Rolnicy nie wykopali warzyw
To nie pierwszy raz, kiedy rolnicy informują o tym, że uprawiane przez nich miesiącami warzywa wraz z nadejściem sezonu nie zostały sprzątnięte z pól, lecz pozostawione na zmarznięcie lub zwyczajnie zlikwidowane talerzówkami. Jak informuje Marcin Wroński z ZZR Samoobrona, skala dramatu polskich plantatorów warzyw jest szczególnie widoczna w woj. kujawsko-pomorskim i pomorskim.
– W ostatnich latach wielu rolników, wyspecjalizowało się w produkcji warzyw i zainwestowało niemałe środki w maszyny oraz infrastrukturę do ich zbioru. Była to na pewno alternatywa dla produkcji zbóż, których ceny nie są zadowalające. Przy mniejszym areale można było funkcjonować. Tak też zrobiło wielu rolników chociażby w powiecie inowrocławskim będącym zagłębiem produkcji warzyw – komentuje Wroński.
Z relacji Wrońskiego wynika, że problemy producentów warzyw biorą się z sytuacji rynkowej. W jego ocenie rynek jest zalewany warzywami importowanymi z zagranicy, co powoduje coraz większe problemy z cenami skupu i sprzedażą.
– Dochodzi do sytuacji takich jak w tym roku, że nikt nie chce kupić warzyw lub koszt zbioru przewyższa cenę oferowaną w skupie. Na Kujawach, ale i w innych częściach kraju, bo piszą do mnie rolnicy z Pomorza, czy Wielkopolski, duża część warzyw właśnie dlatego została na polach, a równie duża część została w grudniu zlikwidowana talerzówką lub zaorana. Jeden z moich kolegów zaorał pole marchwi, a drugi talerzówką zlikwidował 5 ha kapusty. To są ogromne straty, aż się płakać chce jak się na to patrzy – dodaje Wroński.
Rolnik zostawił 60 t pietruszki na polu
Andrzej Lipiński jest rolnikiem prowadzącym gospodarstwo w Mikołajach Pomorskich (woj. pomorskie). Rolnik zajmuje się uprawą warzyw, ale by ta była możliwa, poza sezonem dorabia pracując w Anglii.
– 20 lat jeździłem między Anglią a Polską i nasze gospodarstwo nadal nie przynosi zysku. Coś jest chyba nie tak z tym państwem. Nas się niszczy – mówi rolnik.
Jak przyznaje Lipiński, w roku 2025 został zmuszony do pozostawienia na polu ok. 60 t. niewykopanej pietruszki, bo zwyczajnie nie było go stać na to, by wydobyć ją z ziemi. Powód? Dramatycznie niska cena skupu i przede wszystkim niechęć pośredników do zakupu warzyw od rolnika.
– Mogliśmy wykopać tę pietruszkę, ale się nie opłaciło. Nie stać mnie, żeby zainwestować 5-10 tys., żeby ją wykopać, bo nie mam tych pieniędzy fizycznie. Jesienią muszę część sprzedać, żeby resztę wykopać. Ale system jest tak zrobiony, że masz człowieku zasiać, wykopać, przechować i cały czas inwestować, tylko skąd? – pyta Lipiński.
Dalsza część artykułu pod FOTO:
Rolnik dostał za pietruszkę 1,20 zł, a w sklepie kosztuje 8,00 zł/kg
Pietruszka w gospodarstwie Lipińskich od zawsze jest wykopywana ręcznie w trosce o zachowanie jakości korzenia. Niestety, zdaniem rolnika, nawet to nie pomaga w przekonaniu dużych sieci handlowych do zakupu towaru od lokalnego rolnika.
– Polityka jest rasistowska, bo tak trzeba to nazwać, jeżeli ktoś mi mówi, że ja nawet złotówki nie dostanę za moją pracę przy pietruszce. Dzisiaj w lokalnych sklepach i marketach zachodnich korporacji pietruszka korzeniowa kosztuje ok. 8,00 - 9,00 zł/kg – komentuje Lipiński.
Jak opowiada plantator, problem ze sprzedażą pietruszki był niesamowity, a zachowanie pośredników szokujące.
– Jeden rolnik z woj. kujawsko-pomorskiego ma wyłączność na sprzedaż warzyw do marketów znanych, zagranicznych sieci na naszym terenie. Ten rolnik ma przede wszystkim kontakty, ode mnie żadna z tych sieci warzyw by nie kupiła. Poszedłem do niego jako pośrednika, zawiozłem moją pietruszkę, chciałem się dogadać, ale go nie było. Zostawiłem skrzynkę jego żonie, a potem dostałem telefon, że mam ją, delikatnie mówiąc, zabierać – wspomina Lipiński.
Z relacji rolnika wynika, że część pietruszki udało mu się sprzedać do pośrednika w woj. łódzkim, który za kg płacił mu ok. 1,20 zł. Niestety, po tym jak Lipiński nie odwiózł mu wypożyczonej maszyny do ogławiania pietruszki „na zawołanie” współpraca się skończyła.
