– Hiszpański sektor zmienił się bardzo mocno. W ciągu 30 lat produkcja przeszła od rodzinnych gospodarstw do dużego, wyspecjalizowanego przemysłu. Dzisiaj jesteśmy największym producentem w Europie, ale przewaga nie wynika wyłącznie z liczby świń. Oparta jest na organizacji, kontroli kosztów, standaryzacji i eksporcie – mówił prof. Albert Finestra Uriol z Hiszpanii podczas II Kongresu Produkcji Świń, który zgromadził w Żninie prawie 300 uczestników.
W ocenie eksperta niewielkie gospodarstwa mają ograniczone możliwości konkurowania na rynku. Mogą funkcjonować, gdy znajdą niszę, na przykład produkcję ekologiczną, lokalną, regionalną lub wysokiej jakości. Większość producentów, którzy chcą pozostać na rynku, musi jednak zwiększać skalę albo współpracować z integratorem. W Hiszpanii średnie gospodarstwo utrzymuje 1500 loch, choć w sektorze funkcjonują również fermy znacznie większe, liczące ponad 2500 loch, przy pogłowiu macior wynoszącym 2,6 mln szt. W Polsce mamy ok. 614 tys. loch.
Hiszpania postawiła na skalę
Hiszpański model produkcji opiera się na silnej integracji. Jedna firma może kontrolować genetykę, dostawy prosiąt, pasze, doradztwo weterynaryjne, organizację tuczu, odbiór świń i ubój. Rolnik pozostaje właścicielem gospodarstwa i wykonuje produkcję, ale działa według określonych standardów technologicznych. Takie rozwiązanie pozwala ograniczyć zmienność wyników, kontrolować jakość i organizować regularną sprzedaż. Integrator może również szybciej reagować na problemy zdrowotne lub rynkowe, ponieważ ma dostęp do danych z wielu gospodarstw.
W Hiszpanii część gospodarstw przechodzi jednak z modelu, w którym rolnik świadczy usługę dla integratora, do pełnej własności przedsiębiorstwa nad fermami. Firmy kupują gospodarstwa, ponieważ zapewnia im to większą kontrolę nad całym łańcuchem. Dla rolnika oznacza to ograniczenie ryzyka cenowego, ale również mniejszy wpływ na decyzje dotyczące produkcji.
– Nie możemy konkurować wyłącznie ilością. Kraje takie, jak Chiny czy Brazylia, mają możliwości produkcji przy niższych kosztach. Dlatego musimy rozwijać jakość, produkty o wartości dodanej, specjalne rasy i systemy produkcji, które pozwalają uzyskać wyższą marżę – zaznaczał prof. Finestra Uriol.
Koszty produkcji świń pod kontrolą
Hiszpańskie przedsiębiorstwa korzystają z systemów porównywania kosztów produkcji. Zdaniem prelegenta różnica między 15% najlepszych i 15% najsłabszych gospodarstw jest na tyle duża, że sama poprawa organizacji może zdecydować o przetrwaniu fermy. Producent powinien więc regularnie analizować nie tylko cenę żywca, lecz także zużycie paszy, śmiertelność, liczbę odsadzonych prosiąt, tempo wzrostu i koszty pracy. Pasza pozostaje najważniejszym składnikiem kosztów, dlatego hiszpańskie firmy próbują ograniczać ryzyko przez wspólne zakupy, własne mieszalnie, standaryzację receptur i kontrolę jakości surowców.
Jednym z największych problemów hiszpańskiej produkcji jest PRRS, a szczególnie nowy, wysoce zjadliwy wariant Rosalía. Wirus wywołuje problemy w stadach loch, zwiększa liczbę martwo urodzonych prosiąt, pogarsza wyniki rozrodu i zwiększa śmiertelność.
– Tylko w 2022 roku straty z nim związane oszacowano na 300 mln euro. Rosalía zwiększa również różnice między najlepszymi a najsłabszymi gospodarstwami. W przedsiębiorstwach o słabszym zarządzaniu śmiertelność prosiąt może być nawet około trzykrotnie wyższa niż w stadach osiągających najlepsze wyniki. Problem dotyczy nie tylko samej choroby, ale również bioasekuracji, organizacji produkcji i jakości materiału hodowlanego. Szczególne ryzyko wiąże się z importem zwierząt, ponieważ nowe warianty PRRS mogą być zawlekane wraz z prosiętami i warchlakami – tłumaczył ekspert z Hiszpanii.
