Gradobicie w sadzie Patryka Przygody woj. świętokrzyskiePatryk Przygoda
StoryEditorGłos rolnika

Rolnik stracił większość plonów. „Boję się, że trafię na czarną listę”

03.07.2026., 18:30h

– Za rok na 100% nie będę mógł ubezpieczyć sadu, bo trafię na „czarną listę” – mówi Patryk Przygoda, sadownik z Sandomierszczyzny, którego jabłonie i wiśnie zostały stłuczone przez gradobicie. Jak przyznaje, w tym roku zgłosił szkodę, ale w przyszłym spodziewa się, że takiej możliwości nie będzie. Dlaczego tak uważa i o jakiej „czarnej liście” mówi?

Gradobicie na Sandomierszczyźnie zebrało żniwo w sadach

Sadownicy z Sandomierszczyzny liczą straty po gradobiciu, które przeszło nad ich regionem 1 lipca br. Mówią o sześciu falach gradowych, które przeszły w godz. od 17.30 do 19.00. 

Jednym z sadowników, których sady ucierpiały podczas nawałnicy, jest Patryk Przygoda z Gołębiowa w gm. Lipnik (pow. opatowski, woj. świętokrzyskie). Gradziny zbiły mu 4 ha jabłoni i 3,5 ha wiśni. 

– Chmura kręciła się wkoło, bo zawracał ją wiatr. Najpierw przywiał ją od wschodu, następnie zawrócił i od strony zachodniej. Za chwilę wiatr znów zmienił kierunek i grad spadł od północy, a na koniec od południa. Jabłonki są obite ze wszystkich stron – mówi. 

Sadownik trafi na „czarną listę” i już nie ubezpieczy sadu?

Jak wynika z relacji Przygody, w bieżącym sezonie, jak dotychczas, ubezpieczył swój sad i choć jeszcze nie wie, jakiej wysokości odszkodowanie zostanie mu wpłacone, to spodziewa się, że jakiś zwrot będzie. Wie jednak, że prawdopodobnie jest to ostatni rok, kiedy może ubezpieczyć swój sad. 

– Firmy ubezpieczeniowe w naszym regionie wprowadzają tzw. czarne listy. Działa to na takiej zasadzie, że jeśli jest zgłoszona szkoda i zostanie za nią wypłacone odszkodowanie, to przez kolejnych 5 lat osoba zgłaszająca, czyli sadownik lub rolnik, nie może się już ubezpieczyć w żadnym zakładzie ubezpieczeniowym – wyjaśnia.

Przygoda dodaje, że w Małopolsce są rejony, gdzie „czarne listy” są tworzone na podstawie kodu pocztowego.

– Nie ubezpieczają na podstawie kodów pocztowych, bo tam są większe obszary i ubezpieczalnie stwierdzają, że nie podejmą ryzyka i nie będą tego ubezpieczać – tłumaczy.

Minister rolnictwa nie widzi problemu?

Sadownik wprost stwierdza, że jego zdaniem minister rolnictwa nie widzi problemu w istniejącym systemie. 

– Minister rolnictwa uważa, że jest to zgodne z prawem, ponieważ są to prywatne zakłady, choć jeden z nich to zakład państwowy i oni nie mogą nic z tym zrobić. Rok temu ówczesny minister rolnictwa i rozwoju wsi Czesław Siekierski złożył nam wizytę w Obrazowie i nic się od tamtego czasu nie zmieniło. Za rok na 100% nie będę mógł ubezpieczyć sadu, bo trafię na „czarną listę” – twierdzi. 

Zobacz też: „Grad zniszczył nam 320 ha”. Rolnik nawet nie może ratować swoich pól

Sadownik sprzeda owoce deserowe jako przemysłowe

Przygoda jest producentem jabłek i wiśni deserowych. Z jego relacji wynika, że po gradobiciu uszkodzeniu uległo niemal 100% jabłek. 

– Jestem producentem jabłka deserowego, a po tym gradobiciu 100% owoców nadaje się wyłącznie na przemysł. Każde jabłko jest uderzone przynajmniej 20 razy – mówi.

Sprzedaż owoców tańsza o nawet 100 tys. zł

Sadownik wprost przyznaje, że nie jest jeszcze w stanie ocenić, jakie będą ceny skupu jabłek w bieżącym roku, ale porównując do zeszłego, spodziewa się, że w przypadku jabłek cena może być niższa o nawet 1,30 zł/kg.

– W zeszłym roku sprzedawałem jabłko deserowe po 2,00 zł/kg, a jabłko przemysłowe kosztowało wówczas 0,70 zł/kg. To jest różnica 1,30 zł/kg. Zebrałem 80 t/ha, więc można policzyć, jaka to będzie potężna strata – tłumaczy.