– Drugi rok z rzędu odstawiałem tam pietruszkę. Kiedy pojechałem tam zawieźć tonę na próbę, wypożyczyłem maszynę do ogławiania pietruszki, taką prostej budowy, zapinaną do ciągnika, żeby praca szybciej szła. W środku nocy dostałem telefon, że mam odwieźć maszynę, bo sąsiadowi popsuł się kombajn i ten pośrednik musi mu pożyczyć. Nie zrobiłem tego, bo musiałem wyczyścić maszynę, przygotować do transportu i jeszcze załadować trochę pietruszki, żeby na pusto nie jechać. Maszynę odwiozłem na drugi dzień, zapłacili mi i na tym współpraca się skończyła. Nagle moja pietruszka przestała im się podobać – taki znaleźli sobie powód, żeby jej nie kupować – opowiada rolnik.
Sprzedaż pietruszki na giełdzie i w detalu
Jak mówi Lipiński, w związku z brakiem zainteresowania zakupem pietruszki wśród pośredników, wystawił ogłoszenia na internetowej giełdzie, ale nie ma odzewu. Nie brakuje za to ogłoszeń dotyczących sprowadzenia warzyw z zagranicy.
W związku z trudnościami występującymi ze sprzedażą warzyw, rolnik prowadzi Rolniczy Handel Detaliczny na terenie Trójmiasta.
– Jeżdżę busikiem od domu do domu jak domokrążca, żona mi pomaga i tak reklamujemy nasze gospodarstwo Miko Farm. Sprzedajemy tam śladowe ilości towaru. Nie można powiedzieć, bo ludzie są chętni i płacą wtedy już lepsze pieniądze. Mają otwarte umysły, pytają o mięso. Ludzie płacą po 3,00 zł/kg, jak widzą, że warzywa są dobrej jakości. Sprzedawaliśmy też swojską mąkę z naszego zboża, ale zarobiliśmy tyle, co na przetrwanie dla nas i na opłaty. W ten sposób 100 t warzyw się nie sprzeda – przyznaje Lipiński.
Lipiński: "Polacy dopłacają do zakupów"
Zdaniem Lipińskiego polscy konsumenci, robiąc zakupy w sieciach handlowych, zdecydowanie przepłacają.
– Polacy chcą mieć zdrową i tanią żywność, a miesięcznie przepłacają tysiące złotych, które robiąc zakupy wysyłają na Wyspy Galapagos albo Majorkę, gdzie bogate firmy mają swoje siedziby i liczą kasę z Polski, nakładając marże do 1 000% – twierdzi Lipiński.
Dla rolnika z Pomorza niezrozumiałe jest to, dlaczego jego warzywa nie mogą znaleźć się na sklepowych półkach, choć chce je sprzedać, a wciąż importowany jest towar z zagranicy.
– Czuję, że w moim własnym państwie dotyka mnie rasizm i apartheid, bo jak można inaczej nazwać sytuację, w której moja pietruszka nie może się znaleźć na półkach sklepowych chociażby tylko w moim powiecie, a jest importowana pietruszka z Serbii, Ukrainy czy Kazachstanu. Kto tym rządzi? – pyta zdenerwowany rolnik.
Rolnik: "Ma się nas za kretynów"
Jak twierdzi Lipiński, sytuacja, w której znaleźli się polscy producenci warzyw, jest kuriozalna. W jego ocenie niesprawiedliwe jest to, że na Polskę wciąż jest nałożone rosyjskie embargo na eksport owoców i warzyw, a ogórki z Rosji wciąż są importowane na polski rynek.
– Ma się nas za kretynów. Dlaczego ogórki z Rosji są importowane? Od 2007 do 2015 r. produkowałem kukurydzę cukrową. Miałem klientów, można powiedzieć pośredników, handel szedł przez Bronisze. Mój towar był eksportowany do Rosji czy Norwegii. Miałem zbyt i pieniądze w dzień dostawy. Zacząłem kupować maszyny, chciałem się rozwijać i wyspecjalizować w produkcji kukurydzy cukrowej. I co? Dzięki naszym politykom od 2014 r. do dzisiaj mamy embargo rosyjskie, a z Rosji dalej wjeżdżają ogórki czy marchewki – komentuje rolnik.
Wroński: "Mamy nieszczelne prawo"
W opinii Wrońskiego polscy plantatorzy warzyw znaleźli się w tak trudnej sytuacji z powodu nieszczelności przepisów prawa, które jego zdaniem dopuszczają niekontrolowany import towaru z zagranicy.
– Trudna sytuacja producentów warzyw nikogo nie obchodzi. Mamy problem z niekontrolowanym importem warzyw z zagranicy. Niektóre kraje pośrednio dopłacają do eksportu, a później ląduje to u nas i destabilizuje rynek. Dopłacają również do transportu i utylizacji warzyw, a te, zamiast zostać zutylizowane, są przywożone do Polski i tu przebierane. Temat jest znany od lat i dotyczy chociażby cebuli z Holandii. Takie praktyki są niedozwolone i powinny być zgłaszane przez ministerstwo rolnictwa do Komisji Europejskiej i Światowej Organizacji Handlu. Mamy nieszczelne przepisy i bardzo łatwo jest zmienić kraj pochodzenia. Mandaty dla sieci handlowych to żaden wydatek. Mam nadzieję, że w końcu minister rolnictwa lub ktoś ze służb jemu podległych przyjrzy się tej sprawie i coś zmieni – podsumowuje Wroński.
Justyna Czupryniak-Paluszkiewicz