W odpowiedzi na problemy zdrowotne hiszpańskie gospodarstwa zwiększają znaczenie zarządzania grupami i systemu pięciotygodniowego. Pozwala on lepiej organizować przepływ zwierząt, ograniczyć mieszanie grup i skuteczniej wdrażać zasadę „całe pomieszczenie pełne – całe pomieszczenie puste”. W największych fermach stosuje się także filtrowanie powietrza, zwłaszcza w obiektach o wysokim statusie zdrowotnym. Według prelegenta coraz większą rolę odgrywa również genetyka ukierunkowana na odporność i większą żywotność zwierząt.
– W przypadku Rosalii tradycyjne szczepienia nie zapewniają takiej ochrony, jak wcześniej, ponieważ preparaty opracowane przeciwko starszym szczepom nie działają w pełni skutecznie na nowy wariant – wskazywał prof. Albert Finestra Uriol.
Stadom trzody zagrażają Rosalía i ASF
Hiszpania mierzy się również z afrykańskim pomorem świń. Profesor Finestra Uriol podkreślał, że szybka reakcja służb i współpraca z branżą pozwoliły ograniczyć skutki ogniska ASF u dzików i zapobiec pojawieniu się wirusa w gospodarstwach.
– To nie jest kwestia szczęścia. To rezultat wieloletnich inwestycji w bioasekurację gospodarstw. Fermy w pobliżu ognisk intensywnie kontrolowano i nie stwierdzono objawów klinicznych – mówił Finestra.
Od 13 sierpnia br. nie stwierdzono dodatnich wyników badań wśród dzików. Oprócz 389 zakażonych dzików znalezionych w ogniskach w 13 gminach przebadano ponad 12,5 tys. innych. W przypadku Hiszpanii współpraca między administracją a sektorem ma szczególne znaczenie. Firmy i organizacje branżowe uczestniczą w opracowywaniu zasad bioasekuracji, kontroli transportu i działań na obszarach występowania dzików. Hiszpania dąży też do utrzymania regionalizacji, aby zakażenie w populacji dzików nie zamykało całego eksportu.
– Dwustronne porozumienia dotyczące regionalizacji należy negocjować przed wystąpieniem ogniska ASF, a nie w trakcie. Zamknięcie całego kraju byłoby ogromnym problemem dla eksportu. Ryzykiem jest również koncentracja eksportu na rynkach, które nie stosują regionalizacji. Nie można opierać eksportu na jednym kraju. Jeżeli jeden rynek zostaje zamknięty, produkcja musi znaleźć inne kierunki. Dlatego hiszpańskie firmy szukają wielu odbiorców i dostosowują produkty do ich specyficznych wymagań. Przykładem takiego dopasowania jest eksport określonych elementów tuszy na rynek tajwański – wyjaśniał hiszpański ekspert.
Presja na dobrostan i zakaz budowy chlewni
Przewagą wynikającą z genetyki, organizacji, specjalizacji i dobrej wymiany danych może pochwalić się też Dania. Wysoka wydajność i produkcja sięgająca 36,9 prosięcia odsadzonego od lochy rocznie nie pozwalają mimo wszystko producentom spać spokojnie, gdyż sektor znajduje się pod silną presją polityczną. Na tym tle, jak podkreślał Jacek Jagiełłowicz, prezes Agro Gobarto, produkując rocznie około 22 prosiąt od lochy, jesteśmy daleko od europejskich liderów.
– Z 20 mln ubijanych w Polsce tuczników około 40% pochodzi z importowanych z Danii warchlaków. Gdybyśmy zwiększyli efektywność produkcji, znaczna część importu prosiąt nie byłaby w ogóle konieczna – uważa Jacek Jagiełłowicz.
Zwłaszcza że dostępność prosiąt może być w niedługim czasie ograniczona. Duńscy hodowcy mierzą się z dodatkowymi wymaganiami dotyczącymi dobrostanu, co może zmniejszyć pogłowie i eksport, a to oznaczałoby problemy dla producentów tuczników w Polsce. Jak podkreślał Jeppe Bloch Nielsen, przewodniczący Danske Svineproducenter, to, co dzieje się w Danii, nie jest tylko duńskim problemem.
– Rocznie wysyłamy za granicę około 17 mln prosiąt. Nadal widzimy przyszłość w ich eksporcie, gdyż Niemcy i Polska będą potrzebować zwierząt wysokiej jakości. Nasz rząd chce większego dobrostanu świń, ale jednocześnie wstrzymuje inwestycje. Nie wiemy, kiedy zakończą się negocjacje ani jakie będą ostateczne wymagania – uważa Jeppe Bloch Nielsen.
