Istotnym elementem jest również realna ocena opłacalności produkcji świń w danym gospodarstwie. Jak zaznaczał prelegent, nie każde gospodarstwo musi – i nie każde powinno – utrzymywać stado podstawowe. W wielu przypadkach bardziej racjonalnym rozwiązaniem jest specjalizacja w tuczu, pod warunkiem stabilnych dostaw warchlaków i dobrze przygotowanej infrastruktury.
– Efektywność zaczyna się od rzetelnej inwentaryzacji zasobów. Musimy wiedzieć, czym dysponujemy, jakie mamy słabe i mocne strony i czy produkcja świń jest głównym filarem gospodarstwa, czy tylko jednym z elementów koszyka dochodów – mówił prelegent.
Bioasekuracja chlewni to nie są tylko dokumenty
Jakub Borkowski szerzej odniósł się do bioasekuracji, która w jego ocenie zbyt często traktowana jest jako przykry obowiązek administracyjny, a nie jako realne narzędzie ochrony zdrowia stada. Podkreślał, że nawet najlepszy plan bioasekuracji nie zadziała, jeśli nie będzie realnie wdrażany. Odpowiednio przygotowany i faktycznie realizowany pozwala nie tylko ograniczyć ryzyko wprowadzenia chorób do stada, ale także uporządkować cały proces produkcji. Od momentu zakupu zwierząt, przez ich wprowadzenie do stada, aż po sprzedaż tuczników.
– Wielu rolników ten plan już ma, tylko że w głowie. Spisanie procedur pozwala zobaczyć, gdzie tracimy czas, pieniądze albo gdzie możemy zrobić coś lepiej – zauważał prelegent.
Podkreślał, że zagrożeniem są nie tylko dziki, ale przede wszystkim człowiek i jego nawyki, rutyna oraz lekceważenie procedur. Bioasekuracja przestaje działać tam, gdzie pojawia się pośpiech i „chodzenie na skróty”.
Nie wolno oszczędzać na kwarantannie loszek
Prelegent zaznaczył, że przy wprowadzaniu nowych zwierząt do stada kwarantanna i aklimatyzacja są często najsłabiej dopracowanymi elementami produkcji, mimo że mają kluczowe znaczenie dla zdrowia całego stada. Jednym z najczęściej popełnianych błędów przy remoncie stada jest skracanie lub pomijanie kwarantanny. Tymczasem czterotygodniowa kwarantanna daje czas na ujawnienie ewentualnych objawów chorobowych, wykonanie badań diagnostycznych i ocenę statusu zdrowotnego loszek czy knurków. Równie istotna jest późniejsza aklimatyzacja, trwająca od 3 do 6 tygodni, podczas której zwierzęta przyzwyczajają się do warunków panujących w gospodarstwie.
– To nie jest czas stracony. To inwestycja w stabilność produkcji i ochronę stada podstawowego – podkreślał dr Borkowski.
Aklimatyzacja powinna obejmować kontrolowany kontakt immunologiczny z florą bakteryjną stada, m.in. poprzez kontakt z kałem starszych loch lub szczepienia przypominające. Pominięcie tego etapu często skutkuje problemami rozrodczymi, słabą mlecznością i wyższą śmiertelnością prosiąt.
Bez właściwego żywienia tuczniki nie pokażą potencjału
Postęp hodowlany w ostatnich latach jest wyraźny: wzrost liczby odsadzonych prosiąt na lochę, poprawa przyrostów dziennych oraz znaczące obniżenie współczynnika wykorzystania paszy (FCR). Duńczycy charakteryzują się najbardziej opłacalną produkcją w Europie. Według firmy DanBred, ten wynik jest przede wszystkim zasługą wieloletniego, intensywnego rozwoju genetycznego. Lata optymalizacji cech produkcyjnych, takich jak szybszy wzrost i lepsze wykorzystanie paszy, pozwalają producentom trzody chlewnej osiągać lepsze rezultaty przy mniejszych nakładach. Wysoka wydajność jest jednym z głównych powodów, dla których Dania ma jedne z najniższych kosztów produkcji.
Jak zaznaczał lek. wet. Jacek Rawicki, współczesna genetyka – w tym genetyka DanBred – charakteryzuje się ogromnym potencjałem produkcyjnym, ale wymaga precyzyjnego dopasowania żywienia.
– Dzisiejsze świnie rosną szybciej, ale mają też wyższe wymagania. To, co kiedyś „przechodziło”, dziś bardzo szybko odbija się na zdrowiu jelit i wynikach produkcyjnych – zaznaczał prelegent.
Badania prowadzone przez duński instytut SEGES Innovation pokazują, że trójfazowe żywienie pozwala lepiej dopasować poziom energii, białka i aminokwasów do zmieniających się potrzeb tuczników. Zbyt wysokie poziomy białka, szczególnie w początkowej fazie tuczu, sprzyjają problemom jelitowym i biegunkom. Kluczowe znaczenie ma natomiast odpowiedni poziom lizyny strawnej. Ekspert podkreślał, że obniżanie białka bez kontroli aminokwasów jest błędem, który prowadzi do niedoborów i wzrostu zachowań agresywnych. Oprócz lizyny szczególną rolę przypisuje się też tryptofanowi (wpływ na zachowanie) i treoninie (wpływ na zdrowie jelit).
– To właśnie niedobory lizyny, a nie włókna, bardzo często są jednym z czynników wyzwalających kanibalizm – zaznaczał Rawicki.
Ekspert omówił trzy podstawowe fazy tuczu:
- faza starter (ok. 25–40 kg) – najwyższe zapotrzebowanie na lizynę strawną i energię, niska tolerancja na nadmiar białka ogólnego,
- faza grower (40–70 kg) – stabilizacja przyrostów, możliwość stopniowego obniżania poziomu białka przy zachowaniu aminokwasów limitujących,
- faza finisher (70–115/120 kg) – dalsze obniżanie białka i aminokwasów, kontrola otłuszczenia i konwersji paszy.
Gdzie kończy się wzrost świń, a zaczyna strata w tuczu
Na podstawie analiz ekonomicznych Duńczycy wyznaczyli optymalny moment sprzedaży tuczników na poziomie 115–120 kg masy ciała. Powyżej tej granicy przyrosty zaczynają zwalniać, wzrasta odkładanie tłuszczu, a zużycie paszy na kilogram przyrostu rośnie, pogarszając wynik ekonomiczny.
Choć w polskich realiach, przy wysokich cenach warchlaków, tuczniki często utrzymywane są do masy 130–140 kg, dane pokazują, że nie zawsze jest to rozwiązanie najbardziej opłacalne. Zdaniem eksperta, kluczowe jest tutaj bieżące liczenie, a nie działanie według schematów.
– Produkcja świń to dziś matematyka i biologia w jednym. Kto nie liczy, ten bardzo szybko traci kontrolę. Każdy kilogram powyżej pewnego progu kosztuje coraz więcej. Kluczem jest znalezienie punktu równowagi między tempem wzrostu tuczników, mięsnością a kosztami paszy – podsumowywał prelegent na zakończenie Forum.
Dominika Stancelewska