Łatwo przeliczyć, że gdyby gradobicie na taką skalę, jak w br., nastąpiło w roku 2025, to przy obowiązujących wówczas cenach, zamiast 160 000 zł, rolnik zarobiłby 56 000 zł, co dawałoby stratę rzędu 104 000 zł. 

Sadownik spodziewa się, że jabłka, których skórka została naruszona przez spadające gradziny, po prostu zgniją i spadną, natomiast te jabłka, które mają dołki, utrzymają się na drzewie do jesieni i będą wówczas zrywane jako owoce przemysłowe. 

Zobacz FOTO i czytaj dalej:

Wiśnie albo się zagoją, albo spadną

Jak mówi Przygoda, nie jest jeszcze wstanie oszacować, co będzie z plonem wiśni, których gradobicie również nie oszczędziło. 

– Są uderzone. Część z nich spadła, a część została na drzewie i nie wiadomo, czy to zgnije i spadnie, czy się zagoi. Tak czy inaczej, będę musiał je sprzedać na przemysł, bo wiśni deserowych, to już z nich nie będzie – przyznaje.

Sadownik wspomina, że w roku 2025 różnica cen skupu między wiśnią deserową a przemysłową oscylowała w granicach 1,50 zł/kg. Wiśnia deserowa kosztowała średnio ok. 5,00 zł/kg, średnio, bo na początku sezonu była skupowana po 8 zł/kg, a na koniec jedynie po 2,80 zł.

Przygoda zakłada jednak że plon z wiśni również będzie niższy. 

– Po gradobiciu spadło na ziemię już ok. 30% owoców, a nie wiem, ile jeszcze spadnie, czy to będzie 10 czy znów 30% – dodaje.

Chcąc ratować pozostałe na drzewach owoce, sadownik wykonał już zabiegi regeneracyjne środkami grzybobójczymi.

– Opryskałem, żeby nie wdały się jakieś grzyby i inne choroby. Wszystkie inne środki, które działały, zostały wycofane – dodaje. 

Zobacz FOTO i czytaj dalej:

Rolnik zrezygnował ze zgłoszenia szkody, by móc ubezpieczyć się na kolejny rok

Przygoda przyznaje, że w zeszłym roku nad jego sadem również przeszło gradobicie, jednak szkody objęły obszar ok. pół hektara. Sadownik podjął więc decyzję o niezgłaszaniu szkody, ponieważ spodziewał się, że jeśli zostanie ona stwierdzona w 2025 r., to o ubezpieczeniu w 2026 r. będzie mógł zapomnieć. 

– Nie zgłaszałem tego, chociaż kosztowało mnie to grube pieniądze – przyznaje.

Zobacz też: Miała być pasza dla bydła. Po gradzie nie zostało prawie nic

Rolnik szykuje się na sprawę w sądzie

Choć szacowanie po tegorocznym gradobiciu w sadzie Przygody jeszcze się nie rozpoczęło, to sadownik mentalnie jest gotowy na sprawę w sądzie. 

– Ubezpieczyłem jabłka deserowe na pełną kwotę, a jak przyjedzie rzeczoznawca, to odliczy jabłka, które zostały, a mnie to w ogóle nie interesuje, bo ja nie jestem producentem jabłka przemysłowego, odliczy pracę, która będzie mnie kosztowała i ilość zabiegów chemicznych, które stosuję do końca jesieni. Warto podkreślić, że w rzeczywistości liczba tych zabiegów się nie zmienia, ale dla ubezpieczyciela się zmienia – wylicza.

Jak dodaje, ubezpieczyciel ma 15% franszyzy, na którą Przygoda się zgodził, bo musiał się zgodzić.

– Ubezpieczając sad na 100 tys. zł i mając 100% strat, składka jest liczona od 100 tys. zł, czyli wypłacą mi 85 tys. zł, a reszta idzie do nich – wylicza.

Sadownik wprost stwierdza, że jeśli poziom szkód zostanie stwierdzony na poziomie 80-90%, to nie będzie protestował, jednak jeśli strata zostanie wyliczona w taki sposób, w jaki Przygoda się spodziewa, że zostanie wyliczona, to założy sprawę w sądzie. 

