Dramatyczny spadek opłacalności upraw i produkcji zwierzęcej
– Zebraliśmy ziemniaki jadalne z 5 ha, a nie sprzedaliśmy nawet jednego worka. Ponieśliśmy konkretne koszty, bo na same opryski w kierunku zwalczania zarazy, stonki, chwastów oraz nawozy wydałem 30 tys. zł, nie liczę tu nawet paliwa oraz kosztów pracy, którą wykonaliśmy we własnym zakresie – ja, żona i syn. Jeszcze gorzej sytuacja wygląda u sąsiada, który zebrał 25 ha ziemniaków, zatem poniósł znacznie wyższe nakłady, a zwłaszcza koszty pracy, bowiem przy takiej ilości musiał posiłkować się pracownikami najemnymi, i również nic nie sprzedał. Najlepiej chyba i tak w takiej sytuacji wyszli rolnicy, którzy w ogóle nie zbierali ziemniaków, a przeznaczyli je na darmowy samozbiór – stwierdził Mariusz Cywiński.
Jak przyznaje rozmówca, on sam nie doświadczył tak trudnego roku dla rolnictwa jak rok 2025, bo problem tkwi nie tylko w ziemniakach, ale również ceny innych płodów rolnych są poniżej opłacalności, w tym także ziarna kukurydzy i zbóż, jakie on uprawia.
– W rolnictwie pracuję od 1995 roku, a gospodarstwo na własny rachunek prowadzę od roku 2007 i tak ciężkiego roku nie było od kiedy sięgam pamięcią. Zawsze jak dołożyliśmy do jednego kierunku produkcji, to na innym coś się zarobiło, a teraz do wszystkiego dokładamy. To już nawet nie chodzi o niskie ceny płodów roślinnych, ale produkcja zwierzęca też zniżkuje jeśli chodzi o opłacalność. Ceny tuczników szorują po dnie, spadły też ceny mleka.
Zagrożenie ze strony krajów Mercosur oraz konkurencja z Ukrainy
Nie ma gałęzi produkcji w rolnictwie, która dawałaby godziwy dochód, może poza produkcją żywca wołowego, ale tu widzę ogromne zagrożenie ze strony krajów Mercosur, z którymi UE podpisała umowę o wolnym handlu. Niby uspokaja się rolników, że to nie są duże ilości tej wołowiny, oczywiście jeśli mówimy o całych tuszach, ale przecież to nie będą importowane całe tusze, tylko najwartościowsze wyręby typu polędwica, rostbef czy antrykot, a to zmienia zupełnie postać rzeczy. Jeszcze większym zagrożeniem dla polskiego rolnictwa niż Mercosur jest rolnictwo ukraińskie. Ukraina może nas zalać płodami rolnymi, zresztą to już się dzieje, nie wytrzymamy z nimi konkurencji na żadnym polu. Są to gospodarstwa ogromne, o znacznie niższych kosztach produkcji, niespełniające żadnych standardów jakościowych, jakie my spełniamy, stosowane są tam środki ochrony roślin zakazane w UE jako szkodliwe, notabene te środki produkują i sprzedają na Ukrainę niemieckie firmy. Podam przykład jaka jest różnica skali polskiego i ukraińskiego rolnictwa, ja zastanawiam się czy kupić 3 ha ziemi, a jeden z ukraińskich oligarchów zakupił w ostatnim czasie 40 tys. ha – powiedział rolnik.
Ucieczka w usługi jako jedyny sposób na przetrwanie gospodarstwa
Jeszcze nie tak dawno Mariusz Cywiński uprawiał warzywa, ale dziś i ta gałąź nie przynosi oczekiwanego dochodu.
– Zeszliśmy z warzyw ze względu na bardzo duże koszty pracy, a wiadomo, że warzyw nie da się produkować bez pracowników najemnych, gdyż jest tu bardzo duża pracochłonność, podobnie jak przy truskawkach, których uprawiamy jeszcze 2 ha. Ponadto z warzywami np. brokułami czy ogórkami, jakie uprawialiśmy zrobił się taki problem, że odbiorcy skupujący te warzywa zaczęli płacić faktury po terminie pół roku. Pół roku czekania na pieniądze, po poniesieniu ogromnych kosztów to zbyt długo, dla takiego niedużego gospodarstwa jak nasze, tym bardziej, że pracownikom trzeba zapłacić od razu, nikt nie przyjdzie zbierać ogórków z zapłatą po pół roku. Dlatego, aby utrzymać nasze gospodarstwo musieliśmy się nico przebranżowić i chcąc nie chcąc weszliśmy w usługi. Świadczymy usługi dla rolników, dla gminy czy też dla spółek wodnych. Trzeba kombinować, żeby dziś rodzinne gospodarstwo mogło przetrwać, ale przecież nie na tym to powinno polegać, że zarabiamy poza rolnictwem i dokładamy do gospodarstwa, aby je ratować. Jednak tak właśnie jest, bo uwarunkowania rynkowe oraz polityka jest taka, że gospodarstwa stają się nierentowne – zaznaczył Mariusz Cywiński.
Mechanizm dopłat i czarne wizje przyszłości polskiej wsi
Rolnik zwrócił również uwagę na to, kto tak naprawdę skorzystał na dopłatach, które oficjalnie trafiały do rolników.
– Mój kolega kupił przyczepę Pronar o ładowności 6 ton tuż przed wejściem do UE, a następnie po roku, kiedy już byliśmy w UE, kupił drugą taką samą przyczepę z dofinansowaniem w wysokości 50% i ta druga przyczepa finalnie wyszła go drożej. Tak w tym czasie w górę poszły ceny sprzętu rolniczego. Dopłaty do maszyn tak naprawdę spożytkowali ich producenci oraz banki udzielające kredytów a nie rolnicy. Chodziło o to, aby stworzyć system, w którym rolnikowi wydaje się, że ma pół maszyny za darmo (a i tak płacił drożej niż wcześniej), co napędzało sprzedaż maszyn oraz sprzedaż kredytów. Dziś kiedy doposażyliśmy nasze gospodarstwa w nowoczesne maszyny mówi się nam, że właściwie to już nie jesteśmy potrzebni, bo UE sprowadza żywność, oczywiście znacznie gorszej jakości, z Ukrainy czy też krajów Mercosur, a przed nami na horyzoncie kolejne umowy o wolnym handlu i jak tu optymistycznie patrzeć w przyszłość. Miasto jeszcze zapłacze za polskimi rolnikami, ale wtedy gdy już ich nie będzie i nie będzie polskiej żywności, a polską ziemię przejmą potentaci tacy jak dzisiaj działają w rolnictwie na Ukrainie – zakończył Mariusz Cywiński.
Andrzej Rutkowski
fot. arch. prywatne
