeczywiście pozwala zrekompensować straty spowodowane przez żywioł.
Justyna Czupryniak-Paluszkiewicz