Dania chce ograniczyć obcinanie ogonów i kastrację, zwiększyć powierzchnię dla zwierząt, wydłużyć okres ssania prosiąt i ograniczyć unieruchamianie loch. Równocześnie wprowadzono wstrzymanie budowy nowych i rozbudowy istniejących ferm do czasu wypracowania nowych zasad. Zdaniem hodowców jest to sprzeczne z politycznym celem poprawy dobrostanu. Większa powierzchnia, kojce swobodne dla loch wymagają inwestycji. Ponadto nowe regulacje wiążą się z dodatkowymi kosztami, co w konsekwencji może doprowadzić do ograniczenia liczby utrzymywanych zwierząt.
– Produkujemy przy najwyższych kosztach od wielu lat, a otrzymujemy za świnie jedne z najniższych cen. Jeżeli sytuacja się nie zmieni, część gospodarstw może nie przetrwać nawet półtora roku – wskazywał przewodniczący Danske Svineproducenter.
Chiński sygnał ostrzegawczy
Podczas debaty zorganizowanej w ramach kongresu Grzegorz Brodziak z Goodvalley zwracał uwagę, że w kierunku ogromnej koncentracji, automatyzacji i budynków wielokondygnacyjnych rozwija się chińska produkcja trzody chlewnej. Największe przedsiębiorstwa funkcjonują w skali trudnej do porównania z europejskimi gospodarstwami.
– Grupa Muyuan, która jeszcze w latach 90. zaczynała od niewielkiej liczby świń, dziś produkuje około 80 mln zwierząt rocznie. To mniej więcej 35% chińskiej produkcji. Mówimy o przedsiębiorstwie, które buduje wielokondygnacyjne fermy, łączy produkcję zwierząt, pasz oraz ubój i zarządza całym procesem w jednym systemie – relacjonował Brodziak.
Podczas wizyty w Chinach przedstawiciel Goodvalley obserwował obiekty, w których produkcja świń została skupiona w wysokich wielopiętrowych budynkach. Rozwiązanie to pozwala ograniczyć zajmowaną powierzchnię, skrócić odległości między poszczególnymi etapami produkcji i zwiększyć poziom automatyzacji. W takich obiektach systemy karmienia, klimatyzacji, monitoringu i bioasekuracji są projektowane jako jeden zintegrowany układ.
– Chińczycy bardzo szybko przechodzą od tradycyjnych gospodarstw do produkcji zautomatyzowanej i zarządzanej cyfrowo. Widzieliśmy rozwiązania, w których sztuczna inteligencja wspiera diagnostykę, monitoruje zachowanie zwierząt i pomaga reagować na problemy. To pokazuje, że konkurencja w przyszłości nie będzie dotyczyła wyłącznie ceny paszy lub pracy, lecz również technologii i szybkości podejmowania decyzji – mówił Brodziak.
Konkurencja dla branży trzody chlewnej w Europie
Tak duża skala produkcji może w przyszłości wpływać na światowy rynek wieprzowiny. Chiny są nie tylko największym producentem, lecz również krajem, który po okresach ograniczenia pogłowia może szybko odbudowywać produkcję. Inwestycje w wielotysięczne fermy pozwalają zmniejszać koszty jednostkowe i wykorzystywać technologie niedostępne dla mniejszych gospodarstw.
– Jeżeli Europa będzie próbowała konkurować z Chinami wyłącznie wielkością produkcji, znajdzie się w bardzo trudnej sytuacji. Chińskie przedsiębiorstwa mogą budować obiekty o skali, której w Europie często nie da się osiągnąć z powodów środowiskowych, społecznych i formalnych. Naszą przewagą powinny być jakość, bezpieczeństwo żywności, kontrola pochodzenia i produkty, za które konsument jest gotów zapłacić więcej – zauważał prezes Goodvalley.
Jego zdaniem rozwój Chin może wpływać na ceny i przepływy handlowe na całym świecie. Jeżeli chińskie firmy odbudują produkcję na dużą skalę, mogą ograniczyć import mięsa. Z drugiej strony, w przypadku wystąpienia chorób lub problemów zdrowotnych, nawet niewielkie zaburzenia w tak skoncentrowanym systemie mogą mieć konsekwencje dla globalnego rynku.
Dominika Stancelewska