Sadowniczy biznes coraz trudniejszy

Sadownik nie ukrywa, że utrzymanie sadowniczego biznesu staje się coraz trudniejsze nie tylko ze względu na nasilające się anomalia pogodowe i problemy z ubezpieczalniami, ale również ze względu na przysłowiowy brak rąk do pracy. Jak wyjaśnia, pracownicy, jeśli są, to nie dość, że wysoko cenią swoją pracę, to jeszcze nie chcą do niej przychodzić, a przecież koszt ich utrzymania, również należy wliczyć w nakład pracy poniesiony na uprawę drzew i zbiór owoców. 

– W zeszłym roku za 10 godz. pracy przy zbiorze jabłek płacono 250 zł + koszty transportu, to w tym roku będzie ok. 300 zł + koszty transportu. A jeśli chodzi o wiśnie, to tegoroczna stawka za pracę przez 10 godz. na kombajnie będzie wynosiła od 350 do 400 zł – przelicza. 

Jak przyznaje, w jego gospodarstwie na kombajnie pracują głównie domownicy, jednak jeśli ktoś musi zatrudnić pracowników, to dniówkę trzeba mnożyć razy 7 osób, które obsługują sprzęt z traktorem. 

– Ciężko jest o sprawnego pracownika. Najczęściej przychodzą emeryci i osoby niepełnosprawne lub mające problemy z nałogami. Zwłaszcza ci ostatni, po wypłacie znikają – przyznaje. 

Zobacz też: Grad zniszczył wszystko. Rolnicy: „Żniw już u nas nie będzie”

Problem z odbiorem owoców

Jak dodaje, do tego należy również mieć na uwadze, że zebrane owoce nie zawsze jest łatwo sprzedać. Rynek staje się coraz bardziej niepewny, a cena owoców od początku do końca jednego sezonu potrafi spać o niemal 6 zł/kg, tak jak w roku 2025.

Przygoda zebrane z sadu owoce sprzedaje do pośrednika. Jak przyznaje, zbierając z ha 30 t wiśni po 10 t dziennie nie ma za bardzo możliwości wejścia w handel detaliczny, a w zeszłym roku zaczęły pojawiać się problemy z odbiorem owoców przez skupy. 

– Zaczynały się już limity, które były sztucznie wywoływane i kolejki. Mieli powód, żeby obniżyć cenę, dlatego pierwszą wiśnię rwaną ręcznie sprzedawałem po ok. 8,00 zł/kg, a kolejne już po 2,80 zł/kg. Było to spowodowane importem koncentratu wiśniowego z zagranicy, który jest później rozcieńczany i przerabiany na sok. Na Ukrainie prąd jest w cenie, nie są w UE, nie mają Zielonego Ładu, mają taniego pracownika i mogą to taniej zrobić niż u nas w Polsce – twierdzi. 

Jeszcze gorzej jest w przypadku jabłek, których koncentrat, zdaniem Przygody, jest ściągany jeszcze w większej ilości niż wiśniowy. 

– Sok jabłkowy jest używany praktycznie do wszystkiego. Jest głównym składnikiem coca-coli, nawet ketchup jest robiony na bazie soku jabłkowego. Myślę, że w 70% w składzie różnych soków owocowych jest sok jabłkowy – dodaje. 

Sadownicy potrzebują rozwiązań ustawowych

Przygoda nie ukrywa, że sadownicy czują się niesprawiedliwie, obserwując sytuację rynkową i wiedząc, w jaki sposób są traktowani przez firmy ubezpieczeniowe. Jego zdaniem, bez rozwiązań systemowych, lepiej nie będzie.

– To interes pod chmurką i pogody się nie przewidzi. Szkoda tylko, że tego interesu nie będę mógł ubezpieczyć. Sadownikom brakuje rozwiązań ustawowych. Te wszystkie molochy ubezpieczeniowe są dofinansowywane przez państwo w kwocie 65% od składki, a my płacimy 35% od składki i nadal państwo jest trzymane przez firmy ubezpieczeniowe za przysłowiową gębę – kończy.

Skala zniszczeń po lipcowym gradobiciu pokazuje, jak dużym wyzwaniem dla sadowników stają się coraz częstsze ekstremalne zjawiska pogodowe. Dla wielu gospodarstw problemem nie są już wyłącznie straty w plonach, ale również niepewność związana z możliwością ich ubezpieczenia oraz opłacalnością dalszej produkcji. Sadownicy liczą, że tegoroczne doświadczenia staną się impulsem do dyskusji nad zmianami w systemie ubezpieczeń upraw i wprowadzeniem rozwiązań, które pozwolą skuteczniej chronić producentów owoców przed skutkami klęsk żywiołowych.

Justyna Czupryniak-Paluszkiewicz 

Warsaw
wi_00
mon
wi_00
tue
wi_00
wed
wi_00
thu
wi_00
fri
wi_00
03. lipiec 2026 18:32